Passo delle Erbe SW (Val di Funes)

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Schmelze

Wysokość: 1988 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1455 metrów

Długość: 26,1 kilometra

Średnie nachylenie: 5,6 %

Maksymalne nachylenie: 15,8 %

PROFIL

OPIS

Ten czwartek zapowiadał się na bodaj najciekawszy dzień całej wyprawy do włoskiej części Tyrolu. Dla większości naszej ekipy etap ósmy miał być zarazem królewskim odcinkiem na szosach Alto-Adige. Po pierwsze tego dnia musieliśmy się przenieść z południa na północ prowincji Bolzano. To znaczy opuścić nasze lokum w Coronie nad Cortaccią na rzecz dwóch nowych przystani w San Stefano i San Martino nieopodal San Lorenzo di Sebato. Mniej więcej na półmetku tego przeszło 100-kilometrowego transferu zaplanowaliśmy sobie postój w Ponte Gardena, skąd mieliśmy ruszyć na spotkanie z kolejną kolarską przygodą. Szóstce kolegów (wszystkim poza Adamem) podsunąłem pomysł na przejechanie kultowej trasy wokół masywu Sella. Na etapie długości 103 kilometrów mieli pokonać kolejno przełęcze: Gardena (2121 m. n.p.m.), Campolongo (1875 m. n.p.m.), Pordoi (2239 m. n.p.m.) i Sella (2244 m. n.p.m.) bądź też Sella, Pordoi, Campolongo i Gardena – kolejność dowolna i zależna od decyzji, którą musieli podjąć najpóźniej na Pian de Gralba (1871 m. n.p.m.) po 25 kilometrach od startu. Tak czy owak czekała ich jazda szlakiem wielu edycji Giro d’Italia. Mieli zdobyć legendarne przełęcze wielokrotnie wykorzystane w wyścigu Dookoła Włoch. Pordoi i Sella po raz pierwszy pojawiły się na trasie „La Corsa Rosa” już w 1940 roku. Natomiast Campolongo i Gardena zadebiutowały w sezonie 1949. W ostatnim półwieczu peleton Giro przejechał przez Gardenę dwanaście razy, zaś przez Sellę i Campolongo o jeden raz więcej. Niemniej prawdziwą rekordzistką pośród wszystkich włoskich przełęczy jest Passo Pordoi. W całej historii Giro kolarze przemknęli przez nią aż 37 razy, z czego 27 wizyt miało miejsce w okresie ostatnich 50 lat. Trzynaście razy była ona najwyższym punktem na trasie wyścigu, więc wyznaczano na niej premię górską Cima Coppi. Poza tym czterokrotnie kończyły się tu etapy Giro. W 1990 roku triumfował Francuz Charly Mottet, zaś w latach 1991 i 1996 Włosi: Franco Chioccioli i Enrico Zaina. Natomiast w 2001 roku do mety na tej górze jako pierwszy dotarł Meksykanin Julio Alberto Perez Cuapio.

Oczywiście bardzo wysoko cenię sobie piękno tej części Dolomitów jak i przebogatą kolarską historię tych gór. Tym niemniej motywem przewodnim moich górskich wojaży od dłuższego czasu jest chęć poznania kolejnych czyli zupełnie nowych podjazdów. Tymczasem miałem już na swym koncie trzy pełne rundki wokół masywu Sella. Pierwszą w 2003 roku przejechałem w towarzystwie Krzyśka Żmijewskiego. Drugą rok później zrobiłem wraz z Jarkiem Chojnackim. Natomiast w 2007 roku razem z Piotrkiem Mrówczyńskim zaliczyłem kolejną Sellarondę startując w Maratona dles Dolimites. Trasa tej wielce prestiżowej imprezy dla amatorów „leci” przez każdą ze wspomnianych przełęczy, zaś Campolongo „zalicza” nawet dwukrotnie. Na dodatek w 2010 roku wspólnie z Darkiem przejechałem całą trasę od Ponte Gardena do Passo della Gardena. Z tych powodów na czwartkowe popołudnie musiałem sobie poszukać innych wyzwań. W zasadzie miałem do wyboru trzy wzniesienia. Przełęcze Erbe (2004 m. n.p.m.) i Pinei (1437 m. np.m.) na wschodnim brzegu Isarco lub jedną z dwóch opcji podjazdu do znajdującej się po zachodniej stronie doliny gospody Gasserhutte (1752 m. n.p.m.). Wybrałem wspinaczki ku obu przełęczom by poznać kolejne drogi przetestowane już na wyścigu Dookoła Włoch. Na moje szczęście Adam podczas swych długich alpejskich wakacji zdążył zaliczyć trasę Sellaronda i to zapewne nie raz. Dlatego dał się przekonać do dwójkowej wyprawy na Passo delle Erbe oraz Passo Pinei. Aby dojechać do naszej bazy wypadowej w Ponte Gardena musieliśmy pokonać samochodowy odcinek o długości 59 kilometrów. Trasa tego dojazdu była nam dobrze znana z wypadów do Prato all’Isarco, Cardano i Bolzano w końcówce ubiegłego tygodnia. To znaczy kierunek ten sam, droga czyli SS12 ta sama i tylko dystans nieco większy. Gdy późnym przedpołudniem rozbiliśmy swój obóz startowy na parkingu przy Via Paese (niem. Dorfstrasse) zapowiadał się piękny dzień na rowerową eskapadę. Temperatura 25 stopni i niebo błękitne, niemal bezchmurne. Wespół z Adamem jako pierwsi zebraliśmy się do drogi. W przeciwieństwie do naszych kolegów do podnóża swego pierwszego podjazdu mieliśmy solidny dojazd, to znaczy nie jak oni kilkaset metrów lecz kilkanaście kilometrów.

Wystartowaliśmy o godzinie 12:05 i na samym początku popełniliśmy falstart. Zamiast ruszyć z parkingu w prawo zrazu odbiliśmy w lewo. Na skutek tego już po kilkuset metrach jazdy wyrosła przed nami góra. Nadzialiśmy się na alternatywny podjazd ku Ortisei w dolinie Val Gardena czyli drogę SP82 łączącą się ze szlakiem wybranym naszych kolegów na wysokości Pontives. Szybko zorientowałem się w naszej pomyłce, więc już na drugim wirażu zawróciliśmy. Tym samym po przejechaniu 1600 metrów wróciliśmy do punktu wyjścia. Wkrótce przejechaliśmy przez most nad Isarco i nie chcąc wjeżdżać na drogę krajową SS12 postanowiliśmy przetestować fragment słynnej ścieżki rowerowej ciągnącej się wzdłuż Valle d’Isarco od Bolzano aż po przełęcz Brenner. Wytrzymaliśmy na niej przez ponad 7 kilometrów. Pod koniec tego odcinka przejechaliśmy przez Chiusę (niem. Klausen). Po wyjechaniu z tego miasteczka wbiliśmy się w końcu na krajówkę by przejechać po niej trzy następne kilometry. W końcu mając już na licznikach 12,4 kilometra skręciliśmy o 180 stopni na równoległą do autostrady szosę SP27. Przejechaliśmy na wschodni brzeg rio Isarco i czterysta metrów dalej skończył się nasz 13-kilometrowy dojazd do podnóża Passo delle Erbe – kolarskiej góry o wielu obliczach i imionach. Dróg prowadzących na tą przełęcz jest aż pięć! Trzy od strony zachodniej i dwie od flanki wschodniej. To znaczy wariant północno-zachodni z Bresanonne przez Luson, zachodni z Bresanonne przez Eores oraz południowo-zachodni czyli ten, który mieliśmy właśnie wypróbować od drogi SS12 przez Val di Funes. Wszystkie one łączą się z sobą w końcowej fazie długiej wspinaczki. Podobnie po wschodniej stronie można zacząć podjazd od północnego-wschodu w miejscowości Longega lub od południowego-wschodu w Piccolino. Te dwie wschodnie opcje łączą się z sobą na około sześć kilometrów przed szczytem. Z kolei na drogowych tablicach znajdziemy trzy różne nazwy tej przełęczy. Włoska to oczywiście Passo delle Erbe, niemiecka (tyrolska) to Wurzjoch, w końcu zwie się ją również Ju de Borz w romańskim języku miejscowych górali znanym jako ladino. Jak by tego było mało nie ma też jasności w kwestii jej wysokości. Rozpiętość danych sięga kilkunastu metrów tzn. od 1987 do 2004 metry n.p.m.

Giro d’Italia zmierzyło się z tą przełęczą tylko trzykrotnie, acz za każdym razem z innej strony. W 1993 roku na etapie z Asiago co Corvary pojechali naszym tegorocznym południowo-zachodnim szlakiem przez dolinę Funes. Pierwszy na premii górskiej był Andrew Hampsten, znakomity amerykański góral rodem z Colorado. Rok później na odcinku z austriackiego Lienz do Merano wspinano się od strony północno-wschodniej, zaś pierwszy na przełęcz dotarł Szwajcar Pascal Richard. Natomiast w 2005 roku podczas etapu z Mezzocorony do Ortisei jechano od południowego-wschodu i wówczas najwyżej zapunktował hiszpański Bask Juan Manuel Garate. Ja jak dotąd zdobyłem tą przełęcz tylko raz w maju 2010 roku od strony zachodniej czyli ze startem w Bresanonne (niem. Brixen) i przejazdem przez Eores di Sopra. Wówczas wraz z Darkiem miałem do pokonania 29,9 kilometra o średnim nachyleniu 4,8 % i przewyższeniu netto 1427, zaś brutto aż 1626 metrów. Teraz do spółki z Adamem musieliśmy „przerobić” dystans 26,1 kilometra o średniej stromiźnie 5,5 % i max. niemal 16 %. Od tej strony góra ma amplitudę netto 1441 metrów, zaś łącznie trzeba pokonać w pionie 1526 metrów. Cyclingcols ten wariant podjazdu wycenia na 1042 punkty. Ruszyliśmy o godzinie 12:39 przy temperaturze 31 stopni. Po przejechaniu 1,7 kilometra minęliśmy tartak przy bocznej drodze do Gudon (niem. Gufidaun). Na pierwszych kilometrach podjazd trzymał na równym poziomie 6-7 %, by dopiero na szóstym postawić nam nieco twardsze warunki. W tej okolicy przejechaliśmy przez wioskę Pradel. Trzy następne kilometry były stosunkowo łatwe. Doliną rzeczki Funes przejechaliśmy w sumie 8,6 kilometra. Według stravy ten fragment wzniesienia pokonaliśmy w 36 minut z przeciętną prędkością 13,9 km/h. Następnie odbiliśmy w lewo zjeżdżając z drogi SP27 na SP163. Przed nami był teraz najtrudniejszy fragment całego wzniesienia czyli 6 kilometrów o średniej 8,9 %. Niemal każdy kilometr na poziomie 9-10 % i liczne ścianki na poziomie od 12 do 14 %. Już sam dojazd do San Pietro (9,1 km) zwiastował niezłą zabawę. W centrum tej wioski trzeba było pokonać ciasny wiraż przy Albergo Kabis, a potem stromy fragment drogi za miejscowym kościołem.

Podjazd trzymał mocno niemal do końca piętnastego kilometra i odpuścił tylko na krótko przy przejeździe przez Colle (12,2 km). W tym momencie jadący z tyłu Adam stanął na około trzy i pół minuty. Zanim ponownie obejrzałem się za siebie straciłem z nim kontakt wzrokowy. Ta różnica utrzymała się między nami do końca środkowej części podjazdu. Natomiast na ostatniej tercji wzniesienia straciłem połowę podarowanej zaliczki. Z początkiem siedemnastego kilometra droga wkroczyła do lasu, by po przebyciu 17,6 kilometra połączyć się z szosą SP29 rozpoczynającą się w Bresanonne. Tym samym ostatnie 8,5 kilometra mogłem przejechać po szlaku znanym mi sprzed pięciu lat. Kolejne 3700 metrów z przejazdem obok schroniska Edelweiss (19,9 km) było dość łagodną wspinaczką, chwilowo kończącą się na poziomie Passo Eores (1863 m. n.p.m.) po przejechaniu 21,3 kilometra. Potem 1600 metrów zjazdu do zbiegu mojej drogi z tą od Luson. Na tym odcinku straciliśmy 79 metrów z wcześniej zdobytej wysokości. Z tego miejsca do szczytu pozostało już tylko 3,2 kilometra, z czego 1200 metrów na długiej prostej po ostatnim na tej górze wirażu. Na przełęczy było całkiem tłoczno i gwarno. Zajechałem do restauracji w górskim hotelu Utia de Borz i już po chwili zjawił się tam również Adam. W sumie dystans 26,1 kilometra pokonałem w czasie 1h 46:20 (avs. 14,7 km/h). Na stravie znalazłem nasze wyniki z całej góry wyliczone segmencie równo 26-kilometrowym. Mój czas to 1h 46:11, zaś Adama 1h 48:01 acz samej jazdy 1h 44:10. Mój wynik jest 33-tym pośród 157 zarejestrowanych czasów. Wartość VAM wyszła teoretycznie skromna bo 825 m/h, ale wobec profilu podjazdu nie dziwi. Dodać można, że jedynie lider i wicelider tego zestawienia złamali tu „tysiaka” z czasami około 20 minut lepszymi od naszych. Na górze było tylko 15 stopni. Mimo to spędziliśmy tam około 40 minut, głównie przy stole na ciastku i kawie. Dopiero ciemniejące chmury na niebie wygoniły nas stamtąd. Na zjeździe Adam pojechał swoje, zaś ja wykonałem zwyczajową foto-robotę. Umówiliśmy się, że poczeka na mnie na dole jakieś 15-20 minut. Tak się też stało dzięki czemu następne 11 kilometrów mogłem przejechać na jego kółku.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/376586417

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/376586417

ZDJĘCIA

Erbe-SW_001

Zdjęcie 1 z 30