Czwartek 27 maja miał być drugim z dwóch najcięższych etapów przygotowawczych do niedzielnego startu w Gran Fondo Marcialonga. Było tak w istocie, lecz jak się okazało nie tylko z powodu sporej dawki wspinaczek jaką na ten dzień przewidziałem. Po całym tygodniu pięknej kolarskiej pogody aura nieco się popsuła. Co prawda przedpołudniowe niebo nad Mezzocoroną nie wieszczyło nam jeszcze niczego złego, lecz aby dojechać do podnóża obu wybranych wzniesień musieliśmy przejechać ponad 60 kilometrów w kierunku północnym. Celami ósmego etapu naszej wyprawy były bowiem dwa ponad 15-kilometrowe podjazdy w okolicy Merano (niem. Meran) – niegdyś jednego z najsłynniejszych alpejskich uzdrowisk. Pierwszy zaprowadzić nas miał do stacji górskiej Falzeben-Merano 2000 na wysokość 1612 metrów n.p.m. Natomiast drugi skończyć się miał na sięgającej 1516 metrów n.p.m. przełęczy Palade, która oddziela Val d’Adige na północy od Val di Non na południu.
Po zatankowaniu ponad limit pojemności baku w moim samochodzie ruszyliśmy w drogę winnym szlakiem, który w miniony piątek zawiódł nas do podnóża passo Mendola. Po minięciu Appiano pojechaliśmy jeszcze kawałek po drodze krajowej SS-42 i następnie wskoczyliśmy na drogę ekspresową Superstrada Bolzano-Merano. Zjechaliśmy z niej na wysokości Sinigo wjeżdżając na drogę prowincjalną SP-117. Podjazd do stacji Merano 2000 zaczynał się na małym rondzie jakiś kilometr przed miastem, gdzie po przejechaniu Via Nazionale należało skręcić w prawo. Kłopot w tym, że nie bardzo było gdzie się swobodnie rozpakować. Dlatego pojechałem w górę Via Lungo Rio Nova, gdzie dogodne miejsce na przystanek znalazłem dopiero po przejechaniu 4700 metrów. Za przyzwoleniem pracowników Luis Egger – Heizung Sanitar (zajmującej się produkcją instalacji grzewczych) rozładowaliśmy się na firmowym parkingu. Już sam dojazd do tego miejsca pozwolił nam się zorientować z jak trudnym wzniesieniem będziemy mieli wkrótce do czynienia. Całą zabawę musieliśmy jednak zacząć od zjazdu do poziomu 310 metrów n.p.m. czyli wspomnianego ronda między Sinigo a Merano. Szare chmurzyska, porywisty wiatr i duszne powietrze nie były dobrymi zwiastunami czekającej nas wspinaczki.
Podjazd do Falzeben tylko raz wystąpił na Giro d’Italia. Działo się to w roku 1988, a dokładnie nazajutrz po legendarnym etapie do Bormio przez zaśnieżoną przełęcz Gavia. Etap piętnasty z metą w Merano 2000 wygrał Jean-Francois Bernard przez swych rodaków okrzyknięty cokolwiek przedwcześnie następcą wielkiego Bernarda Hinault. Francuz wyprzedził o 32 sekundy Szwajcara Ursa Zimmermanna i o 36 Włocha Flavio Giuponniego. Czwarty na kresce był lider wyścigu Amerykanin Andy Hampsten, który zyskał cenne 27 sekund nad swym najgroźniejszym rywalem Holendrem Erikiem Breukinkiem. Wjazd rozpoczęliśmy około 11:30 przy skromnej jak na ostatnie dni temperaturze 19 stopni. Tylko pierwsze 1300 metrów podjazdu było szybkie, łatwe i przyjemne. Nachylenie ani na moment nie przekroczyło tu 5 %, przy średniej ledwie 3,1 %. Jednak już po chwili zaczęły się schody, albowiem przez kolejne 10 kilometrów droga ani na moment nam nie odpuściła. Średnie nachylenie na tym długim odcinku wyniosło 8,9 %, zaś maksymalna stromizna dwukrotnie przekroczyła poziom 13 %. Pierwsze z tych miejsc znajdowało się zresztą tuż przed naszym miejscem parkingowym. Przez następne pięć kilometrów aż po wioskę Santa Caterina droga szła przez las. W prześwitach między drzewami dostrzec można było położone w dole Merano. Na siódmym kilometrze zaczęło z lekka padać i przed deszczem chwilowo chroniły nas tylko kolejne tunele. Po pokonaniu jednego z nich tuż przed Avelengo należało skręcić w lewo na boczną drogę o sugestywnej nazwie Via Falzeben.
Ostatnie 4,5 kilometra wiodło po węższej i bardziej krętej drodze, która nadal trzymała pod niezłym kątem. Na tym odcinku średnie nachylenie wyniosło 8,1 %, zaś maximum trzykrotnie zbliżyło się do 12 %. Droga szła wśród zielonych łąk, na których oprócz typowych dla naszego kontynentu zwierząt hodowlanych pasły się też lamy! Po drodze minąłem wioski Moar Wiese i Avelengo di Sopra. Po przejechaniu 13 kilometrów przez chwilę wjechałem we mgłę, lecz ogólnie widoczność była jeszcze całkiem niezła. Chwilę później na krótkim odcinku „falsopiano” mogłem zaczerpnąć głębszy oddech na końcówkę podjazdu. Sił mi nie zabrakło. Pomimo znaczącej stromizny do końca kręciłem na przełożeniu 39/24. Drugi dzień z rzędu założyłem też nieszczególnie przeze mnie lubiany pasek na klatkę piersiową służący kontrolowaniu swego wysiłku na pulsometrze. Uznałem, że na najtrudniejsze odcinki spośród tzw. prywatnych etapów oraz oczywiście sam wyścig (z czterema poważnymi podjazdami) odczyt tego rodzaju będzie mi wielce przydatny. Okazało się, że pojechałem nie tylko mocno, ale i równo tzn. przy średniej 155 uderzeń serca na minutę i maximum 165 bpm.
Gdy wjechałem na szczyt postanowiłem nie jechać już dalej tzn. po płaskowyżu do centrum Falzeben, lecz zatrzymałem się przy drewutni na wysokości słupów witających gości przybywających do tej stacji. Według odczytu z licznika podjazd miał 15,79 kilometra co przy przewyższeniu 1310 metrów daje mu średnie nachylenie 8,29 %. Stromizna porównywalna z tą na słynnej Alpe d’Huez, acz Merano 2000 jest wzniesieniem o dwa kilometry dłuższym. Podjechałem je w czasie 1h 11 minut i 40 sekund przy średniej prędkości 13,219 km/h oraz VAM 1096 m/h. Na górze spędziłem blisko pół godziny. Za nim nadjechał Darek mgła czy też może raczej chmury podeszły na naszą wysokość i szosa, którą niedawno przyjechaliśmy stała się prawdziwie mleczną drogą. Ze względu na kiepską widoczność musieliśmy zjeżdżać bardzo ostrożnie. Zresztą i tak nie dali byśmy rady jechać szybko. Na górze było ledwie 8-9 stopni, więc taki chłód w połączeniu z wszechobecną wilgocią przeszywał nas zimnem do kości. Co jakiś czas dostawałem drgawek. Tuż przed Avelengo pewna Samarytanka widząc zmarzniętego nieszczęśnika zaproponowała mi podrzucenie na dół swym samochodem. Oparłem się jednak tej pokusie i zdołałem o własnych siłach przetrwać pozostałe siedem kilometrów zjazdu.
ZDJĘCIA

