Pomimo zachłanności na poznawanie i zdobywanie kolejnych podjazdów zachowując resztki zdrowego rozsądku obiecaliśmy sobie jednak „wolne soboty”. Na cotygodniowy odpoczynek wybraliśmy ten właśnie dzień, bowiem co niedzielę czekał nas bardzo trudny wyścig i walka z samym sobą do kresu naszych ograniczonych możliwości. Jednym słowem każdego tygodnia czekało nas sześć dni sportu i jeden dzień spokojnej turystyki. W sobotę 14 czerwca zamarzyło nam się wybrać do Wenecji, którą od Pedaveny dzieli zaledwie 90 kilometrów. W teorii oznaczało to około dwie godziny podróży samochodem przez Montebellunę, Treviso i Mestre. Mieliśmy cały dzień wolnego czasu, jako że sprawy akredytacyjne wokół GF Campagnolo załatwiliśmy już w piątkowy wieczór. Niestety i tym razem pogoda sprawiła nam przykrą niespodziankę. Padać zaczęło już w okolicach Montebelluny, zaś im bliżej mieliśmy do Adriatyku tym chmury były czarniejsze i deszcz się nasilał. W pobliżu Wenecji na autostradzie A27 z nieba leciała już istna ściana wody, więc tak jak wielu podróżnych schowaliśmy się w przydrożnym barze nieopodal Mestre łudząc się, że przeczekamy najgorsze. Temperatura 11 stopni i wielka ulewa, przyznam że nie tego oczekiwałem po włoskim czerwcu. Wkrótce porzuciliśmy wszelką nadzieję i jak niepyszni zawróciliśmy. To był odwrót praktycznie spod samych wrót Wenecji, która tego dnia i tak pewnie była podtopiona. Wystarczyło jednak przejechać kilkadziesiąt kilometrów z powrotem na północ by wyjechać z tej niegościnnej „krainy deszczowców”. Dzięki temu w godzinach popołudniowych „na pocieszenie” mogliśmy przynajmniej pozwiedzać stare miasto w Feltre. W jej trakcie natknęliśmy się na brukowaną i prowadzącą ostro pod górę uliczkę, więc z nutką ironii żartowaliśmy sobie, że to są finałowe metry czekającego nas nazajutrz wyścigu.
ZDJĘCIA
