Ponieważ wszystko co do dobre kiedyś się kończy tak i nasza dwutygodniowa wycieczka po Alpach Trydentu i Południowego Tyrolu nieubłaganie zbliżała się do swej mety. Została nam jeszcze do dyspozycji środa 2 czerwca, a następnie w drodze powrotnej do Trójmiasta dwa dni w Austrii na pograniczu Salzburglandu i Tyrolu. Na koniec naszego nader długiego Giro del Trentino przewidziałem przejazd na południowy kraniec prowincji Trento i wspinaczkę pod dwa stosunkowo niewysokie, lecz bardzo wymagające podjazdy. Pobyt na włoskiej ziemi chciałem zakończyć mocnym akcentem. Miał to być etap może nie królewski, lecz taki który skalą swej trudności dorównywałby najtrudniejszym poza-wyścigowym odcinkom sprzed tygodnia czyli 26 i 27 maja. Za atrakcje dnia posłużyć miały dwa wzniesienia położone po przeciwległych stronach Doliny Adygi. Po wschodniej leżące w paśmie górskim Monti Lessini Passo delle Fittanze (1393 m. n.p.m.) oraz na zachodzie położone w masywie Monte Baldo Passo di San Valentino (1325 m. n.p.m.).
Pamiątkowe zakupy na potrzeby własne i ku radości osób nam najbliższych zrobiliśmy już poprzedniego wieczora w hipermarkecie pod Mezzolombardo. Dlatego w środę mieliśmy praktycznie cały dzień do naszej dyspozycji by godnie pożegnać się z włoskimi Alpami. Czekał nas blisko 60-kilometrowy dojazd do malutkiego miasteczka Ala położonego nad potokiem o tej samej nazwie i u wlotu do doliny Ronchi. Z tego miejsca mieliśmy zaatakować przełęcz Fittanze – nieznaną wielkim wyścigom, lecz cieszącą się sporym uznaniem we włoskim środowisku amatorów dwóch kółek. Dowiedziałem się o niej przypadkiem dopiero w czerwcu 2008 roku za sprawą opowieści naszego gospodarza z Panchii w dolinie Fiemme. Rolando Varesco dziś miłośnik alpejskich wędrówek i wypraw na północny skraj naszego Kontynentu ścigał się niegdyś na rowerze górskim, więc w ramach swych treningów poznał wiele gór tego pięknego regionu. Zapytany o najciekawsze (najładniejsze, najtrudniejsze) wzniesienia w Trentino bez wahania polecił nam właśnie Fittanze.
Dojechawszy na miejsce zaparkowaliśmy na małym parkingu nad rzeczką z ładnym widokiem na Alę. Ruszyliśmy w drogę niemal w samo południe przy temperaturze 30 stopni Celsjusza. Jednak zaraz po starcie przez most wjechaliśmy na wąskie uliczki tego urokliwego miasteczka i mogliśmy na moment schronić się w cieniu. O drogę do podnóża Fittanze zapytałem starszej daty tubylców wystających przed jednym z barów. Jeden z nich udzielając nam wskazówek z zafrasowaniem rzekł nam na odchodne „ma sapete che e dura?”. O tym wiedziałem już jednak dobrze z opowieści Rolanda, a teoretyczne szczegóły poznałem jak zwykle za sprawą „archivio salite” na stronie „zanibike.net”. Okazało się, że aby dotrzeć do owej góry musimy wyjechać z Ali i wrócić na szosę SS-12 przejechać nią jakieś dwa kilometry i znaleźć wjazd na drogę prowincjonalną SP-211 na wysokości osady o nazwie Sdruzzina. Tak też się stało i dokładnie po przejechaniu trzech kilometrów od naszego parkingu znaleźliśmy się u progu kolejnego wyzwania.
Po skręcie w lewo wjechaliśmy między winnice. Pierwsze kilkaset metrów prowadzące alejką w tak pięknych okolicznościach przyrody były jeszcze stosunkowo niewinne. Jednak już po chwili wjechaliśmy w las i pierwsza część drugiego kilometra wspinaczki dała nam przedsmak tego co naprawdę nas tu czeka. Bardzo strome 500 metrów bez przebaczenia, z maksimum 20 % po przejechaniu 1,4 kilometra podjazdu. Stromizna skończyła się na mostku nad Val Fredda. Przejechawszy na drugą stronę leżącego w dole wąwozu znalazłem się na stromej drodze, która licznymi serpentynami wiła się po wapiennym masywie doskonale widocznym z szosy pod Sdruzziną. Droga była cały czas stroma. Jeśli gdziekolwiek odpuszczała na moment to tylko w wirażach. Po lewej ręce miałem efektowny widok na Adygę oraz miasteczka i osady porozrzucane wśród winnic w jej dolinie. Jechało mi się lepiej niż przypuszczałem wysiłek choć sporo udało mi się jednak kontrolować. Po przejechaniu 5,8 kilometra stromizna skoczyła na chwilę do poziomu 18 %. Zaraz po tym wirażu należało przejechać przez ciasny tunel przebity w skale, a następnie przejechać jeszcze przez wąwóz otoczono wysokimi ścianami z wapienia. Po przejechaniu 6,54 kilometra przy średnim nachyleniu 9,9 % oraz minięciu masztów nadawczych mogłem uznać, iż pierwszą część tej trudnej wspinaczki mam już za sobą.
Do końca siódmego kilometra podjazdu, a dokładnie przez kolejne 490 metrów można było odsapnąć na nie pasującym do całości wzniesienia płaskim odcinku drogi. To miała być jednak tylko przysłowiowa cisza przed burzą. Trójkątny znak drogowy ustawiony tuż za tabliczka z siódemką nie pozostawiał złudzeń. Po wjeździe do lasu droga miała się ponownie wypiętrzyć do poziomu 20 %. Przejazd przez las na przełożeniu 39/27 to była makabra. Balansowanie na granicy swych możliwości. Ledwie skończyłem zmagania z jedną stromą ścianką już przed mymi oczami ukazywała się droga nie mniej stroma i równie długa. Niemiłosiernie strome serpentyny w lesie przypomniały mi przejazd w podobnych warunkach przez Colletto del Moro na trasie GF Fausto Coppi 2008. Tam jednak miałem do dyspozycji tryb z 32 zębami, acz z drugiej strony w nogach blisko 200 kilometrów jazdy. Tu teoretycznie jechałem na świeżości, choć sił niewiele już zostało. Owa szkoła przetrwania skończyła się za dziesiątym kilometrem drogi. Aby ją ukończyć trzeba było przebyć odcinek 3,17 kilometra (od km 7,03 do 10,2) o średnim nachyleniu 11,9 %, gdzie stromizna aż trzykrotnie skoczyła do zapowiadanych 20 %. Najwięcej zdrowia trzeba było zostawić na ósmym i dziewiątym kilometrze.
Po ukończeniu tego odcinka pozostały do przełęczy fragment wzniesienia czyli 3,67 kilometra przy średnim nachyleniu 5,6 % i max. 10 % wydał mi się już tylko przyjemnym deserem po ciężkostrawnym daniu głównym. Najpierw chwila wypłaszczenia. Potem takie sobie nachylenie i przejazd obok strefy piknikowej i górskiego hoteliku o niezbyt wyszukanej nazwie Albergo Alpino. W końcu wyjazd z dającego cień lasu na alpejskie łąki i nieco bardziej wymagające wspinaczka na zieloną kopułę góry, chciałoby się rzec wieńczącą nasze dzieło. Poza tym ciekawostka. Tuż przed szczytem przyszło mi opuścić gościnne trydenckie drogi, gdyż sama przełęcz znajduje się już na terenie regionu Veneto w prowincji Werona. Dotrzeć na nią można również od strony południowej, drogą stworzoną dla kolarzy słabiej przygotowanych lub nieco mniej ambitnych. Podjazd zaczyna się wówczas w Bellori i jadąc przez Erbezzo trzeba przejechać 20,9 kilometra o średnim nachyleniu tylko 5,1 %. Dla porównania nasza trydencka strona miała większe przewyższenie tzn. 1231 metrów do przeskoczenia na dystansie ledwie 13,87 kilometra czyli przy średniej 8,87 %. Z tak trudnym zadaniem do odrobienia uporałem się w 1h 4 minuty i 57 sekund. Średnia prędkość 12,812 km/h i VAM 1137 m/h wydały mi się bardzo dobrym wynikiem. Na górze przy ładnej pogodzie i temperaturze 26 stopni, choć był przecież środek tygodnia było całkiem sporo turystów, w tym motocyklistów oraz amatorów konnej przejażdżki.
ZDJĘCIA

