Po ciężkim i długim czwartku, choć bardziej ze względu na transfer i poszukiwania noclegu niż jakość wycieczki rowerowej, pospaliśmy sobie do woli. Zwlekliśmy się z łóżek około dziewiątej. Warunki mieszkaniowe w schronisku mieliśmy raczej przeciętne m.in. widok z okna na zieloną skarpę, zepsuty telewizor i rześką temperaturę w pokoju. Niemniej po ubiegłorocznym pobycie Zellermoos jednego w Austrii mogłem być pewien, a mianowicie smacznego i sytego śniadania. Zjedliśmy je chyba jako jedni z ostatnich gości. Po czym kilka minut przed jedenastą wyruszyliśmy w drogę ku kolejnej kolarskiej przygodzie. Na początek musieliśmy zjechać ponad osiem kilometrów z „Peterhof” (1130 m. n.p.m.) do centrum Rankweil pokonując przy tej okazji 660 metrów różnicy wzniesień. Można powiedzieć, że błądząc w ciemnościach mimochodem znaleźliśmy wczoraj całkiem niezły podjazd. Brakowało jednak czasu by go przetestować na rowerach. Przygotowałem nam większe wyzwania. Czekał nas powrót na zachodni brzeg Renu. Celem były dwa wzniesienia służące już kilkakrotnie za finałowe podjazdy na trasach Tour de Suisse. Przy czym tylko pierwszy z nich czyli Flumserberg znajdował się na terenie Szwajcarii. Drugi, trudniejszy mieliśmy odnaleźć w granicach Liechtensteinu co było dodatkową atrakcją tej wycieczki. Dotychczas zwiedzałem kolarskie góry położone niemal wyłącznie na terenie: Austrii, Włoch, Francji i Szwajcarii. Niemniej gdy tylko nadarzała się ku temu okazja próbowałem zahaczyć o wzniesienia w kolejnych krajach. Gdy w lipcu 2007 roku jedyny raz byłem w Pirenejach to pomimo zmęczenia pirenejskim L’Etape du Tour podjechałem następnego dnia z Ax-les-Thermes na Port d’Envalira w Andorze. Z kolei w tym roku podczas zwiedzania bawarskiej prowincji wybrałem się na Rossfeld koło Berchtesgaden. Tym razem zaś przejazd z północnych Włoch do zachodniej Austrii zaplanowałem tak by starczyło nam czasu na podjechanie do Malbun tj. zaliczenie najtrudniejszego podjazdu w tym alpejskim Księstwie.
Po przeszło godzinnej podróży samochodem dojechaliśmy przez Feldkirch, Liechtenstein i Sargans do podnóża pierwszej góry. Flums to miasteczko będące stolicą okolicznej gminy, leżące na wysokości około 465 metrów n.p.m. Przeszło 900 metrów ponad nim znajduje się stacja górska Tannenbodenalp, w kolarskim światku znana lepiej jako Flumserberg. Jak dotąd czterokrotnie gościła ona uczestników wyścigu Dookoła Szwajcarii. Podjazd to stosunkowo niedługi, gdyż liczy sobie tylko 10,5 kilometra. Niemniej bardzo konkretny. Jego średnie nachylenie czyli 8,6 % jest wyższe niż na legendarnym L’Alpe d’Huez. Nie może więc dziwić, że na tak trudnej górze podczas etapów ze startu wspólnego zwyciężali tylko najprzedniejszej marki górale, zaś podczas górskiej czasówki najbardziej wszechstronny kolarz swej epoki. Po raz pierwszy Tour de Suisse zawitał tu w 1977 roku. Etap wygrał Belg Lucien Van Impe, który rok wcześniej wygrał Tour de France, zaś w trakcie całej swojej kariery aż sześciokrotnie zdobywał koszulkę najlepszego górala „Wielkiej Pętli”. Tego dnia wyprzedził o 23 sekundy Włocha Giancarlo Belliniego i Holendra Huberta Pronka. Pół minuty stracił do niego jego rodak Michel Pollentier, który dopiero co wygrał Giro d’Italia, zaś w Szwajcarii prowadził przez cały wyścig. Van Impe musiał się zadowolić drugim miejscem w generalce. Sześć lat później triumfator z Flumserbergu miał więcej szczęścia. Góra ta w sezonie 1983 była zwieńczeniem 19-kilometrowej czasówki ze startem w powiatowym mieście Sargans. Po zaciętej walce odcinek ten wygrał Irlandczyk Sean Kelly, który zaledwie o 1,4 sekundy wyprzedził Włocha Roberto Visentiniego i 40 sekund jego rodaka Mario Beccię. Po tym etapie Visentini założył koszulkę lidera, lecz już następnego dnia Kelly odebrał mu ją na mecie w Bellinzonie i cztery dni później wygrał swój pierwszy z dwóch wyścigów Dookoła Szwajcarii.
Trzecia obecność Flumserbergu na trasie Tour de Suisse przyniosła wiele emocji polskim kibicom. W czerwcu 1995 roku zastanawialiśmy się czy organizatorzy Tour de France po roku przerwy zaproszą na swój wyścig naszego Zenona Jaskułę. Polak jeździł wówczas w nie najsilniejszej ekipie AKI-Gipiemme i letni program tej drużyny zależał w dużej mierze od formy naszego rodaka. Jaskuła wystartował w TdS i na trasie tego wyścigu wypadł bardzo dobrze. Ukończył tą imprezę na trzecim miejscu, przegrywając tylko (acz wyraźnie) z Rosjaninem Pawłem Tonkowem i Szwajcarem Alexem Zulle. Na dwóch odcinkach zajął drugie miejsca, m.in. na przedostatnim kończącym się w stacji Tannenbodenalp. Tego dnia z sukcesu etapowego cieszył się jednak słynny Włoch Marco Pantani, który zaatakował wcześniej i nie dał się dogonić kontratakującemu Polakowi, którego wyprzedził o 55 sekund. Trzeci był inny Włoch Leonardo Piepoli ze stratą 1 minuty i 6 sekund. Za ich plecami toczyła się walka o generalne zwycięstwo. Zulle musiał odrobić trzynaście sekund straty do Tonkowa, który zdeklasował Helweta na przełęczy Albula. Rosjanin dał sobie urwać tylko dwie sekundy i dzień później stanął w Zurychu na najwyższym stopniu podium. Dla odmiany w 2008 roku na Flumserbergu wyznaczono metę drugiego etapu. Miały tu więc miejsce wstępne harce górali. Odcinek ten wygrał Bask Igor Anton z przewagą 6 sekund nad Luksemburczykiem Kimem Kirchenem i Włochem Damiano Cunego. Kolarz Euskaltel został liderem, lecz prowadzenie utrzymał jedynie przez cztery dni. Po szóstym etapie do Verbier koszulkę lidera odebrał mu Kirchen, lecz ostatecznie pogodził ich obu Czech Roman Kreuziger, który wygrał cały wyścig dzięki zwycięstwu na górskiej czasówce z Altdorf na Klausenpass.
Podążając śladami kolarskich sław wypakowaliśmy się we Flums nieopodal Kirchplatz, na parkingu u zbiegu ulic Marktstrasse i Bergstrasse. Ruszyliśmy na górę kwadrans przed trzynastą przy temperaturze 28 stopni. Oczywiście z miasta wyprowadzała nas Bergstrasse. Podjazd zaczął się na dobre po niespełna czterystu metrach na zakręcie w prawo przez mostek nad jednym z tutejszych potoków. Na chwilę droga schowała się w lesie, ale już po chwili wyjechałem na otwarty teren i zacząłem się przyzwyczajać obowiązującego na tej górze krajobrazu czyli stromej szosy, zielonej łąki, pojedynczych domków i biegnącej gdzieś w dole równolegle do górskich serpentyn autostrady A3. Po przejechaniu niespełna kilometra od placu minąłem pierwszy przystanek autobusowy czyli Flums-Platten. Po przejechaniu 1,3 kilometra wziąłem pierwszy wiraż i kilkaset metrów dalej następny na wysokości przystanku Rusch (1,9 km od startu). Na trzecim kilometrze trafił się nam świeży asfalt. Na szczęście nie na tyle by opony nam się do niego kleiły. Niemniej w drodze powrotnej trzeba było pamiętać aby w tym miejscu bardziej uważać. Dalej trzeci wiraż tuż przed osadą Hof (3,3 km) i czwarty na wysokości Caselli (3,8 km). Cały czas jechałem na przełożeniu 39/24, często stojąc w pedałach. Myślę, że większą część tego wzniesienia pokonałem w ten właśnie sposób. Czwarty wiraż od piątego przy Bergheim (5,8 km) dzieliły aż dwa kilometry. Na długiej prostej można było rzucić okiem na ginące w dole Flums oraz zadziwiająco regularne rysy pasma górskiego Churfirsten. Ta grupa górska liczy sobie siedem wierzchołków o bardzo podobnej wysokości. Najwyższy Hinterrug ma 2306 m. n.p.m., podczas gdy najniższy Selun tylko 101 metrów mniej. Dojechawszy do Bergheim byłem już za półmetkiem wzniesienia. Ta dolna część miała średnio 8,4 % przy max. 15 % na początku trzeciego kilometra.
Niemniej górna „połówka” tej góry miała być jeszcze trudniejsza. Podczas gdy między Flums a Bergheim chwilowa stromizna tego podjazdu „tylko” pięciokrotnie skoczyła powyżej 10 %. Tymczasem na krótszym odcinku z Bergheim do Tannenbodenalp tego typu wartość mój licznik zanotował aż czternaście razy. Minąłem szósty wiraż na wysokości Ruslen (7,2 km) i przyszła pora na najtrudniejszy fragment. Zgodnie z profilem ze strony „cyclingcols” okazał się nim trzeci kilometr od końca, na dojeździe do Tannenheim. Stromizna sięgnęła tu najpierw 15 % po przejechaniu 7,55 kilometra. Następnie 14 % niespełna dwieście metrów dalej, a w końcu aż 16 % dokładnie 8,06 kilometra od startu. W dobrym stanie przetrwałem jednak i to wyzwanie. Czułem się dobrze i chcąc utrzymać dotychczasowy rytm jazdy postanowiłem nie wrzucać luźniejszego trybu 27. Siódmy i ósmy wiraż były blisko siebie, ten drugi na wysokości stacji kolejki górskiej Prodalp-Express (8,3 km). Jeszcze 900 metrów dość stromej przerwy przez Tannenheim i w końcu wraz z wjazdem do lasu Tschudiwald (9,2 km) można było nieco odsapnąć. Przez blisko kilometr zrobiło się luźniej. Pierwsza połowa tego terenu w lesie, druga z przejazdem przez centrum Flumserberg-Tannenbodenalp. Było łatwiej, ale nie zupełnie płasko. Nachylenie spadło do poziomu 4 %, więc skorzystałem z przełożenia 39/19. Niemniej tak łatwiejszy odcinek wybijał z wcześniejszego rytmu wspinaczki. Tymczasem na sam koniec czekała jeszcze niespełna trzystumetrowa ścianka ze stromizną dochodzącą do 11,7 %. Ostatnie sto metrów było już zupełnie płaskie i biegło po placu przed stacją kolejki górskiej Tannenboden MBF. Wdrapałem się na górę w czasie 49 minut i 40 sekund czyli z przeciętną prędkością 12,708 km/h i VAM 1105 m/h. Pozornie bez rewelacji, ale byłem zadowolony z tego jak wytrzymałem tak stromy podjazd. Pojechałem dolną część w tempie 13,1 km/h, górną w 12,3 km/h – różnica w prędkości była więc adekwatna do wzrastającej stromizny wzniesienia. Darek podobnie tryskał humorem. Stwierdził, że w końcu dobrze mu się jechało. Na pokonanie Flumserbergu potrzebował 1 godziny 2 minut i 55 sekund.
ZDJĘCIA


