Ostatnim dniem mojej drugiej wyprawy szwajcarskiej była sobota 20 czerwca. Nasze lokum w Les Valettes musieliśmy – przynajmniej w teorii – opuścić do godziny 10:00. Tym samym tego dnia nie mogliśmy sobie pozwolić na wycieczkę rowerową w pełnym wymiarze. Znając regulamin „Les Myosotis” od wielu miesięcy miałem jednak dość czasu by przygotować się na tą okoliczność. Należało jakoś pogodzić konieczność szybkiego wylotu z żądzami kolejnych kolarskich przygód. W jaki sposób? Po pierwsze trzeba było o dobrą godzinę wcześniej niż zwykle zwlec się z łóżek aby być gotowym ruszenia w drogę już około ósmej rano. Po drugie nawet mimo tak wczesnego wyjazdu nie mogliśmy pojechać na więcej niż 40-kilometrową trasę. Siłą rzeczy ograniczało to nasze sobotnie podboje tylko do jednego wzniesienia i to położonego w najbliższej okolicy. Dlatego właśnie na deser zostawiłem nam podjazd pod przełęcz Forclaz (1527 metrów n.p.m.), zaczynający się na rondzie w Martigny-Croix, ledwie trzy kilometry od naszego domku. Wzniesienie to aż sześciokrotnie występowało na trasie Tour de France. Pięć razy pokonywano je właśnie od naszej wschodniej strony. Z reguły na etapach do słynnego kurortu Chamonix, położonego po francuskiej stronie granicy. Ostatni raz peleton Tour de France był tu w 1977 roku, lecz najsłynniejszy pojedynek odbył się w tych stronach czternaście lat wcześniej. W rolach głównych wystąpili Jacques „Metronom” Anquetil i Federico „Orzeł” Bahamontes. Premię górską wygrał „Baha”, lecz było to dla niego pyrrusowe zwycięstwo, albowiem Francuz wygrał w Chamonix i dzięki bonifikacie odebrał Hiszpanowi prowadzenie w wyścigu.
Ja przebyłem ją w lipcu 2005 roku, lecz z przeciwnej strony i dodatku w wygodnym fotelu pasażera. Takie doświadczenie na niewiele więc mogło mi się teraz przydać. Bardziej przydatna była tradycyjna lustracja profilu podjazdu zaczerpniętego ze znakomitej strony „archivio delle salite d’Europa”. Prowadzonej przez Szwajcarów zresztą, acz z kantonu Ticino. Żółty kolor od podnóża do samego wierzchołka świadczył o tym, iż łatwo nie będzie. Przede wszystkim nie mogliśmy liczyć choćby na chwilę wytchnienia. Jako się rzekło wczesna pobudka, poranna mobilizacja i start zgodnie z planem o ósmej. Na początek czekały nas trzy kilometry zjazdu, te same co w środę przed wspinaczką pod Les Planches. Jednak tym razem na rondzie w Croix należało skręcić w lewo. Koledzy nieco zdystansowali mnie na zjeździe i z rozpędu rozpoczęli szturm na Forclaz. Tym samym zmobilizowali mnie do szybszego niż trzeba początku. Gdy zaś widzi się przed sobą innego kolarza (bez różnicy: przyjaciela, kolegę, znajomego czy anonima) zawsze człowieka korci by się zmierzyć z takim „zającem”. Rzuciłem się więc w pogoń za nimi, mając Łukasza i Jarka za tzw. „stacje przekaźnikowe” na drodze do najszybciej oddalającego się punktu w postaci Andrzeja. „Wicherka” dogoniłem pod koniec drugiego kilometra wspinaczki czyli w okolicy pierwszego wirażu. Tak długa prosta na samym początku wzniesienia przypomniała mi preludium do kultowej góry L’Alpe d’Huez, która trzykrotnie „podcinały mi nogi” na finiszach La Marmotte czy L’Etape du Tour.
Przez kilka następnych kilometrów jechaliśmy zmieniając się na prowadzeniu. Do czasu gdy większe doświadczenie nieznacznie zatriumfowało nad młodzieńczą fantazją. Wspinaczka zajęła mi 53 minuty i 15 sekund co przełożyło się na średnią prędkość 14,64 km/h. Wiedząc, że to równy i co istotne dość stromy podjazd liczyłem, że uda mi się może wykręcić VAM na poziomie 1200 m/h. Warunki ku temu były dogodne tzn. 1028 metrów przewyższenia na 13 kilometrach dające średnie nachylenie rzędu 7,9 %. Szybki początek, współpraca ze strony Andrzeja i koncentracja na utrzymaniu możliwie wysokiego rytmu to wszystko pomogło w uzyskaniu dobrego wyniku. Niemniej upragniona” bariera mych prywatnych możliwości nie padła. Mój wskaźnik VAM na tej górze wyniósł 1158 m/h. Aby złamać pułap „1200” musiałbym pojechać prawie dwie minuty szybciej. Co prawda udało mi się tego dokonać już na Balmbergu, lecz wówczas swe siły wystarczyło rozłożyć ledwie na pół godziny.
ZDJĘCIA
