Pian del Frais

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Susa / Riccarda

Wysokość: 1487 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1003 metry

Długość: 13,3 kilometra

Średnie nachylenie: 7,5 %

Maksymalne nachylenie: 12 %

PROFIL

OPIS

W San Mauro Torinese trafił nam się bardzo dobry lokal. Apartamento Mercedes okazało się być mieszkaniem w bloku, do którego trzeba się było wspiąć na trzecie piętro. Niemniej to była bodaj jedyna niedogodność, a poza tym zmęczone nogi ratowała winda. Gospodyni była nieobecna, więc na pokoje wprowadził nas jej zaufany sąsiad. Skądinąd bardzo sympatyczny Signore starszej daty. Na miejscu same plusy. Duży salon z dobrze wyposażoną kuchnią, który zaadoptowałem na swą sypialnię. Dario do swej wyłącznej dyspozycji miał drugi mniejszy pokój. Ucieszyliśmy się na widok aż dwóch łazienek. Jedna miała prysznic, zaś druga wannę. Z pomocą nieocenionej farelki mniejsze z tych pomieszczeń można było przerobić na nocną suszarnię. Najważniejsze jednak, że była tu też pralka. Urządzenie dla nas bezcenne w tych deszczowych dniach u progu włoskiej jesieni. Poza tym zaopatrzoną w duże biurko część korytarza mogłem przerobić na biuro naszej wyprawy. Do tego zabudowany balkon mógł służyć za garaż dla naszych rowerów, a w razie konieczności stać się warsztatem do pracy nad nimi. Jednym słowem trzecia baza spełniała niemal wszystkie nasze wymagania. Niestety poza czterema ścianami tego lokalu atmosfera była mniej korzystna. W pogodzie czekało nas kolejne załamanie. Środa wyglądała mocno niepewnie, zaś czwartek zapowiadał się jeszcze gorzej. Nie należało się jednak martwić na zapas. Trzeba było planować z dnia na dzień. W każdym razie zapowiadało się na to, iż najbardziej ambitne wycieczki czyli te ze wspinaczkami pod Colle delle Finestre (2176 m. n.p.m.) i Colle del Nivolet (2612 m. n.p.m.) trzeba będzie odłożyć na finałowy weekend. Siłą rzeczy w środę musieliśmy poprzestać na wyborze znacznie niższych wzniesień. W tym celu pojechaliśmy w kierunku Valle di Susa, gdzie mogliśmy zaliczyć dwie niewysokie, acz mimo to wymagające wspinaczki. Pierwszą z nich miał być podjazd z Susy do wypoczynkowej miejscowości Frais (1490 m. n.p.m.), zaś drugą już w drodze powrotnej wjazd z Almese na przełęcz Colle del Lys (1311 m. n.p.m.).

Etap jedenasty zapowiadał się na stosunkowo krótki. Mogliśmy sobie pozwolić na dłuższy sen i nieśpieszne przygotowania do wyruszenia w trasę. Ostatecznie wyjechaliśmy z domu dopiero około południa. Przeszło 65-kilometrowy dojazd do Susy miał nam zabrać blisko godzinę. Dość szybko wjechaliśmy na turyńską obwodnicę i ruszyliśmy na zachód. Z obwodnicy zjechaliśmy na wysokości Collegno wjeżdżając na drogę A32. Z kolei autostradę opuściliśmy na wylocie Susa Est nie dojeżdżając do centrum wspomnianej miejscowości. Po zjeździe na krótko trzeba było wjechać na szosę SP24 i po chwili skręcić w boczną SP172 ku gminie Meana di Susa. Zatrzymaliśmy się dwieście metrów dalej na poboczu tej drogi. Wspinaczka do Frais zaczyna się w tym samym miejscu co kultowy podjazd na przełęcz Finestre. Tym samym miejscówka ta miała nam się przydać raz jeszcze przed końcem owego tygodnia. Zanim jednak przyszło nam się zmierzyć z szutrowym gigantem należało się zabrać do pojedynku z jego znacznie niższym, acz ostrym sąsiadem. Przed sobą mieliśmy podjazd, który wedle ściągniętego profilu miał mieć 12,4 kilometra o średnim nachyleniu 8% i przewyższeniu 990 metrów. Tym niemniej na załączonym obrazku start zaznaczono na wysokości 500 metrów n.p.m. Tymczasem z innego wiarygodnego źródła wiedzieliśmy, że początek tej wspinaczki musi się znajdować na poziomie 484 metrów. Wystartowaliśmy o godzinie 13:14, przy czym Dario jakieś pół minuty wcześniej. Pierwsze trzysta metrów do łagodnie wznosząca się prosta. Prawdziwa wspinaczka zaczyna się za pierwszym zakrętem w prawo. Na długiej prostej w kierunku linii kolejowej Torino – Bardonecchia chwilowe nachylenie sięgało aż 15%. Na pierwszym kilometrze złapałem kontakt z Darkiem, który w swoi stylu zaczął spokojnie. Po niespełna 1300 metrach przejechaliśmy pod kolejowym wiaduktem. Tuż za nim musieliśmy odbić w prawo wybierając krętą Via della Losa. Jakiś kilometr dalej minęliśmy ostatnie zabudowania w Meana di Susa i wjechaliśmy do lasu. Do połowy czwartego kilometra trzymaliśmy się razem. Potem droga SP254 skręciła na południe, połączyła się z szosą wychodzącą z centrum Susy, zaś sam podjazd stał się bardziej stromy. Powoli zacząłem dyktować tempo odrobinę za szybkie dla swego kompana.

Od połowy szóstego do końca ósmego kilometra droga była nie tylko stroma, ale też ponownie bardzo kręta. Na odcinku 2300 metrów trzeba było pokonać aż siedem klasycznych wiraży. Na niektórych z nich mogłem spojrzeć w dół by zobaczyć jakie postępy czyni Dario. Im wyżej tym warunki do jazdy mieliśmy gorsze. Szosa stroma i śliska. Od połowy podjazdu towarzyszył nam deszcz. Z kilometra na kilometr coraz mocniejszy. Widoczność była kiepska ze względu na niski pułap chmur. Po przejechaniu 8 kilometrów minąłem zjazd do Madonna della Losa. Stromy odcinek skończył się 1200 metrów dalej. Ostatnie cztery kilometry były już znacznie łatwiejsze. Niemniej sama jazda do przyjemnych nie należała. Wszystko przez ulewę, która zastała nas na tym fragmencie podjazdu. Po przebyciu 10,9 kilometra od startu minąłem jeszcze drogę w lewo wiodącą na Pian Gelassa nieczynną stację narciarską, która swój okres świetności miała w latach 60. XX wieku. Przed przyjazdem w te strony zastanawiałem się nawet nad wyznaczeniem mety owej wspinaczki w tym miejscu. Ostatecznie pozostaliśmy wierni znanemu sobie profilowi wzniesienia. Ostatni kilometr przed Frais był praktycznie płaski. Dojechawszy w rejon wyciągów narciarskich postanowiłem się trzymać głównej drogi czyli Via Soubeyrand. Finisz wypadł mi już na Via Clot Rosset, gdzie zatrzymałem się po przejechaniu 13,3 kilometra w czasie 1h 01:08 (avs. 13,0 km/h). Na stravie najdłuższy segment jaki znalazłem to 9000 metrów od połowy czwartego do połowy trzynastego kilometra. Ten odcinek pokonałem w czasie 40:58 (avs. 13,2 km/h i VAM 1007 m/h) co dało mi 5 miejsce wśród 84 sklasyfikowanych osób. Dario uzyskał tu trzynasty czas czyli 43:29 (avs. 12,4 km/h i VAM 949 m/h). Zdecydowanym liderem jest zaś ex-profi Sergio Barbero (rocznik 1969), który w maju 2014 roku wykręcił na tym segmencie czas 32:03. Bardzo trudny środek przejechaliśmy na wysokich obrotach. Na dojeździe do Madonna della Losa czyli odcinku o długości 4,4 kilometra ze średnią 10% wykręciłem VAM na poziomie 1122 m/h, zaś mój amico 1085 m/h.

Na górze było tylko 11 stopni. Poza tym byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Tymczasem trzeba się było przygotować na nieprzyjemny zjazd. Zadekowaliśmy się pod zadaszeniem najbliższego domostwa by ubrać cieplejsze ciuchy. Znalazłem tam również gazety, których nie zawahałem się użyć do walki z chłodem i wilgocią. Na pierwszych kilometrach zjazdu niewiele było widać. Zrobiliśmy tylko kilka obowiązkowych fotek na ulicach Frais, po czym każdy na własną odpowiedzialność ruszył w dół. Owszem zatrzymywałem się od czasu do czasu, lecz jak widać na załączonych obrazkach w tych warunkach efekt owych przystanków okazał się dość mizerny. Dopiero w połowie zjazdu widoczność poprawiła się na tyle, że robienie zdjęć nabrało jakiegoś sensu. Niestety spełniając się w roli podróżnego fotografa poniosłem nieodżałowaną stratę. Ściągnąłem rękawiczki Defeet E-Touch i na samym dole okazało się, że do tylnej kieszonki wpakowałem tylko jedną z nich, zaś druga została gdzieś na drodze. Rzecz jasna nie miałem ochoty po nią wracać na rowerze, a nie chciałem też tracić czasu na „akcję poszukiwawczą” z wykorzystaniem samochodu. Do samochodu zjechałem o 15:40. Darek po tak mokrej robocie miał już dość kolarstwa na środę. Jednak ja zdecydowałem się na tradycyjną poprawkę.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/393609071

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/393609071

ZDJĘCIA