Na wtorek 25 maja do naszego programu wrzuciłem udział w wydarzeniu, które miało nam dodatkowo ubarwić wrażenia z codziennej eksploracji włoskich Dolomitów. Tego dnia aktywny wypoczynek czyli zdobycie kolejnego trudnego podjazdu postanowiłem połączyć z obserwacją tego jak z podobnym wyzwaniem radzą sobie profesjonaliści. Okazja była wyborna, bowiem organizatorzy Giro d’Italia postanowili, iż szesnasty etap ich wyścigu podobnie jak dwa lata wcześniej zostanie przeprowadzony na niespełna 13-kilometrowej trasie z San Vigilio di Marebbe do Plan de Corones (niem. Kronplatz) w wielce atrakcyjnej formie górskiej czasówki. Dla przydrożnego kibica taka formuła etapu jest z pewnością najbardziej przyjazna. Na płaskim etapie zobaczyć można co najwyżej kilka postaci z ucieczki oraz rozmaz kolorowego peletonu mknącego z prędkością 40-50 km/h. Na górskich odcinkach przy dwukrotnie niższej prędkości i na ogół większej dramaturgii wydarzeń nasz ogląd rywalizacji jest wyraźniejszy, zaś emocje bardziej intensywne. Niemniej dopiero śledząc przebieg górskiej czasówki możemy się przyjrzeć każdemu kolarzowi z osobna choćby tylko przez kilka sekund. Co więcej znając aktualną klasyfikację wyścigu z prawdopodobieństwem bliskim pewności możemy przewidzieć, który as jako następny ukaże się naszym oczom, a tym samym przygotować się też na przejazd swego prywatnego faworyta.
Jeżdżąc od siedmiu lat po górskich zakątkach Europy zawsze zdecydowanie przedkładałem własne praktyczne doświadczenia czyli aktywny tryb poznawania przełęczy, które do spółki z mistrzami kolarstwa pisały wielką historię tego pięknego sportu. Jako, że moje górskie ekspedycje ze względów atmosferycznych zawsze przypadały na okres od połowy maja do połowy sierpnia częstokroć traciłem w ten sposób sposobność do pasywnego zbierania wrażeń w roli kibica-telewidza. Z rzadka udawało mi się rekompensować te straty obserwacją największych wyścigów na miejscu wydarzeń. Byłem na mecie dwóch etapów Tour de France z 2005 roku tzn. w Courchevel i Briancon. Widziałem popis duetu z Saunier Duval na mecie pod Tre Cime di Lavaredo podczas Giro d’Italia z 2007 roku. W końcu udało mi się poczuć atmosferę Tour de Suisse na mecie przedostatniego odcinka ubiegłorocznej edycji w Crans-Montanie. Wszystko to były górskie etapy, ale ze startu wspólnego. Teraz nadarzyła mi się jeszcze lepsza (zaś Darkowi pierwsza) okazja by ujrzeć mistrzów dwóch kółek w akcji.
Jednak wcielenie w życie tych pięknych planów wymagało odrobiny poświęcenia. Czekał nas najdłuższy transfer samochodowy podczas dwutygodniowego pobytu w Trentino-Alto Adige. Chcąc zobaczyć słynny szuter na Kronplatzu musieliśmy najpierw przejechać 125 kilometrów z Mezzocorony do Valdaora di Sotto, zaś później rowerami wspiąć się na passo Furcia (1789 m. n.p.m.) od północno-wschodniej strony czyli z przeciwnego kierunku względem trasy pokonywanej przez uczestników Giro. Większą część owego dojazdu zdążyliśmy już poznać w dzień po dniu zapuszczając się coraz dalej w górę Valle Isarco. Tym razem jednak dojechawszy do Bressanone (niem. Brixen) musieliśmy zjechać z SS-12 na SS-49 wiodącej przez Val Austeria. Tam po minięciu Rio di Pusteria (Muehlbach), Vandoies (Vint), Chienes (Kiens) i Brunico (Bruneck) po dojechaniu do wioski Nove Case – nieopodal biatlonowej Anterselvy (Antholz) – skręciliśmy w boczną drogę biegnącą na południe. Jadąc przez Val Pusteria czułem się jakbym był w Austrii. Wszystkie stacje radiowe nadawały po niemiecku. Nic w tym dziwnego. Podczas gdy stolicę prowincji czyli Bolzano w minionych dziesięcioleciach zdążyła już zdominować włoska emigracja z południa to tu tyrolscy tubylcy trzymają się mocno. Dla przykładu we wspomnianym Brunico wciąż 83% ludności mówi po niemiecku.
Na bocznej drodze napotkani policjanci skierowali nas w stronę Valdaory (Olang) około 3-tysięcznej miejscowości administracyjnie podzielonej na trzy części: dolną, środkową i górną. Tuż przed zjazdem do Valdaora di Sotto znaleźliśmy po lewej stronie drogi znaleźliśmy parking przygotowany dla kolarskich kibiców. Skwapliwie skorzystaliśmy z tej opcji postoju i po nieśpiesznym przedzierzgnięciu się z turystów-cywili w sportowców-amatorów krótki przed trzynastą byliśmy gotowi do kolejnej rowerowej wspinaczki. Tym razem jednak poza standardowym zaopatrzeniem się w bidony, cieplejsze ciuchy, telefony komórkowe i aparaty fotograficzne, zapasowe dętki czy w końcu podręczny zestaw naprawczy (łyżki & klucze) zabraliśmy z sobą plecaki, choćby dlatego by na górze zamienić kolarskie buty na bardziej nadające się do pieszych przechadzek. Po przejechaniu 500 metrów podjazdów skręciliśmy w prawo zgodnie ze wskazówkami kierując się ku wiosce Rio Molino i w ten sposób omijając Valdaora di Mezzo. Podobnie jak po przeciwnej stronie Furcii (którą poznałem przed trzema laty) początek podjazdu był stosunkowo łagodny. Moje odczyty z licznika zdają się przeczyć załączonemu do tej opowieści obrazkowi, lecz faktycznie wzniesienie to miało 10,8 kilometra długości, zaś prezentowany profil zaczyna się około 9 kilometrów przed szczytem w okolicy wspomnianej Rio Molino.
Przez pierwsze 2900 metrów ani na chwile stromizna podjazdu nie wykraczała ponad 7 % przy średnim nachyleniu 4,3 %. Będąc bardziej niż zwykle objuczony nastawiłem się na spokojniejszą niż zazwyczaj jazdę. Jednak niezbyt długo wytrwałem w tym postanowieniu. Darek dał mi zielone światło bym jechał własnym tempem. Pierwsze schody zaczęły się około trzeciego kilometra po wirażu we wiosce Casola (Gasel). Przed kolejne 2000 metrów wiodących pośród alpejskich łąk przyszło mi się zmagać ze znacznie trudniejszym terenem. Na tym odcinku średnie nachylenie wyniosło aż 8,6 % przy maximum 13 %. Na szczęście wkrótce nadarzyła się okazja by nieco odsapnąć. Mniej więcej w połowie podjazdu przy przejeździe przez osadę Sora Furcia droga obniża swe wymagania wobec śmiałków na bicyklach. Przez 1300 metrów wznosi się delikatnie na średnim poziomie 3,1 %, zaś na całym szóstym kilometrze wzniesienia max. to ledwie 4,3 %. Koniec tej sielanki jest jednak szybki i przykry dla nieprzygotowanych. Już wyjeżdżając z Sora Furcia spoglądając w lewo widać co się święci. Bardzo stroma kilkusetmetrowa prosta, a po zakręcie dalsze fragmenty szosy poprowadzone w równie morderczym stylu. W sumie półtorakilometrowy odcinek męki o średnim nachyleniu 11,3 % z trzykrotnym wzlotem do maximum na poziomie 15 %.
Piekło kończy się przy barze o wdzięcznej nazwie Margherita co nie oznacza wcale, iż pozostałe trzy kilometry to już tylko przyjemna przejażdżka po samą przełęcz. Owszem na kolejnych 1300 metrach można ponownie złapać swój rytm jazdy, gdyż droga wraca do przyjemnego nachylenia 5,2 % przy maximum 9 %. Niemniej finałowe 1800 metrów rozpoczynające się wjazdem w las zmusza raz jeszcze do wzmożonego wysiłku wobec średniej stromizny 9,1 % i max. 14 %. Ogółem około 740 metrów przewyższenia. W kwestii bezwzględnej wysokości tej przełęczy można mieć nieco wątpliwości co do prawdziwości informacji podanej na przydrożnej tablicy. Według google.maps powinno to być około 1760 metrów n.p.m.. Jednak zważywszy na fakt, iż startowaliśmy z poziomu ledwie 1020 metrów n.p.m. i tak mieliśmy do pokonania około 740 metrów przewyższenia co przy długości podjazdu 10,83 km daje temu wzniesieniu średnią 6,83 %. Mniej więcej o 13:40 byłem na górze. Dojechanie na przełęcz zajęło mi dokładnie 45 minut co odpowiada średniej prędkości 14,439 km/h i VAM 986 m/h. Osiągi nie nadzwyczajne, acz „na usprawiedliwienie” miałem spokojny start i przede wszystkim drobny nadbagaż. Jechało mi się całkiem dobrze. Po drodze minąłem kilkunastu amatorów kolarstwa na szosówkach i góralach. Nie my jedni ciągnęliśmy w stronę osławionego Kronplatz. Co by jednak nie powiedzieć liczba zmechanizowanych fanów była nieporównywalnie mniejsza od tej jaką napotkałem przy podobnej okazji podjeżdżając wraz z Piotrem Mrówczyńskim, Tomkiem Wienskowskim i Jackiem Śliwińskim na metę etapu TdF-2005 w Courchevel.
ZDJĘCIA

