Kum & Krvavec

W środę 11 lipca zrobiliśmy trzecią i ostatnią wycieczkę na wschód Słowenii po autostradzie A1. Tym razem przyszło nam z niej zjechać nieco wcześniej, bo na wysokości Trojane. Stamtąd musieliśmy jeszcze odbić na południowy-wschód w rejon miasteczka Trbovlje. Jakieś trzy kilometry na południe od tej miejscowości zaczyna się uchodząca za jeden z najtrudniejszych podjazdów w tym kraju – niespełna 10-kilometrowa wspinaczka na górę Kum (1212 m. n.p.m.). Dojechawszy do Trbovlje po chwili poszukiwań zrezygnowaliśmy z postoju w centrum miasta i zawróciliśmy do miniętego przez kilkoma minutami podnóża wzniesienia. Początek tego podjazdu znajduje się na prawym brzegu rzeki Sawa, przy zjeździe z drogi nr 108 na wysokości fabryki materiałów budowlanych Lafarge. Dzień był słoneczny, acz po wczorajszym deszczu bardziej rześki niż dwa poprzednie. Około wpół do pierwszej na swoim liczniku zanotowałem temperaturę 26 stopni. Zaparkowaliśmy samochody zaraz za zakrętem na poboczu bocznej drogi. Byliśmy świadomi wyzwania jakie nas czeka, a nawet gdybyśmy nie oglądali czerwonego profilu tego wzniesienia to jego mroczny sekret szybko by nam zdradziła tablica drogowa stojąca na pierwszym metrach wspinaczki. Według niej maksymalna stromizna na tym podjeździe miała sięgać 16 %. W rzeczywistości „najmocniejszy” stumetrowy odcinek miał nachylenie nieco wyższe, bo 17,1 %. Na starcie można się było również dowiedzieć, iż podjazd znajduje się na terenie Parku Krajobrazowego objętego unijnym programem Natura 2000.

Od samego początku trzeba było wrzucić miękkie przełożenie. W moim przypadku najpierw 39×28, a później ostatni tryb w dostępnym mi pakiecie czyli 32. Niemal do końca drugiego kilometra droga wiodła w kierunku wschodnim, równolegle do wspomnianej rzeki z ładnym widokiem na jej dolinę. Stromy start przypominał początek szwajcarskiego podjazdu pod Les Planches nieopodal Martigny. Cała góra była jednak jeszcze cięższa. Najtrudniejsze były zaś pierwsze cztery, z których każdy miał średnie nachylenie ponad 10 %. W tym drugi kilometr aż 12,4 %. Po przejechaniu 3 kilometrów minąłem zjazd w prawo ku wiosce Skofja Riza, zaś niespełna kilometr dalej dobrnęliśmy do wioski Dobovec mijając Cerkev sv. Ana (3,9 km). Przejeżdżając przez centrum tej miejscowości trzeba było pokonać nad wyraz stromy odcinek i minąć lokalny Dom Strażaka (Gasilski Dom). Pokonawszy tą ściankę należało odbić w prawo za kapliczką poświęconą Matce Boskiej. Tu chwila odpoczynku i następna stromizna w lesie, na której musiałem nieco spasować nie mogąc dłużej utrzymać koła Adama. Postanowiłem jechać dalej własnym, równym i możliwie mocnym tempem trzymając kontakt wzrokowy z naszą kozicą. Piąty i szósty kilometr miały nachylenie rzędu „tylko” 9,4 i 9,8 %. Na początku siódmego kilometra dwa ciasne zakręty blisko siebie i przed nami kilometr siódmy o wartości średniej 11,1 %. Jednym słowem teren dla typowych górali czyli kolarzy wagi lekkiej. Nieco łatwiej zrobiło się za osadą Lontovz, skąd już do końca strome odcinki miały się przeplatać z łagodniejszymi wpływając na nieco niższe niż wcześniej średnie nachylenie ostatnich trzech kilometrów tzn. 7,4 – 8,5 oraz 9,4 %.

Po przejechaniu 8,3 kilometra skończyła się jazda po asfalcie i wjechaliśmy na nawierzchnię szutrową. Adam jako pierwszy, ja zaś 10-15 sekund później. Na sypkim gruncie czułem się dość dobrze i zacząłem odrabiać straty do swego młodszego kolegi. Wjechaliśmy do gęstszego lasu, gdzie czekało na nas jeszcze parę stromych ścianek na sypkim gruncie. Jednym słowem dość niepewny teren. Nie były co wstawać w pedały ze względu na niemal pewny uślizg tylnego koła. Z drugiej strony nie można było siedzieć głęboko na tyłach siodełka bo przednie koło rwało się do podskoku. Dwukrotnie musiałem wypiąć nogi z pedałów. Za drugim razem przejazd utrudniła mi dodatkowo poprzeczna rynna do odpływu deszczówki. Pomimo tego dosłownie na ostatnich metrach udało mi się dogonić Adama i do szczytu wzniesienia dojechaliśmy razem w czasie 51 minut i 50 sekund. Podjazd miał długość 9,84 kilometra i 996 metrów przewyższenia, więc wdrapaliśmy się ze średnią prędkością 11,320 km/h i wartością VAM 1153 m/h – w moim przypadku najwyższą na tym wyjeździe. Aby dotrzeć na szczyt trzeba było się nieźle namęczyć, ale było warto i to nie tylko dla własnej sportowej satysfakcji. Na mecie natknęliśmy się na kapliczkę, maszt telewizyjny oraz schronisko Planinski Dom. Niemniej główną atrakcją był niewielki kościółek pod wezwaniem sv. Neza z towarzyszącą mu wieżą. Na jego tle zrobiliśmy sobie zdjęcia, po czym udaliśmy się w stronę schroniska, gdzie spędziliśmy nieco czasu na słonecznym tarasie, po południowej stronie tego budynku. Kum okazał się bardzo treściwym podjazdem. Może nie jest to „killer” a’la Zoncolan, Kitzbuheler Horn czy Mortirolo, lecz spokojnie można go wymieniać w jednym rzędzie ze wspinaczkami klasy Alpe di Pampeago.

ZDJĘCIA

KUM

Zdjęcie 1 z 30