DANE TECHNICZNE
Miejsce startu: SS 237
Wysokość: 1780 metrów n.p.m.
Przewyższenie: 1098 metrów
Długość: 25,5 kilometra
Średnie nachylenie: 4,3 %
Maksymalne nachylenie: 8,9 %
PROFIL
OPIS
Odwrót spod schroniska zaczęliśmy kwadrans po trzynastej. Jak zwykle podczas zjazdu robiłem zdjęcia, więc szybko straciłem kontakt z większością kolegów. Zresztą plany na to popołudnie mieliśmy różne. Adam, Daniel i Romek do dotarciu do drogi krajowej SS239 skręcili w lewo. W ramach swego drugiego podjazdu mieli odwiedzić stację Madonna di Campiglio i wjechać na przełęcz Campo Carlo Magno. Jako ambitni ludzie nawet tym się nie zadowolili. Będąc na górze dokręcili jeszcze przeszło kilometr na bocznej drodze kończąc swą wspinaczkę w pobliżu Ristorante Cascina Zeledria na wysokości około 1770 metrów n.p.m. Ja przejechawszy zatłoczone Pinzolo dotarłem do Bocenago. W naszej bazie jako pierwszy zjawił się Piotrek, który tym etapie zadowolił się pokonaniem hardcorowego Cornisello. Przed szesnastą wsiadłem do auta by wraz z Darkiem dojechać ku Val di Daone. Po kilkunastu kilometrach dotarliśmy do Tione di Trento i wjechaliśmy na drogę SS237. Na południe od tego miasteczka rozstrzygnęły się losy Giro d’Italia z roku 1955. Po 19 z 21 etapów i około stu godzinach rywalizacji prowadził młody Toskańczyk Gastone Nencini. Miał on 43 sekundy przewagi nad Francuzem Raphaelem Geminianim oraz odpowiednio 1:29 i 1:42 nad swymi rodakami Fiorenzo Magnim i Fausto Coppim. Do rozegrania pozostały tylko dwa odcinki. Długi i pagórkowaty z Trento do San Pellegrino in Terme oraz krótki i płaski do mety w Mediolanie. Dwaj weterani czyli: 35-letni Magni oraz 36-letni Coppi zaznali już wcześniej smaku zwycięstwa w Giro. Ten pierwszy wygrał w latach 1948 i 1951, zaś słynny „Campionissimo” aż pięciokrotnie między rokiem 1940 a 1953. Magni był niezmordowanym walczakiem, świetnym zjazdowcem i mądrym strategiem. W swej karierze wygrał też trzy razy z rzędu brukowy klasyk Ronde van Vlaanderen (1949-51). W przededniu zakończenia wyścigu zorganizował zasadzkę na niedoświadczonego lidera. W owych czasach drogi często bywały szutrowe, zaś odcinek kilkunastu kilometrów tuż za Tione di Trento był wyjątkowo podłej jakości. Magni opracował wraz z drużyną ofensywną taktykę oraz założył grubsze opony. Zapewnił też sobie przychylność sporej części peletonu. Gdy tylko kolarze wjechali na najgorszy odcinek trasy zaczął się festiwal defektów. Magni zaatakował na zjeździe do Roncone. Początkowo Coppi i Nencini usiedli mu na koło. Niemniej między Condino i Lodrone młody lider złapał gumę.
Po wymianie ruszył w bezowocny pościg za starymi mistrzami. Nie mogąc sam odrobić strat za namową swego dyrektora poczekał na najbliższą grupkę pościgową. W niej jednak nie znalazł odpowiedniego wsparcia. Tymczasem Magni ostatecznie przekonał Coppiego do współpracy i los Nenciniego był już przesądzony. Po przeszło 160-kilometrowej akcji Magni i Coppi dotarli do kurortu w prowincji Bergamo z przewagą aż 5:37 nad następną grupą, w której przyjechał Nencini. Coppi wygrał ten etap, zaś Magni wziął koszulkę lidera. Mimo tylko 13-sekundowej różnicy między nimi na ostatnim etapie nic się już nie zmieniło. Nencini skończył wyścig na trzecim miejscu. Na swój jedyny triumf w Giro musiał poczekać jeszcze dwa lata. W roku 1960 wygrał nawet Tour de France. Tyle wielkiej historii. W przeciwieństwie do szlaku przez Valle del Chiese czekająca nas wspinaczka w głąb Val Daone nie dostąpiła dotąd zaszczytu goszczenia wyścigu Dookoła Włoch. Chyba nie ma ku temu warunków. Wszak tego typu „ślepe drogi” pojawiają się na wielkich imprezach gdy u ich kresu znajduje się popularna stacja narciarska. Względnie gdy nieopodal mamy atrakcję turystyczną, którą chcą wypromować lokalne władze. Dojechawszy na miejsce zatrzymaliśmy się na styku dróg SS237 i SP27. Według „cyclingcols” mieliśmy do przejechania aż 25,6 kilometra, acz o skromnym nachyleniu 4,3 %. Mogliśmy się spodziewać maksymalnej stromizny na poziomie niespełna 9 %. Za to przewyższenie było poważne. Netto czyli między startem a metą wspinaczki 1118 metrów, zaś brutto czyli z odzyskami po mini-zjazdach nawet 1134. Jednym słowem podjazd miał być długi, acz przynajmniej w teorii stosunkowo łatwy. Pod względem samego dystansu był najdłuższym w trakcie całej tej wyprawy. W praktyce wcale nie był jednak tak łatwy jak to sugerowały suche dane. Średnia stromizna całego wzniesienia była niska z uwagi na mocno spłaszczony dojazd do półmetka. Dość powiedzieć, że na dolnym odcinku o długości 12,5 kilometra w pionie do zyskania było tylko 271 metrów. Natomiast na ostatnich 13 kilometrach tej wspinaczki aż 827 metry. Łatwy początek zachęcał zatem do szybkiej jazdy na twardym przełożeniu. Z kolei znacznie trudniejsza druga połowa sugerowała by zostawić sobie większość energii na końcówkę tej wspinaczki. Jednym słowem należało rozsądnie gospodarować swymi siłami w trakcie półtoragodzinnego wysiłku. Wystartowaliśmy o godzinie 16:42. Na dole było jeszcze całkiem ciepło czyli 23 stopnie Celsjusza.
Postanowiłem do półmetka pojechać solidnie, acz z pewną rezerwą. Darek mógł niemal cały ten odcinek przejechać na moim kole. Na dojeździe do Praso (2,5 km) nachylenie było zauważalne. Na pierwszym kilometrze sięgnęło nawet 6 %. Potem zrobiło się łatwiej, zaś na czwartym kilometrze było więcej zjazdu niż podjazdu. Dlatego z rozpędu wjechaliśmy do wioski Daone (4,1 km). Kolejny segment czyli odcinek 7,2 kilometra między Daone a Pracul miał średnie nachylenie ledwie 2,4 %. Przejechaliśmy go żwawo, bo z przeciętną 26,5 km/h. Dopiero za Pracul zaczęła się wspinaczka z prawdziwego zdarzenia. Najpierw niespełna 4-kilometrowy dojazd do Lago di Malga Boazzo (1224 m. n.p.m.). Pokonałem go ze średnią 13,7 km/h i zyskałem nad Darkiem nieco ponad minutę. Odcinek wzdłuż wspomnianego jeziora miał długość 1800 metrów i był niemal płaski. Druga faza wspinaczki zaczęła się niespełna 8 kilometrów przed finałem wraz z pierwszym przejazdem na zachodni (prawy) brzeg rzeki Chiese. Odtąd już niemal każdy kolejny kilometr trzymał na poziomie od 7 do 9 %. Podjazd nabrał prawdziwie alpejskiego charakteru. Naliczyłem w sumie 12 klasycznych wiraży. W końcówce wspinaczki minąłem gospodarstwo Malga Nudole (22,4 km) i Ristorante da Pierino (24,1 km). Dopiero na ostatnich 300 metrach zrobiło się łatwo. Wspinaczkę zakończyłem po przejechaniu 25,6 kilometra w czasie 1h 22:04 (avs. 18,8 km/h). W miejscu gdzie stanąłem asfaltowa droga zataczała pętlę wokół małej drewnianej chatki. Wyżej szła jeszcze jakaś boczna ścieżka po kostce. Miałem stąd dobry widok na Lago di Bissina. Tutejsza zapora powstała w 1962 roku. Ma długość 563 metrów i wysokość 84 metrów. Przeprowadzano na niej przez zawody Speed Rock zaliczane do Pucharu Świata we wspinaczce błyskawicznej. Wygrywali w nich nasi rodacy tzn. Tomasz Oleksy i Łukasz Świrk oraz Edyta Ropek. Podjazd do Diga Malga Bissina (1798 m. n.p.m.) udało mi się wytrzymać do samego końca. Całą górną połówkę czyli segment „Pracul-Bissina” o długości 13,2 kilometra przejechałem w 52:37 ze średnią prędkością 15,1 km/h i VAM 1012 m/h. Natomiast finałowy odcinek 7,9 kilometra pokonałem w czasie 32:03 czyli z przeciętną 14,9 km/h i VAM 1061 m/h. Darek przyznał, że „odcięło mu prąd” półtora kilometra przed finałem. Mój kolega końcówkę przejechał w 39:17 (avs. 12,2 km/h). Na górze licznik mi się rozładował. Całe szczęście, że wytrwał przynajmniej do końca podjazdu. Dzięki temu wiem, iż tego dnia przejechałem 99 kilometrów o przewyższeniu 2732 metrów. Dla mnie był to najdłuższy górski etap w całym sezonie 2016. Do samochodu zjechaliśmy około 19:40. Zdążyliśmy zgłodnieć. Dlatego w drodze powrotnej wpadliśmy na posiłek do restauracji w Roncone.
GÓRSKIE ŚCIEŻKI
https://www.strava.com/activities/673784484
https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/673784484
ZDJĘCIA

