W czwartek 29 lipca postanowiliśmy sobie walnąć kolejną „setkę” i nie mam tu na myśli konsumpcji wysokoprocentowych trunków np. w postaci słynnej Grappy. Atmosfera w naszym pokoju była bardzo sportowa i pomimo zmęczenia trudnym drugim etapem uznaliśmy, iż trzeciego dnia nie może być gorzej. Tym razem opracowaliśmy sobie rundkę południowo-zachodnią, która miała początek i końcówkę zbieżną ze środową trasą. W planach mieliśmy przede wszystkim podbój dwóch przełęczy: Lavaze (1808 m. n.p.m.) oraz Costalunga (1752 m. n.p.m.). Korciło mnie by spróbować również dotrzeć do słynnej z Giro d’Italia stacji Alpe di Pampeago. Jednak gdybyśmy się na nią zdecydowali wówczas trzeba byłoby się przebić na drogę ku Lavaze przez skromną przełęcz Pramadiccio. Tym sposobem mielibyśmy do pokonania tylko 4 kilometry podjazdu pod Lavaze, lecz za to wszystko co w nim najtrudniejsze. Jak się okazało problem sam się rozwiązał i chyba dobrze po czasem serce za bardzo rwie się do przodu, lecz potem płucom nie starcza powietrza, zaś nogom brakuje zwykłej mocy. Do Pampeago dotarłem ostatecznie cztery lata później, bardziej doświadczony i w lepszej kondycji podczas 18-dniowej wielkiej wyprawy z czerwca ubiegłego roku.
Na początku znów nam przyszło zjeżdżać pod wiatr ku Predazzo przez całą długość Val di Fassa. Zanim jednak skończyliśmy ten odcinek natknęliśmy się na kilkusetosobowy peleton uczestników tygodniowego rajdu Giro delle Dolomiti. Formuła rajdu oznaczała, iż wszyscy uczestnicy tej imprezy musieli grzecznie jechać za wozami technicznymi w wyznaczonym przez organizatorów niewygórowanym tempie , zaś od grupy zasadniczej odpadli co najwyżej najsłabsi zawodnicy, na których na poszczególnych przełęczach i tak najprawdopodobniej czekano. Tym razem w miasteczku tym mieliśmy odbić w prawo czyli na zachód. Za Predazzo zamiast wybrać drugorzędną, bardziej urokliwą drogę przez Val di Fiemme wbiliśmy się w tunel i wjechaliśmy na równoległą do powyższej szosę nr 48 – bardziej ruchliwa i przy tym omijającą wioskę Tesero, z której można by ewentualnie rozpocząć podjazd do Alpe di Pampeago. Dopiero kilka kilometrów dalej skręciliśmy w prawo by podjechać do Cavalese.
W miasteczku tym zatrzymaliśmy się na krótką chwilę przed rozpoczęciem właściwego podjazdu pod passo Lavaze. Czekało nas teraz 10,7 kilometra bardzo nieregularnej wspinaczki o średnim nachyleniu 7,4 %. Z grubsza wzniesienie to można by podzielić na trzy fragmenty. Wymagające pierwsze pięć kilometrów na średnim poziomie 7,1 %, acz z bardzo trudnym prawie 10 % czwartym kilometrem. Potem łatwe dwa kilometry w rejonie karczmy nad Chiusą tzn. odcinek o średnim poziomie 4,5 %. Natomiast na koniec tj. od miejsca, w którym dochodziła do naszej drogi wąska szosa z passo di Pramadiccio zaczynał się odcinek, który śmiało można nazwać gwoździem programu. Trzy bardzo trudne kilometry bez chwili wytchnienia, w tym dwa na poziomie 11-12 %. Tu znów podobnie jak na San Pellegrino przez moment podcięło mi nogi i odjęło dech w płucach aż musiałem przystanąć. Pozbierałem się jednak i dość sprawnie dotarłem na szczyt, w czym była niemała zasługa łatwiejszych ostatnich kilkuset metrów. Jako, że podjazd ten dał nam nieźle w kość postanowiliśmy nieco dłużej zabawić na przełęczy. Tam oprócz wykonania serii zdjęć przy tablicach, na tle jeziorka czy w restauracji uraczyliśmy się kawą tudzież colą by nabrać sił przed pozostałą częścią czwartkowego etapu. Czekał nas teraz przeszło 12-kilometrowy, miejscami bardzo szybki zjazd do Ponte Nova na poziom 872 metrów n.p.m. W początkowej fazie zatrzymaliśmy się na moment w miejscu gdzie spotykały się prowincje Trento i Bolzano (Sud Tirol). Na 25 kilometrów wjechaliśmy do strefy języka niemieckiego. Zjazd jeżył momentami włosy na głowie, pomimo swej nadmiernej ostrożności i tak – chyba po raz pierwszy w życiu – przekroczyłem 70 km/h.
ZDJĘCIA

