W piątek 12 czerwca mieliśmy już cały dzień do swej dyspozycji. Wobec tego można było się przymierzyć do ambitniejszej i przede wszystkim dłuższej jazdy na jurajskim szlaku. Dlatego też na drugi etap naszej wyprawy wybrałem dwa najciekawsze wzniesienia w środkowej części szwajcarskiej Jury. W tym celu około godziny dziesiątej załadowaliśmy nasze rowery do samochodu i wyjechaliśmy z naszej bazy w Wangen an der Aare w kierunku miejscowości Le Landeron, która tego dnia miała być startem i metą naszej rowerowej trasy. Mimo, że do przejechania między obu miasteczkami mieliśmy tylko 50 kilometrów po wspomnianej już wcześniej drodze krajowej nr 5 transfer nie należał do szybkich. Po drodze mijaliśmy liczne wioski i miasteczka, a w nich delikatnie mówiąc nie wyśrubowane limity prędkości. Nie chcąc płacić mandatów kosmicznej wysokości musieliśmy jechać grzecznie czyli wolno, a przy tym jeszcze w największym mieście po drodze czyli Biel (franc. Bienne) utknęliśmy w korku. Kilka kilometrów za ta miejscowością na dobre wkroczyliśmy w strefę języka francuskiego, który dominować miał w naszym otoczeniu już do końca tej wyprawy. W Le Landeron znaleźliśmy cichy parking, jak się okazało w odległości kilkuset metrów od podnóża pierwszego z czekających nas podjazdów gdzie to przebraliśmy się i przygotowaliśmy do jazdy „nasze rumaki” ze stajni: Bianchi, Colnago i Orbea.
Na pierwszy ogień miał pójść podjazd pod Le Chasseral (1607 m. n.p.m.) będący wedle moich ustaleń największym kolarskim wzniesieniem w szwajcarskiej Jurze. Największym, acz nie najwyższym. Pod względem wysokości bezwzględnej tzn. nad poziom morza, ustępuje on nieznacznie górze Tendre. Niemniej Chasseral nad wszystkimi swymi sąsiadami góruje wysokością względną czyli przewyższeniem. Rozpoczynając ów podjazd na wysokości jezior Bieler See i Lac du Neuchatel do pokonania mieliśmy różnicę wzniesień rzędu 1170 metrów, którą w najkrótszej wersji można przebyć na przestrzeni 17 kilometrów. Jak się okazało po tym dość wcześnie rozdzieliliśmy się, każdy z nas dotarł na szczyt na swój własny sposób. Ja „wytyczyłem” sobie 20-kilometrową drogę na górę, której dokładnego profilu nie udało mi się znaleźć w sieci. Ów szlak zbliżony był zapewne do kompilacji dwóch spośród załączonych tu obrazków tzn. od dołu do wysokości około 900 metrów n.p.m. zawiera się w profilu górnym, zaś od miejscowości Nods do samego szczytu na profilu środkowym. Początek „sztywny” tzn. pierwsze trzy i pół kilometra na średnim poziomie przeszło 9 %. Szczególnie nieprzyjemne z uwagi na brak rozgrzewki. Potem jeszcze przed wioską Lignieres przyszła pora na cztery łatwe kilometry wśród łąk na odsłoniętym terenie. Po owej „równinie” jechało się szybko, przyjemnie i na tyle łatwo iż postanowiłem „w biegu” zadzwonić do Sylwka Szmyda by pogratulować mu wczorajszego sukcesu. Przy okazji musiałem „zmartwić” swojego sąsiada z Sopotu, iż nam pogoda zdecydowanie dopisuje. W przeciwieństwie do wczesno-majowej aury w tych okolicach znanych Sylwestrowi z wyścigu Tour de Romandie.
Zabawa skończyła się we wiosce Nods, która pożegnała mnie kilkusetmetrowym odcinkiem na poziomie 10 %. Po nim można było ustabilizować rytm i oddech na trzech stosunkowo łatwych kilometrach. Następnie chwila płaskiego i po 13 kilometrach podjazdu w bardzo zmiennym terenie przyszedł czas na najtrudniejszy trzykilometrowy odcinek o średnim nachyleniu 10 % po nie najlepszej, wąskiej drodze przez las. Skończył się on na około kilometr przez przełęczą czyli Col du Chasseral (1502 m. n.p.m.), do której dotarłem w godzinę i półtorej minuty. Na tym jednak nie koniec podjazdu, bowiem aby dojechać na sam szczyt góry czyli do Mont Le Chasseral należało jeszcze na samej przełęczy skręcić w prawo i pokonać pofałdowany odcinek 2800 metrów po samym grzbiecie góry, który pnie się dalej, acz już „nieśmiało” bo pod średnim nachyleniem 3,75 % aż do samej kulminacji przy wieży telekomunikacyjnej. Pełne 20 kilometrów zabrało mi 1h 09:30 przy średniej prędkości 17,26 km/h i VAM 980 m/h. W oczekiwaniu na kolegów zająłem się robieniem zdjęć. Miałem też czas by zadzwonić do Piotra Mrówczyńskiego, który w owym czasie był na krótkim wypadzie do wschodniej Francji. Piotr szykował się do startu w jednej z najtrudniejszych imprez cyclosportive tzn. alzackim Trois Ballons poprzez sześć solidnych wzniesień w Wogezach. Pochwalił się przy tej okazji, iż parę dni wcześniej w Nancy miał okazję rozmawiać z Sylwkiem przed startem do prologu Dauphine Libere. Żartobliwie dodał, iż gdyby wiedział jak się akcja wyścigu rozwinie to nie omieszkałby poprosić naszego znajomego o autograf aby go następnie z wielkim zyskiem sprzedać.
ZDJĘCIA

