L’Etape du Tour – cz. I

Wstaliśmy o brzasku mając niewiele czasu na szybką toaletę i lekkie śniadanie. Następnie wskakujemy w swe „stroje urzędowe”. Ja ze swoich na tak wyborną okazję wybrałem komplet Lampre-Caffita od Sylwestra. Byłem w szczycie formy i wycieniowania, więc trzeba skorzystać z tego krótkiego okresu roku, w którym potrafiłem się w niego wcisnąć. Pozostało nam jeszcze załadować kieszenie koszulek: dętkami, łatkami, żelami, batonami i wszystkim co się zmieści a może się okazać niezbędne na trasie. Do centrum na start wyruszyliśmy nieco po szóstej, tylko Darek postanowił nieco dłużej zabarłożyć.

ZDJĘCIA

L'ETAPE DU TOUR 2006

Zdjęcie 1 z 2

Na tym wyścigu widać wyższy poziom organizacji choćby po tym, że dojazd miejsca startu jest dokładnie oznakowany i prowadzi do każdego z sektorów inna boczną dróżką. Trzeba po prostu uważać na znaki w kolorze przynależnym danemu, a każdy trafi gdzie trzeba. Muszę powiedzieć, że w tym względzie miałem stosunkowo najwięcej szczęścia. Obaj z Piotrem wysłaliśmy swe zgłoszenia w pierwszej połowie lutego, a mimo to ja otrzymałem numer 2064 (w sektorze 4), zaś om numer 4380 (w sektorze 5). Z kolei Zdzichu z Darkiem zapisując się nieco później dostali numery odpowiednio: 6332 i 6388 w sektorze 6. Co nie przeszkodziło Darkowi w przeskoczeniu dwóch sektorów i wystartowaniu o 3 minuty przed Piotrem – cóż „Polak potrafi”.

Gdy już się wszyscy usadowiliśmy na swych miejscach. Ja gdzieś w połowie swego sektora czyli realnie około 3000 pozycji. Należało jeszcze poczekać 15-20 minut na swój start, w moim przypadku przez ostatnie 7 minut przesuwając się powoli niemal na piechotę w stronę linii startu. Początek nerwowy jak zwykle nieprzebrany tłum ścigantów poruszających się na różnych poziomach prędkości. W sumie wystartowało 7548 uczestników, w tym 3007 spoza Francji reprezentujących aż 49 państw. Do 73 kilometra brak poważniejszego podjazdu, ale szosa pomimo zarówno drobnych wzniesień jak i zjazdów stale wznosi się pokonując od Gap do początku prawdziwej wspinaczki pod Col d’Izoard blisko 500 metrów w pionie (z poziomu 785 do 1260 metrów n.p.m.). Taktyka prosta tzn. przejść na czoło swego peletonu, od czasu do czasu złapać koło kogoś na zbliżonym do ciebie poziomie i w razie potrzeby przeskoczyć z własnej grupy do kolejnego peletonu pełnego rywali z na ogół niższymi numerami startowymi. Najdłuższy z takich „spawów” zajął mi dobry kilometr, choć oczywiście opłacało się tego rodzaju akcję zmontować wespół z podobnymi mi śmiałkami.

Na krótkich zjazdach prędkość grupy łatwo przekracza 60 km/h, zaś średnia prędkość otwarcia czyli do mostu nad zalewem Lac de Serre Poncon (26 km) wynosi około 38 km/h. Potem co raz więcej hopek i przejazdy przez Savines-le-Lac, Embrun (znany z alpejskiego iron-triathlonu) oraz Guillestre gdzie z ronda, na którym następuje skręt w kierunku Col du Izoard mogę pozdrowić motel, w którym spędziłem dwa pierwsze noclegi w trakcie ubiegłorocznej wyprawy do Francji. Potem już wjazd w malowniczą, otoczoną pieknymi formami skalnymi dolinę Combe du Queyres. Na tym odcinku niejednokrotnie zdaża się nam wpadać „dla ochłody” do zimnych i ciemnych tuneli wydrążonych litej skale. Skręt w lewo o 90 stopni i opuszczamy dolinę kierując się prosto na północ w kierunku na przełęcz. Początek nie jest jeszcze szczególnie trudny, ale niemal od razu widać kto z twoich dotychczasowych kompanów ile może. Prawdziwe schody zaczynają się za wioską Arvieux. Przez kolejne 8 kilometrów aż do pustynnej okolicy zwanej La Casse Desserte prawie nie odpuszcza poniżej 8%. Dalej krótki zjazd i 2,5-kilometrowa poprawka.

Poznałem ten podjazd już podczas ubiegłorocznej eskapady, więc m/w wiem jak go jechać. Za punkt odniesienia obieram sobie człowieka z koszulce reprezentacji Szwajcarii. Czas leci, upał narasta, ale humor mam dobry bo to raczej ja wyprzedzam niż jestem wyprzedzany i tak w stosunkowo dobrej kondycji docieram na szczyt gdzie daję sobie około 2-3 minut na drobny posiłek. Dalej zjazd z początku kręty, potem przede wszystkim szybki bo przez 10 kilometrów do Cervieres cały czas dość stromy. Jadę ostrożnie z rzadka dochodząc do 70 km/h przez co tracę trochę pozycji, lecz pod koniec zjazdu łapię się w grupę i wraz z nią wjeżdżam do Briancon. Tam niespodzianka czyli nakaz skrętu w prawo i kilkaset metrów, a więc m/w połowa sztywnego podjazdu do miejscowej fortyfikacji Vauban znanej z tras Giro czy Touru, a jeszcze lepiej z wydarzeń na Criterium du Dauphine Libere.

Po wyjechaniu z Briancon stworzyła się grupa około 30-40 osobowa i w tempie około 30 km/h po terenie „false-flat” jechaliśmy w kierunku Le Monetier-les-Bains. Gdy kilka kilometrów za tą miejscowością na dobre zaczął się podjazd pod Lautaret nasz peletonik pękł na drobniejsze grupki. Zakładałem, że ten niespełna 10 kilometrowy podjazd o średnim nachyleniu 5% będzie dość „wypoczynkowy” w porównaniu ze wszystkimi górami, które przejechałem już podczas tegorocznej wyprawy. Raz jeszcze okazało się, że wszystko zależy od tempa narzuconego przez konkurentów. Znalazłem się w kilkuosobowej grupce najmocniejszych ludzi z wcześniejszego peletoniku i przez kilka kilometrów musiałem chcąc się w niej utrzymać musiałem jechać w tempie 18-19 km/h. Znalazłem się w towarzystwie prawdziwie międzynarodowym oprócz Francuzów był tu blisko dwumetrowy Holender, jak przypuszczam Nowozelandczyk oraz Anglik z którym widziałem się na trasie tego wyścigu już nie po raz pierwszy.

Zapamiętałem też Francuza z numerem 6000, który jak się później okazało ukończył ten wyścig na 275 miejscu z czasem 7h 08:22 (realnie zaś był nawet 202. z czasem 6h 54:22). Jednym słowem w przekroju całego wyścigu był on ode mnie szybszy niespełna 22 minuty (realnie ponad 28 minut) z czego blisko 20 minut nadrobił nade mną pod L’Alpe d’Huez. To wszystko może oznaczać, iż pod Lautaret wjechałem najpewniej w czwartej setce. Na tą znaną sobie wcześniej ze zjazdów z Galibier i przejazdów samochodem przełęcz wjechałem sam bowiem nawet wspomniana mała grupka rozsypała nam się dokumentnie. W najtrudniejszych momentach moja prędkość spadała do 16 km/h. Na górze krótki postój i okazja do szybkiego posiłku oraz napełnienia bidonów w obleganej przez wszystkich fontannie.