Colle della Maddalena

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: bivio Colle della Lombarda

Wysokość: 1991 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1110 metrów

Długość: 31,1 kilometra

Średnie nachylenie: 3,6 %

Maksymalne nachylenie: 7,5 %

PROFIL

OPIS

Po dwóch wycieczkach na północ prowincji Cuneo nie miałem ochoty na trzecią z rzędu podróż autem w tą samą stronę. Zresztą jedynym powodem do kolejnego takiego wyjazdu z naszej bazy noclegowej w Borgo San Dalmazzo byłaby wyprawa na Faunierę czyli Colle dei Morti. Niemniej do udanej wyprawy na tą wysoką przełęcz potrzebowaliśmy wybornej pogody. Czekałaby nas bowiem wspinaczka na poziom niemal 2500 metrów n.p.m. Sobotnia aura była już całkiem przyzwoita, lecz do ideału sporo jej jeszcze brakowało. Dlatego też uznałem, że będzie to właściwy dzień na zmierzenie się z premiami górskimi w dolinie Valle Stura di Demonte. Dla mnie głównym daniem miał być przeszło 30-kilometrowy podjazd na graniczną przełęcz Colle della Maddalena (1991 m. n.p.m.). Natomiast w ramach dokładki chciałem jeszcze podjechać do górskiej osady San Bernolfo (1702 m. n.p.m.) powyżej uzdrowiska Bagni di Vinadio. Normalnie wzniesieniem tego typu co piemoncka „Magdalena” raczej bym się nie zainteresował. Podjazd ten ma marne średnie nachylenie rzędu 3,5%. Tym niemniej były trzy ważkie powody, aby uczynić wyjątek od reguł swej selekcji. Argumenty natury sportowej, geograficznej jak i historycznej. Po pierwsze, choć jest on bardzo łagodny to ma w ofercie przeszło 1000 metrów przewyższenia. Po drugie chciałem zdobyć kolejną przełęcz na granicy włosko-francuskiej. Tym bardziej, że od włoskiej strony wdrapałem się już niemal na wszystkie. Rozpocząłem to zwiedzanie w czerwcu 2008 roku „lepką” wspinaczką pod Colle dell’Agnello. Następnie w lipcu 2010 roku wjechałem na Piccolo San Bernardo, Colle della Lombarda i Colle di Tenda, zaś w sezonie 2013 na dziesiątym etapie Route des Grandes Alpes opuściłem Italię szlakiem przez Colle del Moncenisio. Do kompletu brakowało mi więc tylko Maddaleny oraz najłatwiejszej ze wszystkich siedmiu dróg ku owej granicy czyli Colle del Monginevro. Na tej ostatniej byłem jednak dwukrotnie, tyle że podjechawszy od strony francuskiej. A zatem jedynie „Magdalena” była mi dotąd kompletnie nieznana. Trzecim i najważniejszym powodem aby ją w końcu odwiedzić był motyw historyczny. Ta góra ma swoje ważne miejsce w historii włoskiego kolarstwa. Stało się tak za sprawą wyczynu „Campionissimo” Fausto Coppiego.

Jak wiadomo największy z włoskich mistrzów w ciągu swej 20-letniej kariery zawodowej wygrał wiele prestiżowych wyścigów. Niemniej jego legendę zbudowała nie tyle ich ilość co jakość. Wrażenie robił przede wszystkim styl w jakim potrafił zwyciężać. Dla przykładu Milano – San Remo 1946 wygrał po blisko 150-kilometrowym rajdzie z przewagą równo 14 minut nad drugim zawodnikiem. W Tour de France z roku 1952 triumfował z przewagą ponad 28 minut nad Belgiem Stanem Ockersem. Natomiast po swój jedyny tytuł mistrza świata na szosie sięgnął w sezonie 1953, gdy na trasie wokół Lugano zdystansował najbliższego rywala o ponad 6 minut. Niemniej nawet te wyczyny bledną przy tym czego „L’Airone” dokonał 10 czerwca 1949 roku na trasie 254-kilometrowego etapu Giro d’Italia z Cuneo do Pinerolo. Na odcinku tym trzeba było pokonać aż pięć premii górskich czyli przełęcze: Maddalena, Vars, Izoard, Montgenevre i Sestriere. Coppi zaatakował już pod koniec pierwszego podjazdu podczas przejazdu przez miejscowość Argentera. I tyle go rywale widzieli. Po solowej ucieczce na dystansie 192 kilometrów dotarł do mety z przewagą 11:52 nad wielkim Gino Bartalim! Jako trzeci finiszował Alfredo Martini (przyszły selekcjoner włoskiej kadry), który wraz z trzema innymi zawodnikami stracił aż 19:14! Natomiast dotychczasowy lider wyścigu czyli Adolfo Leoni dotarł do mety na ósmym miejscu z bagażem 23:37! To właśnie tego dnia Mario Ferretti sprawozdawca z radia RAI wypowiedział słynne słowa „Samotny człowiek na prowadzeniu, jego koszulka biało-błękitna, nazywa się Fausto Coppi”. W późniejszych latach organizatorzy Giro jeszcze dwukrotnie zorganizowali górskie etapy na identycznej trasie. W 1964 roku wygrał go Franco Bitossi z przewagą 1:58 nad 6-osobową grupą z Vittorio Adornim i Giannim Mottą na czele. Przy tej okazji jako pierwszy na przełęcz Maddalena wjechał Italo Zillioli. Natomiast podczas edycji z roku 1982 do mety w Pinerolo dojechała 13-osobowa grupka. Na finiszu Giuseppe Saronni wyprzedził Bernarda Hinault i Szweda Tommy Prima. Początek etapu musiał być leniwy, skoro na premii górskiej pierwszy pojawił się szwajcarski sprinter Urs Freuler. Dodam, że Coppiemu przejechanie tego maratońskiego odcinka zajęło 9h 19:55. Bitossi wyrobił się już w czasie 8h 22:09, zaś Saronni finiszował po upływie 7h 35:49. Ciekawe co bardziej sprzyjało coraz szybszej jeździe peletonu: lepsze metody treningowe, postęp techniczny w zakresie sprzętu czy też lepsza jakość drogowej nawierzchni?

Po raz czwarty i ostatni jak dotąd Maddalena pojawiła się na trasie wyścigu Dookoła Włoch w roku 1996 na znacznie krótszym etapie z Santuario di Vicoforte do francuskiego Briancon. Na przełęczy jako pierwszy zameldował się wtedy Mariano Piccoli, zaś etap wygrał Szwajcar Pascal Richard. Późniejszy mistrz olimpijski z Atlanty o przeszło 40 sekund wyprzedził Claudio Chiappuciego i Baska Abrahama Olano. A zatem umówiłem się na spotkanie z Maddaleną ze względu na jej ciekawą przeszłość. Zdawałem sobie jednak sprawę, że to co mnie mogło przekonać do tej wycieczki, mimo oczywistych niedostatków tej góry, niekoniecznie musiało przemawiać do Darka. Na szczęście miałem dla swego wspólnika do przerobienia bardzo ciekawy temat zastępczy w postaci bardziej stromych podjazdów pod Colle della Lombarda (2350 m. n.p.m.) i Sant’Anna di Vinadio (2010 m. n.p.m.). Tym samym tego dnia mieliśmy dwa zupełnie rozbieżne plany zajęć, acz ze wspólnym miejscem startu na rozdrożu jakiś kilometr za Vinadio. Miejscowości słynącej z fortu Albertino wybudowanego w pierwszej połowie XIX wieku za czasów Królestwa Sardynii. Chcąc dotrzeć na start siódmego etapu musieliśmy przejechać blisko 30 kilometrów w kierunku zachodnim, niemal cały czas poruszając się po „krajówce” SS21. Po drodze minęliśmy m.in. miasteczko Demonte, w którym zaczyna się południowy podjazd pod słynną Faunierę prowadzący przez pośrednią przełęcz Valcavera. Z tym wielkim wzniesieniem poradziliśmy sobie już dwa lata wcześniej na ósmym etapie naszej Route des Grandes Alpes. Tym razem zadania mieliśmy łatwiejsze. Moja pierwsza premia górska czyli Maddalena miała mieć długość 31,4 kilometra o średnim nachyleniu 3,5% i przewyższeniu 1110 metrów. Przełęcz, która była moim celem stanowi naturalną granicę pomiędzy położonymi na południu Alpami Nadmorskimi (Alpi Marittime) oraz biegnącymi na północ Alpami Kotyjskimi (Alpi Cozie). Natomiast w ujęciu wschód-zachód łączy włoską dolinę Valle Stura di Demonte z francuską Val d’Ubaye. Warto przy tym dodać, że Francuzi swoją „Magdalenę” mają w Sabaudii pomiędzy dolinami Tarentaise i Maurienne, zaś tą przełęcz na granicy z Italią znają pod nazwą Col de Larche. Dojechawszy na miejsce zatrzymaliśmy się na małym parkingu w pobliżu mostku nad Sturą. Jako pierwszy do boju ruszył Dario wjeżdżając na drogę SP255 prowadzącą ku wiosce Pratolungo i wyżej ku granicy francuskiej lub wspomnianego sanktuarium.

Ja wystartowałem o godzinie 11:49 przy temperaturze 21 stopni. Pierwsze trzy kilometry były niemal płaskie tzn. z nachyleniem zaledwie 1,8%. Dalej podobne odcinki „falsopiano” przeplatały się z segmentami o umiarkowanej stromiźnie. Długo nie miałem powodu do tego by zrzucić łańcuch na małą tarczę. Po przejechaniu 3,9 kilometra minąłem Pianche, gdzie miałem się zatrzymać w drodze powrotnej. Tu droga krajowa nr 21 skręca na północ. Na szóstym kilometrze pokonałem pierwszy solidny fragment wspinaczki czyli 700 metrów o średniej 5,7%. O tym jak łagodna to góra najlepiej niech świadczy fakt, że na pierwszych 25 kilometrach podjazdu był to najbardziej „stromy” odcinek. Zresztą maksymalna stromizna na tym wzniesieniu to tylko 9%. Jechałem więc szybko mijając Sambuco (8,2 km) i Pietraporzio (12,4 km). Na piętnastym kilometrze zataczając szeroki łuk objechałem miejscowość Pontebernardo, w której urodziła się słynna narciarka Stefania Belmondo. Ta filigranowa biegaczka podczas kilkunastoletniej kariery zawodowej zdobyła dwa złote medale olimpijskie, z czego pierwszy w Albertville, zaś drugi dziesięć lat później w Salt Lake City. Poza tym wywalczyła cztery tytuły mistrzyni świata oraz wygrała 21 biegów pucharowych. Na półmetku czyli po przebyciu 15,7 kilometra wjechałem do tunelu o długości 830 metrów. Tuż za nim przejechałem przez dwa wiraże, zaś tuż przed Bersezio (21,1 km) przez cztery kolejne. Na tych krętych odcinkach nachylenie znów nieznacznie przekroczyło 5%. Minąłem wyciągi stacji Pie del Beu i wkrótce miałem już przed sobą Argenterę (24,6 km), na terenie której wprowadzono ruch wahadłowy. Dopiero powyżej tej wioski zaczyna się ciekawsza wspinaczka. Na kolejnych pięciu kilometrach średnie nachylenie wynosi bowiem 5,5%. Na tym odcinku trzeba pokonać 14 ze wszystkich 21 serpentyn. Spokojnie zrobiło się znów na wysokości Lago dell’Argentera. Na koniec pozostał mi jeszcze delikatny podjazd na ostatnich 400 metrach. Ostatecznie dotarłem na przełęcz po przejechaniu 31 kilometrów w czasie 1h 27:55 (avs. 21,2 km/h). Na stravie moje wyniki wyglądają całkiem nieźle. Dolny odcinek o długości 14,4 kilometra od startu do Pontebernardo przejechałem w 38:51 (avs. 22,3 km/h i VAM 693 m/h) co jest 33 wynikiem pośród 254 zarejestrowanych. W górnej partii było jeszcze lepiej. Na segmencie liczącym 14,2 km od wyjazdu z tunelu do samej przełęczy uzyskałem wynik 42:38 (avs. 20,1 km/h i VAM 804 m/h) co daje mi 6 miejsce na 300 osób. To się nazywa finisz.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/390711420

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/390711420

ZDJĘCIA

Maddalena_001

Zdjęcie 1 z 40