Madonna della Guardia

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Geo

Wysokość: 804 metry n.p.m.

Przewyższenie: 745 metrów

Długość: 8,7 kilometra

Średnie nachylenie: 8,6 %

Maksymalne nachylenie: 17,1 %

PROFIL

OPIS

Do Pero zjechaliśmy około 16:30. Teraz czekał nas odwrót w kierunku wschodnim i po przejechaniu około 35 kilometrów wjazd do Genui. Miasto Krzysztofa Kolumba ma obecnie niemal 600 tysięcy mieszkańców i jest szóstym co do wielkości miastem Italii. Oprócz odkrywcy Ameryki urodzili się tu również: słynny skrzypek Niccolo Paganini, bohater walk o zjednoczenie Włoch Giuseppe Mazzini oraz Giacomo delle Chiesa zasiadający na tronie Piotrowym jako Benedykt XV w latach 1914-22. Oczywiście wielokrotnie gościł tu wyścig Giro d’Italia, acz po raz ostatni w 2004 roku gdy prolog wygrał Australijczyk Bradley McGee. Projektując trasę całej wycieczki starałem się unikać tak dużych miejscowości. Dla największego portu Włoch zrobiłem wyjątek, gdyż było stąd blisko do dwóch z trzech wstępnie przewidzianych na ten dzień podjazdów. Dość szybko udało nam się znaleźć Hotel Primavera na Piazza Vittorio Veneto 72. Jak się okazało znajdował się on w bardzo ruchliwej części miasta niedaleko portowego nabrzeża. O tej porze dnia znalezienie miejsca parkingowego w najbliższej okolicy było nie lada wyzwaniem. Cena pokoju czyli 50 Euro za dobę zdradzała niskobudżetowy charakter tego przybytku. Przedstawiony nam pokój był więcej niż kompaktowy, nawet toaleta była w salonie. Na szczęście za niewielką dopłatą udało nam się zamienić tą dziuplę na lokal o nieco większym metrażu i lepszym standardzie. Na wieczór zostawiłem nam krótki, acz konkretny podjazd pod sanktuarium Nostra Signora (Madonna) della Guardia, wybudowane na górze Monte Figogna (804 m. n.p.m.). Matka Boska miała się tu objawić pewnemu pasterzowi w roku 1490, a pierwsze sanktuarium powstało już 40 lat później. Przez cztery wieki tą górę zdobywały jedynie piesze pielgrzymki. W latach 1929-67 można było dojechać na szczyt specjalnym tramwajem. Drogę asfaltową położono dopiero w 1964 roku. Obecnie można tu dojechać od czterech stron tzn. rozpoczynając wspinaczkę w Granarze, Sestri Ponente, Gazzolo i przede wszystkim w Geo. Ta ostatnia droga została wykorzystana na Giro d’Italia w 2007 roku. Podjazd ten ma długość 8,1 kilometra i średnie nachylenie 9 %. Maksymalna stromizna to aż 17 %. Nic dziwnego, że na Giro wygrała tu typowa „kolarska kozica” czyli Leonardo Piepoli. Włoch wyprzedził dwóch najmocniejszych kolarzy tamtego wyścigu tzn. swego rodaka Danilo Di Lukę o 18 i zaledwie 22-letniego Luksemburczyka Andy Schlecka o 24 sekundy. Ogółem dwunastu kolarzy zmieściło się w minucie, zaś dziesiąty na kresce 38-letni weteran Andrea Noe’ odebrał różową koszulkę lidera Marco Pinottiemu.

Do podnóża tej góry nie mieliśmy daleko. Ledwie osiem kilometrów. Pojechałem sam, gdyż Dario czuł się przemęczony. Kłopotliwy był jedynie sam wyjazd z miasta. Dalej wystarczyło jechać w górę doliny Polcevera. Na wysokości Bolzaneto należało zjechać z Via Ugo Polonio. Góra znajduje się po zachodniej stronie tej doliny. Podjazd wiedzie po drodze SP52 i zaczyna się przed wysokim mostem kolejowym. Mimo późnej pory czyli 19:40 wciąż było gorąco, na liczniku miałem 29 stopni. Gdy szykowałem się do startu minął mnie około 30-osobowy peletonik, złożony z biegaczy obu płci w bardzo różnym wieku. Jak się wkrótce okazało zaczynali oni właśnie górski bieg z metą w miejscu do którego i ja pragnąłem jak najszybciej dotrzeć. Stopniowo wszystkich ich wyprzedziłem, acz najszybsi biegli niewiele wolniej niż ja wjeżdżałem. Moja wersja podjazdu miała 8,7 kilometra. Najwidoczniej pierwsze kilkaset metrów na dojeździe do Geo nie jest wliczane do oficjalnych danych. Podjazd cały czas mocno trzyma. Najłatwiejszy czwarty kilometr ma średnie nachylenie 7,1 %. Pierwsze trzy kilometry mają średnio 8,5 %, przy max. 12 %. Kolejne trzy są niewiele łatwiejsze ze średnią 8 %. Jedyną wioską na szlaku jest mijana pod koniec trzeciego kilometra San Bernardo. Wspinając się miałem na uwadze to, że najtrudniej ma być w końcówce. Dlatego rezerwowałem sobie nieco sił na finisz. Ostatnie 2100 metrów ma tu średnie nachylenie aż 11,1 %. Przy czym siódmy kilometr tylko 9,5 %, zaś finałowy nieco dłuższy odcinek już 12,6 %. Zresztą wszelkie atrakcje są tu stopniowane do samego końca. Około 450 metrów przed szczytem pod kołami kończy się asfalt i poza stromizną trzeba się jeszcze zmagać z nawierzchnią w postaci drobnej, acz śliskiej kostki – „acciottolato”. Ten finałowy odcinek ma średnio 15,3 %, przy max. 17,1 % jakieś 100 metrów przed metą. Całe szczęście nie padało, więc nie miałem problemów z utrzymaniem równowagi. Pojechałem mocno, finiszowałem jeszcze lepiej. Według danych ze „strava.com” 8,6 kilometra pokonałem w czasie 38:04 (avs. 13,6 km/h – VAM 1161 m/h). To daje mi obecnie 12 miejsce pośród 146 sklasyfikowanych śmiałków. Lider niejaki Carlo Fino wykręcił nieosiągalny dla mnie czas 31:13. Morderczy ostatni kilometr zrobiłem w 5:55 (avs. 10,2 km/h – VAM 1406 m/h). Tego dnia przejechałem tylko 52 kilometry, lecz o godnym przewyższeniu 2032 metrów. Po powrocie do hotelu wybraliśmy się z Darkiem na miasto aby zjeść coś gorącego. Skład etniczny tej dzielnicy był mocno egzotyczny. Na ulicach dominowali imigranci z Azji i Afryki. Adekwatnie do okoliczności głód zaspokoiliśmy nie we włoskiej pizzerii, lecz w swego rodzaju bliskowschodnim KFC.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/167654661

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/167654661

ZDJĘCIA

Madonna della Guardia_001

Zdjęcie 1 z 25