DANE TECHNICZNE
Miejsce startu: Casatta
Wysokość: 1907 metrów n.p.m.
Przewyższenie: 1047 metrów
Długość: 11,2 kilometra
Średnie nachylenie: 9,3 %
Maksymalne nachylenie: 17 %
PROFIL
OPIS
Po zjechaniu do Pergine Valsugana czekała nas około 35-kilometrowa wycieczka na północ w kierunku Val di Fiemme. Jednak naszym celem nie była ta słynna dolina, która nie raz gościła Mistrzostwa Świata w narciarstwie klasycznym. Mieliśmy się zatrzymać na terenie gminy Valfloriana. Dojazd prowadził zasadniczo po drodze prowincjonalnej SP71. W trakcie transferu zatankowaliśmy samochód na kilka następnych dni. Minęliśmy Piramidi di Segonzano czyli efektowne formy skalne powstałe jakieś 50 tysięcy lat temu na skutek intensywnej erozji. Kilka minut przed wpół do trzeciej dotarliśmy do wioski Casatta. W poszukiwaniu miejsca na postój musieliśmy minąć wjazd na górską drogę SP250. Teraz czekał nas stromy podjazd pod Malga Buse del Sasso. Oficjalnie to 11,1 kilometra o średniej 9,5% i z przewyższeniem 1047 metrów. Słowo „malga” na ogół zwiastuje problemy dla cykloturystów. Szczególnie tych ważących ponad 70 kilogramów. To po prostu gospodarstwo pasterskie użytkowane latem składające się z domku i stajni. Droga prowadząca do tego rodzaju przybytku jest na ogół ślepa i potrafi być piekielnie stroma. Nie jest ona wszak szlakiem łączącym jakieś dwie doliny i służy przede wszystkim gospodarzowi, względnie turystom chcącym pospacerować sobie po wyższych partiach gór. Tak też wygląda podjazd do Malga Sass. Znalazłem go niegdyś w „archivio salite”, zaś więcej dowiedziałem się o nim po lekturze „PVB-21”. Na tym wzniesieniu wyróżnić można dwie wyraźnie odmienne połówki. Pierwsze 6 kilometrów prowadzi przez obszar stale zamieszkany. Jedzie się tu w otoczeniu łąk mijając kilka wiosek. Ten odcinek ma umiarkowane średnie nachylenie na poziomie 6,7 %. Jednak kilkaset metrów za gospodarstwem agroturystycznym Fior di Bosco wygląd podjazdu zmienia się diametralnie. Droga wpada w teren zalesiony i staje się bardziej stroma. Średnie nachylenie na pozostałym dystansie 5,1 kilometra wynosi aż 12,7%! Na tej hardcorowej końcówce wspomniana książka wyróżnia dwa sektory o podobnej długości, lecz nieco odmiennym charakterze. To znaczy: bardzo stromy i ekstremalny. Ten pierwszy odcinek ma 2,5 kilometra o średniej 11,1% i max. 14% i można na nim jeszcze znaleźć miejsca do złapania oddechu. Na drugim nie ma ku temu najmniejszej okazji. Finał wspinaczki to sektor o długości 2,6 kilometra ze średnią 14,2% i max. 17%. Każdy z pięciu półkilometrowych segmentów trzyma tu na poziomie przynajmniej 14%. Prawdziwa ścieżka dla kolarskich kozic. Wiedziałem, że będzie bardzo ciężko. Niemniej uznałem to za świetny test przed czekającą nas już za cztery dni wspinaczką pod piekielną Punta Veleno.
Dario znów wystartował jako pierwszy o godzinie 14:38. Tym razem jednak z zapasem tylko dwóch minut. Droga po trzystu metrach w terenie zabudowanym wpadła do lasu, z którego wyjechała tuż przed osadą Barcatta (0,8 km). Kolejny leśny odcinek doprowadził mnie do nieco większej wioski, która dała nazwę całej gminie. To była już bowiem Valfloriana (2,0 km). Za nią wspinaczka wiodła po długiej na pięćset metrów prostej. Na przełomie trzeciego i czwartego kilometra minąłem dwie kolejne czyli: Casanova (2,8 km) i Valle (3,2 km). Następnie przyszła pora na Montalbiano (4,4 km). W każdej wsi przystanek autobusowy. Niemniej ta wieś mogła się jeszcze pochwalić sklepem i kościołem ze strzelistą wieżą. Ostatnią osadą ludzką na tym szlaku była Sicine (5,0 km). W trakcie przejazdu przez nią mój licznik po raz pierwszy zanotował dwucyfrowe wartości nachylenia czyli 10,5 %. Dalej jeszcze tylko wspomniana agroturystyka spod znaku owoców leśnych (5,5 km) i można się było powoli szykować do drastycznej zmiany rytmu. Na pożegnanie z przyjaznym terenem miałem jeszcze „falsopiano” w końcówce szóstego kilometra. Tuż przed mostkiem nad Rio delle Seghe (6,3 km) rozpoczęła się wspinaczka z prawdziwego zdarzenia. Najpierw ciężkie 1600 metrów z przejazdem obok Bait del Manz (6,5 km). Na tym odcinku licznik zanotował maksa 16,2%. Potem w pierwszej połowie dziewiątego kilometra łatwiejsze fragmenty na poziomie 7,5 czy 8% pomogły złapać oddech przed morderczym finałem. Na nim trzeba było przede wszystkim równo oddychać, mozolnie przepychać swoje 34×28, uważać na nawierzchnię szosy oraz umiejętnie wchodzić w strome i ciasne wiraże. Co ciekawe maksymalną stromiznę czyli 17,9% trzeba było pokonać ledwie sto-dwieście metrów przed metą. Wspinaczkę ukończyłem przejechawszy 11,2 kilometra w 1h 03:05 (avs. 10,7 km/h). Dario uzyskał czas 1h 02:17 (avs. 11,1 km/h). Niestety na stravie brak segmentu obejmującego całą górę. Na dolnym segmencie o długości 5,5 kilometra odrobiłem do Darka równo minutę. Przejechałem ten odcinek w 23:44 (avs. 14,0 km/h i VAM 930 m/h). Jednak stroma końcówka należała do mojego kompana. Z nawiązką odrobił to co stracił na dole. Gdy dojechałem na szczyt Dario zdołał już odsapnąć i będąc w dobrym humorze wcielił się w rolę reportera na mecie prosząc mnie o relację na gorąco. Chyba nie najgorzej przetrwałem to wzniesienie skoro jednak zdołałem z siebie wydusić te kilka słów.
Do samochodu zjechałem jako pierwszy około 16:30. W sumie tego dnia przejechałem wraz z Darkiem tylko 55,5 kilometra, ale z przewyższeniem 1967 metrów. Pogoda nadal była przyjazna mimo częściowego zachmurzenia. Niemniej na południe od naszej miejscówki widać już było ciemne chmury. Czekając na Darka odebrałem telefon od Adama z prośbą o ratunek. Nasz kolega zgodnie z planem zaliczył swe dwa podjazdy, lecz po zjeździe do Pergine Valsugana złapała go nawałnica. Poprzestał więc na przejechaniu 70,7 kilometra z amplitudą 2114 metrów, po czym schronił się pod dachem jednego z supermarketów. Ruszyliśmy mu na odsiecz i niespełna 10 kilometrów przed miastem wpadliśmy w strefę owego załamania pogody. Ulewie towarzyszył nie tylko silny wiatr. Zostaliśmy zbombardowani gradem. Podobnie jak kierowcy kilku innych samochód musieliśmy na chwilę zjechać na postój w bocznej uliczce. Taki nasz prywatny „pit-stop”. Szczęśliwie nie wymagaliśmy pomocy technicznej. Po spotkaniu z Adamem skorzystaliśmy z okazji robiąc zakupy w wybranym przez niego sklepie. Tymczasem Piotr z Romanem do godziny 19-tej podziwiali uroki Dolomitów. Przed ponad sześć godzin jeździli po szosach Trentino, Sud Tirolu i regionu Veneto. Deszcz złapał ich w trakcie forsowania Passo di Fedaia (2057 m. n.p.m.). Niemniej pokonali całą zaplanowaną sobie trasę o długości 92 kilometrów z czterema premiami górskimi o łącznym przewyższeniu 2470 metrów. Daniel z Marcinem nieco skrócili sobie tą przejażdżkę. Panowie z Barco i Rivy rozstali się po dojechaniu do Arabby. Z tego miasteczka Pedro i Romano ruszyli na południowy-wschód ku Fedai, zaś Daniele i Martino na zachód ku Passo di Pordoi (2239 m. n.p.m.). W ten sposób pomiędzy startem i metą którą wyznaczyli sobie w Mazzin przejechali w sumie 77 kilometrów o sumie amplitud 2070 metrów. Można wiec powiedzieć, że tego dnia Danielowi i Romkowi udało się wyrównać rachunki z piękną Sella Rondą. Rok wcześniej ta kraina skusiła bowiem szóstkę moich kolegów początkowo piękną słoneczną pogodą, lecz ostatecznie pokonała ich zimnem i ulewnym deszczem.
GÓRSKIE ŚCIEŻKI
https://www.strava.com/activities/678349199
https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/678349199
ZDJĘCIA
FILM

