Malga Campo

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Dro

Wysokość: 1360 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1230 metrów

Długość: 14,7 kilometra

Średnie nachylenie: 8,4 %

Maksymalne nachylenie: 12,7 %

PROFIL

OPIS

W poniedziałek czekała nas jedyna w trakcie tej wyprawy przeprowadzka. Z przystani pierwszej w Bocenago obok Pinzolo (Val Rendena), do bazy drugiej w Barco koło Levico Terme (Valsugana). Najkrótszy szlak łączący te dwie niewielkie miejscowości liczy sobie niespełna 80 kilometrów i prowadzi drogami krajowymi: SS239, SS237, SS45bis oraz po ominięciu Trento szosą SS47. W teorii przejechanie z punktu A do B mogłoby nam zająć mniej niż półtorej godziny. Tym niemniej, jak to zwykle bywa, nowe lokum mogliśmy zasiedlić dopiero późnym popołudniem. Dlatego nie śpieszyło nam się z tym przejazdem na wschód trydenckiej prowincji. Tym bardziej, że w trakcie owego transferu można było zahaczyć o dwa bardzo ciekawe wzniesienia. Pierwszym z nich miał być stromy podjazd do Malga Campo (1360 m. n.p.m.), zaś drugim wspinaczka na legendarną Monte Bondone z finałem przynajmniej na poziomie stacji Viote (1593 m. n.p.m.). Wystarczyło tylko wykonać mały skok w bok z drogi SS237 tuż przed dotarciem do Lago di Toblino. To znaczy skręcić w prawo by jadąc południowym odcinkiem wspomnianej szosy SS45bis dotrzeć do Dro. W okolicy tego miasteczka po raz drugi w ciągu kilku dni mieliśmy się spotkać z Danielem Pawelcem. Tym razem kolega miał nam wyjechać naprzeciw w towarzystwie swego przyjaciela Marcina Matkowskiego z Bolesławca, który nieco później od Daniela zawitał nad Lago di Garda wraz ze swoją familią. Dla mnie program naszego piątego etapu oznaczał powrót na trasę ostatniego górskiego wyścigu w jakim miałem dotąd okazję startować. W lipcu 2012 roku wraz z Adamem Kowalskim, Darkiem Kamińskim i Piotrem Walentynowiczem wystartowaliśmy w La Leggendaria czyli Gran Fondo Charly Gaul. Aby dotrzeć do mety tej prestiżowej imprezy trzeba było dwukrotnie zdobyć Monte Bondone. Najpierw około półmetka zawodów należało pokonać podjazd z Aldeno do Viote. Z kolei na samym końcu rywalizacji zaserwowano nam wspinaczkę z Terlago do Vason. Pomiędzy tymi dwoma odcinkami specjalnymi znajdował się długi zjazd do Lasino i nieco dalej kolejny, znacznie krótszy z przejazdem przez miejscowość Drena. Tym razem te dwa odcinki zjazdowe chciałem obejrzeć od przeciwnej strony. Głównym magnesem do przyjazdu w te strony była słynna Monte Bondone. Prowadzą na nią aż cztery drogi, przy czym wschodnia zaczynająca się w Trento łączy się z północną od Terlago tuż przed Candriai na wysokości 960 m. n.p.m. W latach 2008 i 2012 zdobyłem tą górę od trzech różnych stron. Pozostało mi już tylko wjechać na nią od zachodu po starcie w Lasino.

Apartament w Residence Green House opuściliśmy przed jedenastą. Jednak przed definitywnym wyjechaniem z Bocenago musiałem jeszcze odwieźć nasze klucze do biura w Carisolo. Po kilkunastu minutach wspólnej podróży zatrzymaliśmy się w Tione di Trento by zrobić zakupy w markecie Eurospar. Potem skierowaliśmy się na wschód by poprzez Ponte Arche dotrzeć do Sarche. Na tym odcinku drogi najbardziej widowiskowy był zjazd serpentynami po Via Caffaro. Po wjechaniu na SS45bis szybko dało się odczuć gorący klimat południa. Wjechaliśmy do słonecznej krainy winorośli. Będąc w kontakcie telefonicznym z Danielem i Marcinem przejechaliśmy przez Dro i skręciliśmy w drogę SP84 szukając miejsca, które można uznać za początek podjazdu na Malga Campo. Wzniesienie to znalazłem niegdyś w bazie „archivio salite”. Tym niemniej jego kolorowy obraz z tego źródła wydał mi się niepełny. Ze wspomnianego GF Gaul zapamiętałem bowiem, że za Dreną jest jeszcze kawałek zjazdu. Podejrzewałem, że podjazd do Malga Campo rozpocząć można z poziomu niższego niż sugerowane 380 metrów n.p.m. Sprawdziłem całą okolicę na mapie „google” i ustaliłem, że tę wspinaczkę możemy zacząć przeszło dwieście metrów niżej. Dzięki temu mogliśmy mieć „na rozkładzie” kolejny podjazd o przewyższeniu przeszło tysiąca metrów. Ostatecznie zatrzymaliśmy się w pobliżu osady Maso Trenti. Na pojedynek z tym stromym wzniesieniem ruszyliśmy w sześciu. To znaczy nasza czwórka plus dwóch kompanów znad Gardy. Piotrek zrobił sobie dzień wolny od rowerowych wspinaczek. Miał ku temu dobry powód. W niedzielę zaliczył hardcorową trasę na szlaku: Tonale – Gavia – Tonale. Tymczasem już we wtorek czekał go królewski etap w sercu Dolomitów z podjazdami na przełęcze: Sella, Gardena, Campolongo i Fedaia. Dlatego wolał zaoszczędzić możliwie najwięcej sił na kolejny dzień. Jako pierwsi pod górę ruszyli Daniel z Marcinem. Następnie Adam. Ja wskoczyłem na rower jakiś kwadrans po dwunastej. W towarzystwie Romka ruszyłem jednak w kierunku Dro, by po delikatnym zjeździe o długości 1100 metrów zatrzymać się w miejscu gdzie zrobiło się płasko. Chcieliśmy bowiem zacząć ten podjazd z najniższego możliwego punktu. Tak też się stało. Ruszyliśmy o godzinie 12:19 z poziomu 144 metrów n.p.m. W dolinie było bardzo ciepło. Mój licznik zanotował tu temperaturę aż 38 stopni Celsjusza! Nie jestem fanem tropikalnych temperatur. Niemniej byłem w dobrej formie, więc łatwiej było mi znieść takie warunki.

Pierwszy kilometr był łatwy, lecz już za miejscem naszego postoju podjazd stał się solidny. Na kilometrach od drugiego do czwartego nachylenie trzymało na poziomie około 7%. Do połowy trzeciego kilometra jechaliśmy razem, lecz potem Romano nie wytrzymał mojego tempa i na wysokości Castello di Drena miał już pół minuty straty. Po chwilowym odpuszczeniu na początku piątego kilometra stromizna szybko wróciła na wyższy pułap z maksem 11,6% w pobliżu osady Naroncol (5,7 km). Tu na prostej ujrzałem w oddali Marcina i Daniela. Wkrótce skręcili oni w prawo na boczną drogę prowadzącą do gospodarstwa Malga Campo. Po przejechaniu 6,3 kilometra również ja opuściłem drogę SP84 skręcając ku miejscowości Luch. Do zakrętu dojechałem w 25 minut czyli ze średnią prędkością 15,1 km/h. Daniel bez solidnej zaprawy do letniego sezonu jeździł tu bardziej ambicją niż kondycją. Za to Marcin bardzo dobrze przygotował się do swego debiutu w Alpach. W dolnej części wzniesienia jechał jeszcze na pół-gwizdka i dopiero gdy do nich dojechałem pokazał pełnię swych możliwości. Czekało nas tu zrazu strome 700 metrów na dojeździe do Maso Michelotti (7,1 km), gdzie stromizna sięgnęła 12,7%. Potem chwila luzu na odcinku ledwie trzystu metrów. A dalej już tylko wąska, stroma i kręta droga przez las. Naliczyłem na niej aż osiemnaście wiraży. Nachylenie trzymało tu na średnim poziomie 9,7%. Nie było szczególnie stromych ścianek, gdyż maksymalna stromizna wyniosła „tylko” 12,5%. Jednak z drugiej strony nie dało się nawet na moment odsapnąć. Do tego jeszcze to tempo Marcina. Dla mnie ciut za mocne. Kolega z konieczności jechał na twardszym przełożeniu, ale miał nogi które mogły to przepchnąć. Gdy stawał w pedałach z wolna mi odjeżdżał. Kilka razy go dochodziłem, aż w końcu musiałem dać za wygraną by się nie ugotować. Może gdyby „Matek” miał okazję się nieco zmęczyć na dolnych sześciu kilometrach łatwiej byłoby mi utrzymać jego koło. Wspinaczkę ukończyłem w czasie netto 1h 10:52 po przejechaniu 14,7 kilometra z przewyższeniem 1198 metrów co daje temu wzniesieniu średnie nachylenie na poziomie 8,1%. Według stravy, Marcin przejechał ostatnie osiem kilometrów w czasie 43:06 (avs. 10,6 km/h – VAM 1082 m/h). Ja potrzebowałem na to 43:36 (avs. 10,5 km/h – VAM 1070 m/h). Na stravie daje to nam 29 i 30 miejsce pośród 273 osób. Adam na tym segmencie wykręcił czas 45:30, Romek 46:51, zaś Daniel 59:17. Najdłużej przyszło nam czekać na Darka, który na stromej końcówce miał problemy technicznie z rowerem. Na wspomnianym odcinku spędził blisko 65 minut, choć przejechał go w czasie 52:30.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/677275383

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/677275383

ZDJĘCIA

FILM