Mangart & Prelaz Vrsić

Piąty i ostatni ze słoweńskich etapów naszej wyprawy miał być prawdziwym klasykiem. Na deser w czwartkowe popołudnie 12 lipca zostawiłem sobie i kolegom podjazdy pod Mangart (2055 m. n.p.m.) i przełęcz Vrsić (1611 m. n.p.m.). W krótkich słowach oznaczało to najpierw podjazd pod najwyższą i zarazem największą górę w Słowenii, a następnie wspinaczkę na najwyższą drogową przełęcz w tym kraju. Aby to uczynić musieliśmy udać się do serca Alp Julijskich na terenie Triglavskiego Parku Narodowego. Dlatego w przeciwieństwie do poprzednich dni nasz samochodowy transfer przebiegał w kierunku zachodnim. Najpierw po autostradzie A1, lecz tym razem w kierunku północnym, a następnie po drogach nr 201 i 202, włoskiej krajówce SS54 i ponownie na terenie Słowenii po szosie nr 203. Ten niespełna 80-kilometrowy szlak do miejscowości Log pod Mangartom, na odcinku około 30 kilometrów prowadził przez terytorium Włoch m.in. przez Tarvisio i rejon Lago di Predil. Do Słowenii wróciliśmy przez przełęcz Predil położoną na wysokości 1156 metrów n.p.m. Na zjeździe przejechaliśmy centrum Logu i zatrzymaliśmy się dopiero na parkingu przed motelem Encijan. To znaczy na wysokości około 625 metrów n.p.m. Z tego miejsca mieliśmy zaatakować  najwyższą szosową górę kolarskiej Słowiańszczyzny. Acz od razu przyznaje, że w swych rozważaniach pomijam ewentualne sukcesy rosyjskich inżynierów budownictwa drogowego po północnej stronie Kaukazu. Podjazd pod Mangart ze startem w Log pod Mangartom na wysokości miejscowego cmentarza (jakieś trzysta metrów od wspomnianego motelu) to w sumie 16,9 kilometra trudnej wspinaczki o średnim nachyleniu blisko 8,5 %. Z pewnością stanowi on poważne wyzwanie dla każdego kolarza niezależnie od prezentowanej klasy. Na wyścigu Dookoła Słowenii pojawił się ostatnio w 2000 roku kiedy to najlepszy był Słoweniec Mitja Mahoric, drugi jego rodak i triumfator całego wyścigu Martin Derganc, zaś na piątym i siódmym miejscu finiszowali Seweryn Kohut i Marcin Sapa.

Nasza czwórka do walki z tym alpejskim olbrzymem stanęła w samo południe przy temperaturze 34 stopni Celsjusza. Pierwszy kilometr był jeszcze stosunkowo łatwy tzn. miał średnio 4,3 % głównie za sprawą początkowych kilkuset metrów. Jednak już podczas przejazdu przez Log i dalej za mostkiem nad potokiem Koritnica szosa zaczęła się śmielej piąć ku górskim szczytom. Do połowy trzeciego kilometra droga wiedzie z grubsza w prostej linii w kierunku północno-wschodnim. Następnie po zakręcie w prawo skręca na zachód i wraz z końcem czwartego kilometra dociera do wioski Strmec na Predelu. Drugi, trzeci i czwarty kilometr trzymają już zdrowo tj. na średnim poziomie od 8,0 do 9,3 %. Przez dalsze półtora kilometra z okładem wspinaczka trwa jeszcze po drodze nr 203 w kierunku północno-zachodnim. Następnie w połowie szóstego kilometra na wysokości około 1100 metrów n.p.m. dociera się do wiaduktu, za którym w odległości 5,7 kilometra od startu znajduje się kluczowy rozjazd. Dotychczasowa droga wiedzie dalej w lewo na passo Predil, zaś w prawo ku niebu odbija droga nr 902 na Mangart. Po kolejnych sześciuset metrach przejeżdża się na lewy brzeg górskiego potoku i niedługo później zaczyna się bodaj najtrudniejszy odcinek całego wzniesienia. Podczas gdy piąty, szósty i siódmy kilometr trzymały na poziomie od 7,3 do 8,8 % o tyle najtrudniejszy ósmy kilometr miał średnio 10,5 % z maksymalną stumetrową stromizną rzędu 14,5 %. W dodatku akurat jak na złość jazdę w tym momencie utrudniał przeciwny wiatr. Po przejechaniu 7,8 kilometra wjeżdżało się do lasu na wysokości małej ścieżki prowadzącej w lewo do gospodarstwa agroturystycznego zajmującego się produkcją serów z owczego mleka.

Następne kilometry czyli od początku dziewiątego do końca dwunastego trzymały na niewygórowanym jak ten podjazd poziomie od 6,7 do 8,5 %. Na tym odcinku złapał mnie Adam i mimo, iż do czasu do czasu pstrykał zdjęcia w locie bez trudu dotrzymywał mi towarzystwa. Pod koniec dziesiątego kilometra przejeżdża się przez pierwszy ledwie stumetrowy tunel przebity w wapiennej skale. Kolejne dwa o długości odpowiednio 300 i 200 metrów wykuto niespełna dwa kilometry dalej, zaś ostatni 150-metrowy trzeba pokonać wraz z końcem czternastego kilometra całej wspinaczki. Ten fragment wspinaczki jest też najbardziej kręty – dziewięć ciasnych wiraży między km 10,4 a 13,2. Kilometry od trzynastego do szesnastego włącznie to już nie przelewki. Średnie nachylenie nie schodzi tu poniżej 9 %, zaś trzynasty ma równo 10 %. Nie tylko wysiłek, ale i same widoki na skalne ściany i przydrożne przepaście zapierają dech w piersiach. Poza tym powyżej 1700 metrów zastała nas mgła, zaś temperatura spadła do 14 stopni. Po przejechaniu 15,8 kilometra dojechaliśmy do rozjazdu, z którego odchodzą dwie drogi prowadzące do końca Mangartu. Całość wygląda jak wielka pętla autobusowa, na której wobec wprowadzenia ruchu jednokierunkowego do podjazdu służy nitka prawa, zaś do zjazdu lewa. Finałowy odcinek, na którym spotkaliśmy niemałe stadko owiec miał już średnio tylko 6,7 %. Do mety dojechaliśmy z Adamem w czasie 1h 21 minut i 30 sekund czyli przy średniej prędkości 12,441 km/h i VAM 1052 m/h. Cały podjazd przejechałem na przełożeniach 39×24 i 39×28. Wkrótce dołączył do nas Piotrek i razem doczekaliśmy nieco lepszej aury oraz widoku na szczyt granicznej góry Mangart (2677 m. n.p.m.). Początek zjazdu pokonaliśmy pod prąd i przy rozjeździe spotkaliśmy Darka, który nie miał dobrego dnia. Co gorsza na ostatnich kilometrach zjazdu przebił gumę i do postoju w Log pod Mangartom doturlał się na resztkach powietrza.

ZDJĘCIA

MANGART

Zdjęcie 1 z 30