Niespełna dwa tygodnie po powrocie z Południowego Tyrolu już pakowałem się do kolejnej podróży z ziemi polskiej do włoskiej. W międzyczasie niewiele pojeździłem. Przez dwanaście dni zrobiłem niespełna 200 kilometrów. Przy tym ani kilometra na drogach Kaszub i Trójmiasta. Jedyne okazje do jazdy miałem na Mazowszu, gdzie zawitałem w związku z komentarzami do trzech etapów Vuelty. Pokręciłem trochę od piątku do niedzieli na trasach wokół Błonia i Łosia. Jak by nie patrzeć nigdy jeszcze nie ruszałem na górskie wojaże tak późno. Kalendarzowo najpóźniejszym wyjazdem była bowiem dopiero co zakończona wycieczka po szosach prowincji Bolzano. Teraz miałem się przekonać czy wysokie góry Starego Kontynentu można zwiedzać również w pierwszej i drugiej dekadzie września. Nie planowałem tego. Wyprawa do Ligurii i Piemontu miała się odbyć na początku, a nie pod koniec lata. Owe plany pokrzyżował jednak mój wypadek z 7 czerwca, po którym wsiadłem na rower dopiero 1 lipca. Oryginalnie do Włoch mieliśmy pojechać we trzech. Pozą mną szykowali się na całą ponad dwutygodniową eskapadę również Darek Kamiński i Adam Kowalski. Do tego już na miejscu na kilka etapów dołączyć miał do nas Daniel Pawelec, który zabukował sobie rodzinne wakacje w Imperii. Ostatecznie ja zostałem w domu. Adam pojechał gdzie indziej czyli do austriackiego Tyrolu oraz Trentino. Natomiast Daniel kręcił po górach na włosko-francuskim pograniczu samotnie przy niemal 40-stopniowym upale. Jedynie Dario był w stanie elastycznie zareagować na niespodziewaną zmianę mego letniego programu. Dlatego w daleką podróż ku północno-zachodniej Italii ruszyliśmy w minimalistycznym dwuosobowym składzie. Wystartowaliśmy około północy z piątku na sobotę (4/5 września). Czekała nas 19-godzinna podróż do Imperii na trasie liczącej niemal 1800 kilometrów. Jednym słowem dojazd o długości porównywalnej do tego jaki zaliczyliśmy rok wcześniej zmierzając na start naszego Giro dell’Appennino.
Tak dla mnie jak i dla Darka nie była to pierwsza wyprawa do Ligurii i Piemontu. Jeśli chodzi o mnie w Ligurii byłem wcześniej dwa razy, acz przelotnie. Przy tych okazjach zaliczyłem w tym regionie tylko trzy solidne wzniesienia. Podczas wakacji z 2011 roku wracając z samochodowej wycieczki do Portofino zahaczyłem rowerem o Passo del Ghiffi. Natomiast trzy lata później na piętnastym etapie wyprawy po Apeninach wjechałem na Monte Beigua oraz do Santuario di Nostra Signora della Guardia. Teraz chciałem poznać najciekawsze podjazdy w alpejskiej czyli zachodniej części Ligurii. Na dobrą sprawę gdy spojrzymy na mapę nie bardzo widać gdzie przebiega naturalna granica między Apeninami i Alpami. Przyjęło się uważać, że tym miejscem jest przełęcz Cadibona (459 m. n.p.m.) leżąca na terenie prowincji Savona. Dlatego też interesowały mnie liguryjskie wzniesienia na zachód od tego miejsca. Oczywiście te najtrudniejsze i to najchętniej o przewyższeniu ponad 1000 metrów. Wybrałem ich osiem, w tym wysokie na ponad 1500 metrów n.p.m. Colle Melosa i Monte Ceppo. Pierwszy z owych ośmiu chciałem „zaliczyć” jeszcze w sobotni wieczór. Sześć kolejnych od niedzieli do wtorku, zaś ósme już w ramach pierwszej części piątego etapu. To znaczy podczas środowej przeprowadzki do Piemontu, gdzie mieliśmy spędzić pozostałe dwanaście dni tej wyprawy. Tam zaś mieliśmy się skupić wyłącznie na podjazdach z prowincji Cuneo oraz Torino czyli na szosach Alp: Nadmorskich, Kotyjskich i Graickich. Podczas wypraw z lat: 2008, 2010, 2011 i 2013 zdobyłem tu już łącznie dziewiętnaście „skalpów”, z czego czternaście na terenie dwóch prowincji, które ponownie wziąłem na swój celownik. Choć miałem już w swym dorobku przełęcze: Agnello, Fauniera, Lombarda, Sampeyre oraz Tenda jak i wspinaczki do stacji narciarskich Sestriere czy Pratonevoso wciąż wiele pozostało mi tu do zdobycia. Chciałem zobaczyć graniczną Maddalenę, przetestować trzecie drogi na Faunierę i Sampeyre, a przede wszystkim zmierzyć się z szutrową Finestre i „maratońskim” podjazdem na niebotyczny Nivolet. Nasz pobyt w Piemoncie podzieliłem równo na obie prowincje. Noclegi nr 5-10 zarezerwowałem u znajomego kolarza-amatora w Borgo San Dalmazzo. Natomiast lokalu pod noce nr 11-16 szukałem w pobliżu Turynu. Ostatecznie już podczas trwania tej wyprawy wybrany wcześniej hotel w Pianezzy zamieniłem na mieszkanie w San Mauro Torinese.
Podróż nad Morze Liguryjskie szlakiem przez Bregenz, San Bernardino oraz Como była długa i męcząca. Do tego nadspodziewanie kosztowna za sprawą wpadki na krótkim odcinku austriackiej autostrady. Tym niemniej Darek dodatkowo „zadbał” o ożywienie atmosfery. Podczas przejazdu przez Bawarię mój przyjaciel zdał sobie sprawę z tego, iż zapomniał spakować obie pary swych butów kolarskich! W całym zamieszaniu pomiędzy powrotem z Brunico, tygodniową wycieczką do Barcelony i ponownym wyjazdem do Italii o takie niedopatrzenie nie było trudno. Cóż było robić? Wykonał szybki telefon do swej niewiasty by czym prędzej nadała kurierem przesyłkę specjalnego znaczenia do Imperii. Marzena spisała się na medal. Niemniej była to sobota, więc buty mogły wyruszyć do Italii dopiero w poniedziałek. Tym samym Dario musiał na nie poczekać do wtorkowego popołudnia, zaś do tego czasu radził sobie w sposób alternatywny. Ponieważ do Casa Rosmarino na Via Monte Gagliardone dotarliśmy dopiero około 19-tej mogliśmy zapomnieć o „prologu” zaplanowanym na sobotni wieczór. Z naszej pierwszej bazy noclegowej mieliśmy ledwie 6 kilometrów do miasteczka Dolcedo u podnóża Colle d’Oggia. Stąd wzniesienie to upatrzyłem sobie na pierwszy cel. Trzeba było dokonać roszady w programie zwiedzania Alp Liguryjskich. To znaczy rozpocząć nasze zwiedzanie Alp Liguryjskich dopiero w niedzielę czyli 6 września, zaś wspinaczkę pod przełęcz Oggia przełożyć na środowe przedpołudnie. Baza noclegowa nr 1 przypadła nam do gustu. Casa Rosmarino położona jest parę kilometrów na zachód od centrum Imperii na wzgórzach powyżej Porto Maurizio. Ostatni kilometr dojazdu wiodący wąską Via Tommaso Littardi był dość techniczny, zaś z tarasu mieliśmy widok na autostradowy wiadukt. Tym niemniej hałasu nie było słychać, zaś w tle drogi szybkiego ruchu widać było nadmorskie wzgórza oraz górskie szczyty z prawdziwego zdarzenia. Poza tym spoglądając z ogrodu pod odpowiednim kątem można było dojrzeć lazurowe wody Mar Ligure. Przede wszystkim jednak samemu apartamentowi nic nie brakowało. Mieliśmy w nim salon z kuchnią, pokój służący Darkowi za sypialnię i łazienkę. Do tego dobre połączenie z internetem, ganek z drewnianym stołem i krzesłami oraz bezpieczne miejsce parkingowe, acz sam wyjazd z podwórka do łatwych nie należał.
DANE TECHNICZNE
Miejsce startu: Finalborgo
Wysokość: 1028 metrów n.p.m.
Przewyższenie: 1009 metrów
Długość: 15,3 kilometra
Średnie nachylenie: 6,6 %
Maksymalne nachylenie: 10 %
PROFIL
OPIS
Zmęczeni długą podróżą nie nastawiliśmy się na wczesną pobudkę. Nazajutrz spokojnie szykowaliśmy się do pierwszego etapu. Ostatecznie z Casa Rosmarino wyjechaliśmy o wpół do jedenastej. Na pierwszy rzut przewidziałem dla nas wspinaczki pod Colle Melogno (1028 m. n.p.m.) i Colle Caprauna (1379 m. n.p.m.). Dlatego czekała nas wycieczka do prowincji Savona czyli ku wschodniej części Riviera Ponente znanej jako Riviera delle Palme. Kolejność premii górskich zgodna z utartym zwyczajem. Najpierw dalsza od domu, następnie ta nieco bliższa niejako w drodze powrotnej. Podjazd pod przełęcz Melogno zaczyna się na wysokości miasteczka Finale Ligure oddalonego od naszej bazy noclegowej o 55 kilometrów. Podczas naszych codziennych dojazdów postanowiłem korzystać z autostrady A10. Nie była to tania opcja, lecz pozwalała zaoszczędzić mnóstwo czasu. Alternatywą była powolna jazda po nadmorskiej „krajówce” SS1 czyli drodze krętej i generalnie jednopasmowej. Z Casa Rosmarino do wjazdu na autostradę (Imperia Ovest) mieliśmy ledwie 2,5 kilometra. A potem już pełen gaz, więc u podnóża góry byliśmy po około 40 minutach. Podjazd na dobre zaczyna się jakieś półtora kilometra na północ od morskiego wybrzeża. Dlatego zatrzymaliśmy się w Finalborgo w pobliżu miejscowego cmentarza. Klasyczna wersja południowego podjazdu pod Colle Melogno w całości prowadzi po drodze SP490. Ewentualnie wspinaczkę można też zacząć w pobliskim Borgio Verezzi. Namawiał mnie do tego Daniel Pawelec, któremu w czerwcu bardzo spodobał się malowniczy odcinek na dojeździe do Gorry. Pomimo tej zachęty postanowiłem się trzymać „podręcznikowego” profilu. W siedemnastym tomiku „Passi e Valli in Bicicletta” czyli „Liguria 2 – Il Ponente, Province Genua e Savona” napisano, że to gigant zwrócony ku morzu. Jedna z niewielu gór we Włoszech, która w mniej niż 20 kilometrów zawiedzie z wybrzeża na wysokość ponad 1000 metrów. Zdaniem autorów tej książki to wspinaczka pierwszej kategorii, koniecznie do zrobienia przynajmniej raz w życiu. Trudno się z nimi nie zgodzić. Podjazd ma długość 15,3 kilometra przy średnim nachyleniu 6,6% i max. 10% co daje przewyższenie 1009 metrów. Po raz pierwszy pojawił się na trasie Giro d’Italia już w 1922 roku na etapie z Genui do Turynu. W ostatnim ćwierćwieczu wypróbowano go dwukrotnie. W sezonie 1993 na odcinku z Varazze do Chianale górską premię wygrał tu Gianluca Bortolami, zaś w 2000 na etapie z Genui do Pratonevoso jako pierwszy na przełęcz dotarł Hiszpan Jose-Enrique Gutierrez.
Rozpoczęliśmy wspinaczkę o 11:41. Całe wzniesienie można podzielić na cztery fragmenty. Na przemian trudniejsze i łatwiejsze. Pierwszy segment od Finalborgo do Gorra to 2,7 kilometra o średnim nachyleniu 7,2%. Na samym początku jest dość głośno, albowiem pierwsze 1200 metrów służy kierowcom za dojazd do autostrady A10. Potem tuż przed Gorrą droga łączy się ze wspomnianym szlakiem z Borgio Verezzi. Drugi segment również o długości 2,7 kilometra jest znacznie łatwiejszy, gdyż ma ledwie 4,2%. Szosa biegnie tu wśród drzewek oliwnych, mija boczne drogi do Calice Ligure i Bardino Vecchio, a w końcu dociera do kościółka pod wezwaniem św. Pantaleona. Odtąd nie ma już łatwo. Kolejne 8,6 kilometra ma średnio 7,1 % i kończy się przy zbiegu z drogą SP15. Szosa niemal cały czas wiedzie w kierunku północno-zachodnim. W zasadzie nie ma tu typowych wiraży, acz dłuższych prostych odcinków też trudno uświadczyć. Teren jest odsłonięty, więc słonko potrafi ostro przygrzać. Ponoć nawet zimą można dotrzeć rowerem na tą przełęcz. Licznik pokazał mi 26 stopni jako średnią temperaturę z całego wzniesienia. Po lewej ręce niemal przez cały czas miałem piękny widok na Morze Liguryjskie. W samej końcówce podjazd nieco odpuszcza. Ostatnie półtora kilometra ma średnie nachylenie 5,5%. Finał podjazdu jest wielce oryginalny, albowiem mieści się w bramie fortu Centrale del Melogno wybudowanego w latach 1883-1895. Od początku do końca jechało mi się bardzo dobrze. Po blisko dwutygodniowym lenistwie jazdę zacząłem bardzo ochoczo. Chyba nawet na zbyt twardym przełożeniu, bo nogi szybko zapiekły. Tym niemniej nie podcięło mi to skrzydeł. Byłem w stanie utrzymać równe mocne tempo na całej długości wzniesienia. Według danych z licznika przejechałem 15,2 kilometra w czasie 53:38 (avs. 17,0 km/h), co przy nieco zaniżonym przewyższeniu 996 metrów oznacza VAM na poziomie 1114 m/h. Zapisy na stravie wyglądają jeszcze korzystniej. Otóż ponad 8-kilometrowy trzeci segment pokonałem w tempie 1185 m/h, zaś najdłuższy „wyróżniony” odcinek czyli ostatnie 12 kilometrów zrobiłem w 43:58 (avs. 16,4 km/h i VAM 1153 m/h). W tym momencie jest to 19 wynik pośród 523 zarejestrowanych osób. Tymczasem Darek w „środowisku rowerowym” testował swe buty do biegania. Siłą rzeczy musiał potraktować ten podjazd ulgowo. Jechał w tempie turystycznym i dotarł na przełęcz w czasie 1h i 20 minut.
GÓRSKIE ŚCIEŻKI
https://www.strava.com/activities/386507053
https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/386507053
ZDJĘCIA

