Colle Melosa (Langan)

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Pigna

Wysokość: 1566 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1292 metry

Długość: 19,6 kilometra

Średnie nachylenie: 6,6 %

Maksymalne nachylenie: 11 %

PROFIL

OPIS

Największe podjazdy w alpejskiej części prowincji Savona poznaliśmy na pierwszym etapie. Dzięki temu w kolejnych trzech dniach mogliśmy się skupić wyłącznie na najciekawszych wzniesieniach goszczącej nas prowincji Imperia. Wybrałem ich sześć. Każde o przewyższeniu przeszło 900 metrów i długości co najmniej 12 kilometrów. Tradycyjnie ułożyłem je w pary, aby każdego dnia zdobywać dwie premie górskie położone najbliżej siebie. Na poniedziałek zaproponowałem Darkowi: Colla Melosa i Passo Gouta, na wtorek Passo di Teglia i Monte Ceppo, zaś na środę Colle d’Oggia i Colla San Bernardo (in Mendatica). Tym samym w poniedziałkowe przedpołudnie czekała nas wycieczka do miejscowości Pigna oddalonej od naszej bazy noclegowej o jakieś 68 kilometrów. Jak już wcześniej wspomniałem pod nosem mieliśmy wjazd na autostradę A10. Dzięki szybkim 40 kilometrom na tej drodze cały dojazd miał nam zająć godzinę i kilka minut. W praktyce było to nieco bardziej skomplikowane za sprawą dłuższej przeprawy przez miasteczko Ventimiglia. Musieliśmy tu wskoczyć na zatłoczoną krajówkę SS1, po to by znaleźć szosę SP64, która miała nas zawieść do podnóża obu wybranych gór. Przez ostatnie 20 kilometrów jechaliśmy już tylko prosto na północ wzdłuż potoku Nervia. Po dotarciu na miejsce zjechaliśmy z głównej drogi i zatrzymaliśmy się na parkingu przed miejscowym boiskiem. Na przestrzeni wieków Pigna przechodziła z rąk do rąk. W średniowieczu należała tak do Królestwa Prowansji jak i Republiki Genueńskiej. Na początku XIX wieku znalazła się w granicach I Cesarstwa Francuskiego, by po kongresie wiedeńskim przypaść Królestwu Sardynii, które w roku 1861 zjednoczyło Italię. Dziś może się pochwalić „pomarańczową banderą” przyznawaną przez Touring Club Italiano atrakcyjnym turystycznie miasteczkom z włoskiej prowincji. Na co dzień żyje tu niespełna 900 mieszkańców. Niegdyś było tu znacznie więcej życia poza sezonem. Pod koniec XIX wieku mieszkało w tej miejscowości przeszło 3 tysiące ludzi. Giro d’Italia zajrzało w te strony tylko raz. To znaczy w 1974 roku na etapie z Finale Ligure do San Remo. Wtedy to na pobliskiej przełęczy Langan jako pierwszy zameldował się Włoch Giuseppe Perletto. Zawodnik urodzony w Dolcedo nieopodal Imperii. Dojechał on też najszybciej do mety w San Remo, triumfując z przewagą 21 sekund nad Wladimiro Panizzą i 40 nad grupką przyprowadzoną przez Gianbattistę Baronchellego.

Miejscówka w Pigny pozwalała nam na wypad pod obie poniedziałkowe góry z tego samego miejsca. Na pierwszy rzut czekał nas blisko 20-kilometrowy podjazd pod najwyższe szosowe wzniesienie w całej Ligurii. To znaczy wspinaczka ku Colla Melosa (1540 m. n.p.m.), gdzie asfalt kończy się na wysokości 1566 metrów n.p.m. Zasadniczo można ją podzielić na dwa dłuższe segmenty. Pierwszy składa się z wstępu na drodze SP64 i niespełna 11 kilometrów na szosie SP65 o łącznej długości 12,5 kilometra i stromiźnie 6,7%. Ta faza podjazdu kończy się na Colle Langan (1127 m. n.p.m.). Drugi to odcinek 6,8 kilometra powyżej wspomnianej przełęczy. Ma on średnie nachylenie 6,4% i wiedzie do kresu asfaltowej drogi jakieś 300 metrów za zakrętem wokół restauracji Melosa. Darek kolejny dzień musiał sobie radzić bez butów kolarskich. Tym razem postawił na sandały, jako że miały podeszwy twardsze niż przetestowane dzień wcześniej „biegówki” od Asics’a. Wobec owych kłopotów sprzętowych nie mogliśmy liczyć na równą, wspólną jazdę. Wystartowałem z centrum Pigny o godzinie 12:10, dziewięć minut po Darku. Pierwsze 1700 metrów to miała być spokojna rozgrzewka po łatwym terenie o średnim nachyleniu 3%. Najpierw spokojne 500 metrów do mostku nad Nervią. Po prawej ręce w dole spostrzec mogłem spory hotel i baseny czyli ośrodek Terme di Pigna. Jeszcze ładniejszy widok miałem na wprost. To znaczy stojące na wzgórzu kolorowe domy składające się na miejscowość Castel Vittorio. Wiedziałem, że aby dostać się na Colle Langan już na drugim kilometrze tej trasy będę musiał odbić w prawo i opuścić drogę SP64. Nieco się z tym jednak pośpieszyłem to znaczy skręciłem już po przejechaniu 1200 metrów i wbrew swoim planom zacząłem się wspinać ku wspomnianemu Castel Vittorio. Szybko nabrałem podejrzeń, że coś tu nie gra i po przejechaniu nieco ponad kilometra zatrzymałem się jak i samochód jadący z naprzeciwka. Zapytałem kierowcę czy to aby na pewno droga na przełęcz Langan. Gdy uzyskałem odpowiedź przeczącą zawróciłem do rozjazdu. Przez swoją pomyłkę dodałem sobie do programu niespełna 2,5 kilometra tracąc na tym przeszło 6 minut. Drugi raz nie mogłem się już pomylić, albowiem prawdziwy wjazd na SP65 był dobrze oznaczony. Poza tym stały tu też znaki drogowe zwiastujące marny stan nawierzchni. O fakcie tym zostałem już wcześniej uprzedzony przez zaprzyjaźnionego „szpiega” czyli Daniela Pawelca, który zwiedzał te okolice pod koniec czerwca. Dzięki temu wiedziałem, że pomimo rozmaitych niespodzianek będzie można spokojnie dotrzeć na sam szczyt wzniesienia.

Po przejechaniu półtora kilometra po drodze SP65 trafiłem na roboty drogowe. W tym miejscu spory kawał asfaltu został zmyty po zimowych lub wiosennych ulewach. Trzeba się było zmieścić pomiędzy zboczem góry a płotkiem rozstawionym przez drogowców. Plus tej przeszkody był przynajmniej taki, że skutecznie eliminował samochody. Auta pojawić się mogły co najwyżej od przeciwnej strony, więc w sumie cała góra należała do cyklistów. A zatem można się było męczyć w spokoju. Pogoda nam dopisała. Ciepły dzień przy umiarkowanym zachmurzeniu. Średnia temperatura na całej górze 26 stopni, zaś na przełęczy Langan nawet 30! Chłodniej zrobiło się dopiero na ostatnich kilometrach z minimum w postaci 18 stopni na samej mecie. Na pierwszych trzech kilometrach tego szlaku znajduje się pięć wiraży. W połowie szóstego kilometra (choć dla mnie był to koniec ósmego) mija się restaurację Palazzo Maggiore. Wzdłuż drogi rosną imponujących rozmiarów agawy, zaś wyżej wśród drzew dominuje kasztan jadalny. Każdy kilometr podjazdu odmierza tu stosowny znak na prawym skraju drogi. Pośród górskich zboczy dostrzec można pojedyncze domostwa. Droga jest wąska, acz niezłej jakości poza dwoma kolejnymi miejscami gdzie została również podmyta. Jechało mi się całkiem dobrze i na samej Colla Langan złapałem Darka. Ten jechał dość oszczędnie, więc w pierwszej części finałowego odcinka był w stanie wyraźnie przyśpieszyć. Dlatego po zakręcie w prawo przejechaliśmy razem po SP67 dobre dwa-trzy kilometry. Ostatecznie Dario uznał, że nie będzie forsować swych mięśni i ścięgien nie będąc odpowiednio „zadokowany” do swego Simplona. Niespełna trzy kilometry przed finałem minąłem przełęcz Colle Belenda. Nie zatrzymałem się przed schroniskiem Allavena. Dojechałem do końca prostej, czyli miejsca gdzie skończył się asfalt. Po niespełna trzech minutach dojechał mój dzielny kompan. Na linii naszej mety rozpoczynał się kamienisty dukt ku przygranicznym fortom na Monte Grai (1899 m. n.p.m.). W sumie przejechałem 21,9 kilometra o łącznym przewyższeniu 1328 metrów. Tymczasem miało być 19,4 kilometra o amplitudzie 1292 metrów. Można powiedzieć, że nadwyżkę sam sobie załatwiłem. Klasyczną część podjazdu pokonałem w 1h 15:22 przy średniej prędkości 15,6 km/h i VAM 1028 m/h. Na stravie jedyny ciekawszy odcinek, który znalazłem obejmuje 6,4 kilometra pomiędzy Langan a Melosą. Ten segment przejechałem w czasie 25:20 (avs. 15,3 km/h i VAM 950 m/h) co obecnie jest 11 wynikiem pośród 175 odnotowanych.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/387271587

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/387271587

ZDJĘCIA

Melosa_001

Zdjęcie 1 z 40