Bazując na swym siedmioletnim doświadczeniu w potyczkach z alpejskimi podjazdami i mając aż dwa tygodnie do dyspozycji postanowiłem w trakcie tej wyprawy spokojnie dawkować nam górskie atrakcje. Uznałem, że w pierwszych dniach naszego pobytu w Trydencie i Południowym Tyrolu wskazane będzie stopniowe podwyższanie skali trudności poszczególnych etapów. Adaptacja do prawdziwych gór po wiośnie spędzonej na Kaszubach i w granicach Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego musi chwilę potrwać. Tak samo jak przestawienie się z używanej w domu dużej tarczy „53”, na mającą wyłączność w Alpach małą „39-tkę”. Co więcej choć przez dwa wiosenne miesiące udało mi się zrobić zaplanowaną bazę w postaci 3000 km, lecz Darkowi ze względu na obowiązkowi zawodowe nie dane było wykręcić nawet połowy tego dystansu. W tej sytuacji tym bardziej należało spokojnie z dnia na dzień podwyższać sobie poprzeczkę. Dlatego do naszego programu jako główne danie dnia drugiego idealnie nadawał się podjazd pod Passo della Mendola (1363 m. n.p.m.), zaś jako zapowiedź czegoś trudniejszego 4-kilometrowa dokładka w postaci podjazdu na Monte Penegal (1720 m. n.p.m.).
W piątkowy poranek nie musieliśmy się śpieszyć ze wstawaniem. Warto było odespać wcześniejszą noc spędzoną w podróży. Z naszej bazy w Mezzocoronie do podnóża przełęczy Mendola mieliśmy co najwyżej 50-kilometrową podróż samochodem. Nie zamierzaliśmy jednak korzystać z krajówki SS-12 (ani tym bardziej autostrady Verona – Brennero czyli A-22). Na to miał przyjść czas w następnych dniach kiedy to mieliśmy dotrzeć do podjazdów w północnej części regionu. Tego dnia chcieliśmy poznać nasza najbliższą okolicę i dlatego postawiliśmy na krótszą i bardziej urokliwą, lecz zarazem bardziej krętą i w ogólnym rozrachunku wcale nie szybszą jazdę po lokalnych drogach SP-27 i SP-14. Po wyjechaniu z Mezzocorony w kierunku północnym minęliśmy miejscowość Rovere della Luna i już po chwili znaleźliśmy się na ziemi tyrolskiej tzn. w prowincji Bolzano. Jechaliśmy wśród pół winorośli, drogą zwaną stosownie do okoliczności „strada del vino”, mając po prawej ręce Adygę, zaś po lewej masyw górski sięgający wysokości 1800 metrów n.p.m. Kolejne mijane przez nas wioski i miasteczka miały dwujęzyczne tablice: Kurtatsch (vel Cortaccia), Tramin (Tremeno), Kaltern (Caldaro) – poprzedzone lazurowym jeziorkiem o tej samej nazwie i w końcu Eppen (czyli Appiano). Przegapiliśmy skręt na Mendolę i przejechaliśmy całe miasteczko, lecz dopiero po przecięciu prowadzącej ku Merano krajówki SS-38 mogliśmy zawrócić z drogi, która nieubłaganie zawiodła by nas do Bolzano. Po wjechaniu do Appiano od przeciwnej (północnej) strony zatrzymaliśmy się celem rozładowania rowerów na parkingu przez supermarketem. W miejscu bardzo dla nas dogodnym bo położonym ledwie 100 metrów od początku wspinaczki.
Niemal w samo południe, przy pełnym słońcu i temperaturze 33 stopni rozpoczęliśmy blisko 15-kilometrowy podjazd pod Passo della Mendola. Wzniesienie to, acz może nieszczególnie słynne czy trudne ma za sobą całkiem bogata historię sportową. Na trasie Giro d’Italia zadebiutowało jako jedne z pierwszych w Dolomitach tzn. podczas siedemnastego etapu Giro z 1937 roku (Merano – Gardone). Ze względu na swe strategiczne położenie pomiędzy Doliną Adygi a dolinami Val di Non i dalej Val di Sole była potem wielokrotnie przejeżdżana. Ostatnim czasy w końcówce siedemnastego etapu Giro 2004 kiedy to we Fondo Sarnonico triumfował Rosjanin Paweł Tonkow. Wspomniana długość, przewyższenie rzędu 958 metrów i średnie nachylenie na poziomie 6,44 % czyni zeń jednak solidną premię górską pierwszej kategorii. Na szczęście podjazd ten jest dość regularny, gdyż jego poszczególne kilometrowe odcinki oscylują między 5,5 a 8 %, zaś chwilowy max. to 11 %. W początkowej swej fazie droga wije się wśród upraw winorośli, następnie wkracza w las gdzie można było schować się przed uciążliwym słońcem, zaś w wyższych partiach pięła się na wąskiej pół skalnej z wysoką ścianą po prawej i stromym zboczem po lewej stronie. Z kolei w samej końcówce przyjemne wrażenie zrobiła na mnie seria ładnie wyprofilowanych serpentyn poprowadzonych po gładkiej jak stół szosie. Na pokonanie całego wzniesienia tzn. 14,86 km potrzebowałem niespełna 54 minut (dokładnie 53m 53s) co dało mi przeciętną 16,645 km/h i VAM 1066 m/h.
ZDJĘCIA

