DANE TECHNICZNE
Miejsce startu: Monistrol de Montserrat
Wysokość: 734 metry n.p.m.
Przewyższenie: 587 metrów
Długość: 8,5 kilometra
Średnie nachylenie: 6,9 %
Maksymalne nachylenie: 10 %
PROFIL
OPIS
Po długim zjeździe, który ze względu na aurę i warunki drogowe początkowo był mało przyjemny dotarłem do San Celoni około 15:15. Moi wspólnicy byli już gotowi do dalszej drogi. Kolejny przystanek mieliśmy wyznaczony w Monistrol de Montserrat. Aby dotrzeć do tej miejscowości trzeba było pokonać 80-kilometrową trasę prowadzącą po autostradzie AP-7 i krajówce C-58. W połowie tego transferu czyli na styku obu wyżej wymienionych dróg znajdowaliśmy się ledwie kilkanaście kilometrów od centrum Barcelony. Na wjazd do stolicy Katalonii nie mieliśmy jednak czasu. Czekała nas bowiem wizyta w innym miejscu należącym do największych atrakcji turystycznych tego regionu. Mieliśmy się zmierzyć z podjazdem do Monestir de Montserrat. To opactwo założone wokół wybudowanego już w X wieku klasztoru benedyktyńskiego jest miejscem kultu Matki Boskiej „Czarnulki” (La Moreneta). Stoi w sercu malowniczego pasma górskiego składającego się ze zlepieńcowych formacji skalnych i jest drugim pod względem popularności ośrodkiem pielgrzymkowym w całej Hiszpanii. Pod tym względem ustępuje ono tylko słynnemu w całej Europie galicyjskiemu miastu Santiago de Compostela. Najwyższy wierzchołek tutejszych gór sięga wysokości 1236 metrów n.p.m. Natomiast samo sanktuarium znajduje się jakieś 500 metrów niżej. Dojechać do niego można zarówno koleją zębatą jak i szosą BP-1121. Przyznam się, że o istnieniu tej góry dowiedziałem się przeszło 20 lat temu. To jest w czasach gdy TVE czyli pierwszy program państwowej telewizji hiszpańskiej zwykł transmitować niemal każdy ważniejszy wyścig etapowy rozgrywany po południowej stronie Pirenejów. Akurat w 1995 roku kończył się w tym miejscu pierwszy etap Volta a Catalunya. Odcinek ten jak i cały wyścig wygrał Francuz Laurent Jalabert z ekipy ONCE, który na finiszu o sekundę wyprzedził Włocha Enrico Zainę i Duńczyka Bo Hamburgera. Góra ta dwukrotnie znalazła się też na trasie Vuelta a Espana, acz przy tych okazjach jedynie w roli premii górskiej usytuowanej na wysokości 652 metrów n.p.m. W 1970 roku na etapie do Igualady pierwszy wspiął się tu słynny Hiszpan Luis Ocana, zaś jedenaście lat później na odcinku do Rassos de Peguera na premii tej pierwszy był jego rodak Carlos Hernandez.
Przed siedemnastą dojechaliśmy do Monistrol. Miasteczka położonego nad rzeką el Llobregat i zarazem po obu stronach drogi krajowej C-55. Zaparkowaliśmy w dużej zatoczce tuż za skrętem w Carrer de la Trinitat wiodącą do wspomnianego opactwa. Ze względów taktycznych Rafał znów ruszył do boju pierwszy. Nasz „szpieg-zwiadowca” wystartował o 17:02, zaś dwójka „górskich weteranów” dwanaście minut później. Z początku zgodnie współpracowaliśmy, zmieniając się na prowadzeniu. Wkrótce jednak Darek został wybity z rytmu przez problemy techniczne. Najprawdopodobniej za sprawą rozwarstwionej linki tylnej przerzutki miał kłopot z wyborem właściwego na dany moment przełożenia. Ostatecznie na drugim kilometrze dał mi znak bym jechał swoim tempem. Po niespełna 2 kilometrach jazdy przejechałem pod zielonym mostem wspomnianej kolei zębatej. Podjazd trzymał na równym i całkiem solidnym poziomie w pobliżu 7%. W trakcie jazdy można było podziwiać oryginalne kształty okolicznych gór. Pod koniec szóstego kilometra minąłem zjazd ku Monestir de Sant Benet (5,8 km). Najtrudniejszym fragmentem całego wzniesienia był początek ósmego kilometra czyli okolice pierwszej z trzech stref parkingowych. Po przejechaniu niespełna 7,5 kilometra od startu dotarłem do skrętu w prawo na drogę BP-1103, z której niegdyś musieli korzystać uczestnicy wielkiej Vuelty. Szlak ten początkowo wyglądał na bardziej górski niż droga na wprost, więc omyłkowo się z nim zapoznałem. Zanim wróciłem na właściwą drogę nadrobiłem blisko 500 metrów tracąc około półtorej minuty. Przez to na ostatnim kilometrze wspinaczki musiałem się mocno sprężyć by złapać Darka, który niespodziewanie dla siebie znalazł się jakieś 20 sekund przede mną. Razem dotarliśmy do zakrętu przy trzecim parkingu, po czym zjechaliśmy do placu przed Monastyrem. Z rozpędu zrobiliśmy jeszcze 500-metrową rundkę po całym Opactwie zanim zatrzymaliśmy w pobliżu stacji kolejki terenowo-linowej Santa Cova. Dopiero tu spotkaliśmy się z Rafałem, który dotarł na szczyt kilka minut przed nami. Według stravy odcinek 8,4 kilometra przejechaliśmy w czasie 34:36 (avs. 14,7 kmh i VAM 1066 m/h). Rafa mocno się sprężył i uzyskał czas 39:33 (avs. 12,9 kmh i VAM 933 m/h).
W Sanktuarium zatrzymaliśmy się na przeszło pół godziny. Sporą część tego czasu spędzając w miejscowej kawiarni. Do Ministrol zjechaliśmy około dziewiętnastej. W sumie tego dnia przejechałem 69,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 2174 metrów. Przed nami był jeszcze spory szmat drogi samochodowej. To znaczy kolejne 80 kilometrów z hakiem prosto na północ po krajówce C-16. To znaczy „przelot” do naszej trzeciej bazy noclegowej w miasteczku Baga. Na początku tego transferu zatrzymaliśmy się na około godzinę pod Manresą by zrobić tam pierwsze podczas tej wyprawy zakupy spożywcze. Następnie już w promieniach zachodzącego słońca kontynuowaliśmy dalszą podróż ku Pirenejom. Ostatecznie do naszej kolejnej przystani dobiliśmy po 22-giej. Było już po zmroku co utrudniało nam namierzenie adresu, pod którym mieliśmy się zatrzymać na kolejne cztery dni i pięć nocy. Rafał musiał się skontaktować telefonicznie z właścicielką lokalu i dopiero korzystając z jej wskazówek podjechaliśmy gdzie trzeba. Apartament bardzo nam się spodobał i zgodnie uznaliśmy, iż wart był swej niemałej ceny. O szczegółach tego przybytku będzie jeszcze okazja napisać. Poza tym czekała nas tu jeszcze jedna miła niespodzianka. Dosłownie za progiem domu, acz na razie ukryta przed nami w mrokach nocy.
GÓRSKIE ŚCIEŻKI
https://www.strava.com/activities/593703322
https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/593703322
ZDJĘCIA
FILM

