Pokrzepiony dobrymi „występami” na Val Thorens i wokół Bourg-Saint-Maurice w czwartek odważyłem się wybrać na Mont du Chat. O istnieniu tej góry dowiedziałem się dopiero w lipcu 2007 roku z lektury francuskiego magazynu dla cykloturystów. Gdy sprawdziłem jej kolarską historię okazało się, że na trasie Tour de France pojawiła się tylko raz. W 1974 roku na etapie z Divonne-les-Bains do Aix-les-Bains. Premię górską wygrał wówczas Hiszpan Gonzalo Aja, lecz sam etap padł łupem Eddy Merckxa. „Kanibal” wygrał wówczas osiem odcinków w drodze po swój piąty generalny sukces w Tourze. Z usytuowania mety należy domniemywać, że wzniesienie forsowano wówczas od strony zachodniej tzn. ze startem wspinaczki w miasteczku Yenne. Góra ta z obu stron jest trudna do zdobycia, przy czym 14-kilometrowy wschodni podjazd jest bardziej regularny. Podczas gdy 17-kilometrowa ściana zachodnia ma łatwą pierwszą i ekstremalnie trudną drugą połowę. Ja zaplanowałem nam „szturm” na Mont du Chat od strony wschodniej, zaś na dokładkę podjazd pod Mont Revard znajdującą się na przeciwległym brzegu Lac de Bourget. Mając więcej dni do dyspozycji Mont du Chat (w wersji zachodniej) połączyłbym z wypadem na Grand Colombier – najtrudniejszy podjazd francuskiej Jury, znany z sierpniowego wyścigu Tour de l’Ain. Natomiast południowy Mont Revard przejechałbym w duecie z przełęczą Granier, położoną na północnym skraju masywu Chartreuse.
Dojazd do Aix-les-Bains mieliśmy wygodny. Tylko 62 kilometry w dużej mierze po autostradach – najpierw A-430, potem A-43 przez obrzeża Montmelian i Chambery, zaś w końcówce po regionalnej drodze D-1201. Stanęliśmy na parkingu przy Małej Przystani w Aix-les-Bains. Tego dnia słońce piekło niemiłosiernie musieliśmy więc znaleźć zacienione miejsce, zaś za szyby auta wsadzić maty termalne aby po kilku następnych godzinach nie wsiadać do „piekarnika”. Na starcie około godziny 11:20 mój licznik pokazywał temperaturę 35 stopni! Na szczęście po przejechaniu kilometra znaleźliśmy się na Bulwarze Dr Jeana Charcot, gdzie leciutka bryza znad jeziora schładzała powietrze do 31 stopni Celsjusza. Jadąc po płaskim terenie wzdłuż brzegów Lac de Bourget przejechaliśmy pierwsze 9 kilometrów. Najwyraźniej jednak nie odrobiłem zadania domowego z nawigacji, albowiem powiodłem nas na północ drogą D-1504, równolegle do zachodniego brzegu jeziora. Wkrótce szosa zaczęła się wznosić, co wziąłem za znany mi z profilu delikatny początek wzniesienia. Przed miejscowością Bourdeau dałem Darkowi sygnał do skrętu w lewo na wąską i urokliwą drogę w głąb masywu. Myśląc, że to Mont du Chat podjazd zacząłem z rezerwą, a mimo tego dość swobodnie jechałem z prędkością 14-16 km/h. Coś mi tu zaczęło nie pasować. Po kilometrze minął mnie francuski masters, ale nie skoczyłem za nim. Jechałem swoje sądząc że wkrótce spuchnie lub też jest o klasę lepszy ode mnie. Tymczasem minął drugi, trzeci i zaczął się czwarty kilometr od wspomnianego zakrętu, a stromizna wciąż była podejrzanie niska z maximum poniżej 9 %. Zagadka została rozwiązana, gdy dotarłem do szczytu, lecz nie Mont du Chat, a Col du Chat (634 m. n.p.m.) tzn. przełęczy leżącej 394 metry powyżej tafli jeziora. By na nią dotrzeć wystarczyło przejechać 6,94 kilometra o średnim nachyleniu ledwie 5,67 %. Zawróciłem i w drodze powrotnej „wpadłem” na Darka, po czym wspólnie jeszcze przez kilkanaście minut błądziliśmy po tym rewirze. Dopiero pracownik restauracyjki w La Chapelle-du-Mont-du-Chat wskazał nam właściwą drogę.
Zjechaliśmy zatem nad południowo-zachodni brzeg jeziora i po zatoczeniu łuku wjechaliśmy do centrum sennego Le Bourget-du-Lac od strony południowej. W końcu byliśmy u podnóża Mont du Chat (1504 m. n.p.m.). Pierwsze 1800 metrów o średnim nachyleniu 6,1 % wiodło jeszcze ulicami miasteczka. Po czym wymowny znak drogowy nakazał nam skręt w lewo i wyznaczył początek prawdziwej wspinaczki pod francuskie Mortirolo. W odróżnieniu od swego włoskiego odpowiednika ta „szatańska” góra ma bardziej zrównoważony charakter. Na odcinku 11,8 kilometra nachylenie wielokrotnie przekracza pułap 10%, lecz mimo bardzo wysokiej średniej tzn. 9,6 % maksymalna stromizna pikuje na poziomie „tylko” 14 % po przejechaniu 4,8 kilometra. Ta okoliczność ułatwia nieco zadanie śmiałkom, którzy porywają się na jej ujarzmienie, albowiem łatwiej zachować właściwy sobie rytm jazdy. Bez dwóch zdań jednak trzeba być naprawdę dobrze przygotowanym do tego wyzwania. Wąska szosa z licznymi zakrętami biegnie przez las niczym na szwajcarskiej Mont Tendre. Tu jednak lasek był rzadszy i suchszy przeto niespecjalnie chronił nas przed promieniami słońca. Dość powiedzieć, że jeszcze na wysokości 1100 metrów n.p.m. było 35 stopni! Niemniej udało mi się wytrzymać całą godzinę na wyrównanym poziomie, przy prędkości utrzymywanej na poziomie 10-12 km/h. Ostatecznie pokonanie całego wzniesienia o przewyższeniu 1264 metrów i długości 13,58 km zajęło mi 1 godzinę 10 minut i 49 sekund, z czego wyszła średnia prędkość 11,505 km/h i raczej średni w tych warunkach VAM 1070 m/h. Darek wykręcił czas o niespełna 5 minut gorszy tzn. 1 godzina 15 minut i 47 sekund. Na górze nie brakowało turystów, którzy uwagę swą skupiali na pobliskiej karczmie oraz punkcie widokowym na jezioro Bourget i masyw Revard. Na górze zabawiliśmy niemal pół godziny. Na bardzo technicznym zjeździe pomykaliśmy ostrożnie, nie więcej niż 45-50 km/h.
ZDJĘCIA

