DANE TECHNICZNE
Miejsce startu: Volano
Wysokość: 1308 metrów n.p.m.
Przewyższenie: 1130 metrów
Długość: 11 kilometrów
Średnie nachylenie: 10,3 %
Maksymalne nachylenie: 14,3 %
PROFIL
OPIS
Ciemne chmury postraszyły nas u góry, lecz wkrótce sprawa się wyjaśniła. Zjechaliśmy na sucho i w komfortowych warunkach termicznych. Nie śpieszyło nam się zbytnio z powrotem do auta. Poza tym tak górna jak i środkowa część zjazdu była zbyt wąska i kręta na szybką jazdę. Dodatkowo były tam też miejsca warte nieco dłuższego postoju. Dopiero na szerszej drodze poniżej Albaredo można się było swobodnie „rozwinąć” i bez trudu przekroczyć prędkość 70 km/h. Mój zjazd trwał przeszło godzinę, więc do samochodu dotarłem kilka minut po piętnastej. Od początku podjazdu pod Monte Finonchio znajdującego się na północnych obrzeżach Volano dzieliło nas jakieś 9 kilometrów. Wróciliśmy na szosę SS12, zaś kwadrans później po minięciu centrum wspomnianego miasteczka zatrzymaliśmy się w bocznej uliczce równoległej do „krajówki”. Adam niespecjalnie palił się do wspinaczki pod stromą Monte Finonchio. Miałem dla niego ciekawą alternatywę. To znaczy podjazd z Calliano na Passo Coe (1609 metrów n.p.m.) czyli górę pamiętną z wielkiego kryzysu Cadela Evansa na Giro d’Italia 2002. Wzniesienie niewątpliwie wymagające, lecz przynajmniej pozwalające na jazdę w równym rytmie. Z miejsca naszego parkowania do podnóża tej premii górskiej musiał przejechać tylko 2,5 kilometra. Czekał go podjazd o długości 19,4 kilometra ze średnim nachyleniem 7,3% i przewyższeniem 1420 metrów. Patrząc na te wymiary rzec można góra-bliźniak poznanej dopiero co Monte Zugna. Umówiliśmy się, że po „ujarzmieniu” naszej Monte Finonchio podjedziemy po niego do Calliano. Tam zaś poszukamy restaurację aby zjeść coś porządnego przed powrotem do bazy noclegowej. Tymczasem Adam ruszył ku swej górze jako pierwszy o 15:39. My dwie minuty później rozpoczęliśmy poszukiwania początku naszej wspinaczki. Wjechaliśmy na zaplecze miejscowej strefy przemysłowej i jadąc po płaskiej Via Salenghi wkrótce znaleźliśmy drogę na Monte Finonchio. Na zakręcie stała tablica, która rozwiewała wszelkie wątpliwości. Wystarczyło tylko rzucić okiem na zapisane na niej dane by przypomnieć sobie co nas tu czeka. Informacja ta odnosiła się jednak nie do całego szosowego podjazdu, lecz tylko jej części kończącej się przed Colonia Santa Maria Goretti. Tak czy owak 886 metrów do pokonania w pionie na dystansie 8,5 kilometra ze średnim nachyleniem 10,2% i max. 16% robiło wrażenie. Jak by tego było mało powyżej wspomnianej osady trzeba było pokonać dodatkowe 2,3 kilometra nadal trzymające na poziomie powyżej 10%.
Pierwsze metry tego podjazdu wiodły wśród upraw winorośli. Niemniej już za pierwszym wirażem tej górskiej drodze zaczął towarzyszyć las. Na starcie mieliśmy aż 31 stopni Celsjusza, więc każda odrobina cienia mogła się przydać. Mocno przejechana Monte Zugna sporo mnie kosztowała. Z kolei Monte Finonchio wyglądała na górę, która nie wybacza jakiejkolwiek słabości. Musiałem do niej podejść z należnym jej respektem. To znaczy zacząć wspinaczkę w umiarkowanym tempie i nie wyzbyć się resztek energii pozostałej mi po pierwszym z czwartkowych wzniesień. Tymczasem Romano zaczął ten podjazd naprawdę mocno. Musiałem więc szybko zdecydować. Starać się z nim utrzymać za wszelką cenę czy też jechać swoim tempem i ewentualnie złapać go później jeśli zbraknie mu sił. Dość szybko odpuściłem, lecz z mocnym postanowieniem by trzymać się na tyle blisko naszego lidera by nie znikł mi z pola widzenia. Pierwszy kilometr był nie najtrudniejszy czyli z nachyleniem około 8,5%, lecz już na drugim musieliśmy przejechać 500 metrów o średniej 12%. Po przejechaniu 2,2 kilometra minąłem strefę piknikową przy osadzie San Antonio. Przy drodze co 1000 metrów stały kolejne tablice. Zdradzały nam: ile kilometrów brakuje do końca opisanego odcinka, na jakiej wysokości się znajdujemy oraz jak stromy będzie najbliższy kilometr. Romek szybko odjechał na około 20 sekund, po czym zaczęło się „przeciąganie liny”. Po kilku kilometrach nawet zacząłem odrabiać straty. Jeśli wierzyć stravie pierwsze 6,8 kilometra na dojeździe do Fontana Fredda (bivio Moietto) Romano przejechał w 39:22 (avs. 10,4 km/h i VAM 1038 m/h), zaś ja w 39:28 (średnia ta sama, zaś VAM 1036 m/h). Niemniej to było już wszystko na co było mnie stać tego dnia. Wkrótce dopadł mnie nabyty przed rokiem w Południowym Tyrolu syndrom „siódmego kilometra”. Otóż po mocnym przejechaniu pierwszej góry, na drugiej (zazwyczaj bardziej stromej) starczało mi sił tylko na pierwsze siedem kilometrów. Tu było podobnie. Gdy już myślałem, że uda mi się złapać Romana i razem wjedziemy na szczyt osłabłem. Segment „Cronoscalata Volano – Monte Finonchio” o długości 8,4 kilometra przejechałem w 49:51 (avs. 10,2 km/h i VAM 1012 m/h). Natomiast mój kolega wykręcił na nim czas 48:35 (avs. 10,5 km/h i VAM 1039 m/h) czyli nadrobił nade mną 1:16. Z kolei Dario od początku nie czuł się dobrze, a do tego doszły jeszcze problemy z przerzutką. Szybko odpuścił. W pierwszym punkcie kontrolnym tracił do Romka 6:27, zaś na linii górskiej czasówki 8:17.
Co ciekawe na tej przeszło 8-kilometrowej trasie co roku organizowane są oficjalne zawody kolarskie. Dlatego też najlepsze wyniki są tu mocno wyśrubowane. Męski rekord czyli 30:58 ustanowiony został w sezonie 2008 przez Kolumbijczyka Leonardo Paeza (VAM około 1630 m/h). Jest to rezultat o przeszło półtorej minuty lepszy od najlepszego wyniku zarejestrowanego dotąd na stravie. Natomiast kobiecy rekord wynosi 38:41 i pochodzi z roku 2014. Jego autorką jest Włoszka Anna Ferrari. Niemniej nasza prywatna „imprezka” nie kończyła się na wysokości 1043 metrów n.p.m. czyli u wrót do Colonia Santa Maria Goretti. Chcieliśmy dojechać przynajmniej do końca szosowego odcinka. Przy czym wypada dodać, że owa górska droga już w swej gorszej (szutrowej) wersji dociera aż do schroniska wybudowanego na poziomie 1602 metrów n.p.m. Podjazd dał mi w kość, a tu trzeba było jeszcze wytrzymać przeszło dwa kilometry. Romano już dawno znikł mi z pola widzenia. Trzeba było mądrze gospodarować resztkami sił by dotrzeć do celu na przysłowiowej „rezerwie”. Łatwo nie było zważywszy na fakt, iż ostatnie kilometry wciąż trzymały na poziomie 10,5-11%. Niemniej udało mi się uniknąć większego kryzysu. Do kresu szosy dotarłem po przejechaniu 11,1 kilometra w czasie 1h 05:11 (avs. 10,2 km/h). Romano na tym samym odcinku wykręcił czas 1h 03:47. Z kolei Dario z czasem zupełnie się wyluzował. Trudy tej stromej wspinaczki postanowił sobie osłodzić głosem Kylie Minoque i tak z koncertem australijskiej wokalistki na słuchawkach dotarł do szczytu w czasie 1h 14:16. Na szczycie w pobliżu leśnej ścieżki do osady Gelmi zabawiliśmy razem niespełna 10 minut. Oczywiście trzeba było zrobić pamiątkowe zdjęcie. Niemniej nie za bardzo było tam co oglądać. Poza tym atakowały nas jeszcze natrętne muchy. Parę minut po siedemnastej zacząłem zjeżdżać. Około 17:40 byliśmy już wszyscy trzej przy samochodzie i zgodnie z planem podjechaliśmy do Calliano. Tam zatrzymaliśmy się na obiad w Ristorante Jolly. Darek jak zwykle zamówił pizzę. Tym razem nie z serami, lecz z szynką parmeńską. Ja miałem ochotę na coś bardziej swojskiego. Zażyczyłem sobie frytki z kotletem. Jego wielkość mnie zadziwiła. Zjechał do nas Adam, który ostatecznie nie dotarł jednak na Passo Coe. Swoją drugą wspinaczką zakończył po niespełna 16 kilometrach na Passo Sommo (1343 m. n.p.m.). Tym niemniej i tak owego dnia zrobił w pionie jak i poziomie nieco więcej od nas. Ja na ósmym etapie przejechałem w sumie 58,5 kilometra z łącznym przewyższeniem 2455 metrów.
GÓRSKIE ŚCIEŻKI
https://www.strava.com/activities/680943024
https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/680943024
ZDJĘCIA

