Monte Lesima

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Pianostano

Wysokość: 1724 metry n.p.m.

Przewyższenie: 944 metry

Długość: 10,9 kilometra

Średnie nachylenie: 8,7 %

Maksymalne nachylenie: 19 %

PROFIL

OPIS

Szesnasty etap naszej podróży podobnie jak dwa wcześniejsze odcinki został okrojony. Moje optymistyczne plany nie wytrzymały próby czasu. Początkowo na trasie z Genui do osady Mandrola w pobliżu Rivergaro chciałem przejechać trzy wzniesienia. Do tego każde w innym regionie. Wedle prowizorycznych założeń niedługo po starcie mieliśmy się zatrzymać w Campomorone by na pożegnanie Ligurii wjechać na Passo della Bocchetta (772 m. n.p.m.). Następnie podczas krótkiej „przeprawy” przez południową Lombardię mieliśmy wspiąć się z Pianostano na Monte Lesima (1711 m. n.p.m.). Na koniec czekać nas miał najdłuższy z całej trójki podjazd na Penice Vetta (1460 m. n.p.m.) od strony Bobbio w regionie Emilia-Romagna. Ot przystawka i dwa dania główne. Ostatecznie z tak ambitnego programu na piątek 4 lipca wypadła nam pierwsza góra. Tym niemniej ta decyzja była trudniejsza niż mogłoby się to wydawać na bazie prostego porównania wysokości owych trzech wzniesień. Bocchetta to podjazd niski i stosunkowo niedługi, lecz całkiem interesujący. Po pierwsze dość trudny, gdyż ma 8,5 kilometra długości o średnim nachyleniu 7,7 %. Po drugie jest kluczową premią górską na trasie Giro dell’Appennino. Prestiżowego semi-klasyku rozgrywanego od roku 1934. Właśnie z tego drugiego względu zdobycie owej górki byłoby dla nas cennym skalpem. Szczególnie podczas wyprawy, której wyłącznym tematem były Apeniny. Mimo to przy podjęciu decyzji argumenty geograficzne przeważyły nad historycznymi. Wybrałem Monte Lesima i Penice Vetta, gdyż pod względem sportowym (fizycznym) były one dla nas większym wyzwaniem. Przed godziną jedenastą ruszyliśmy w drogę. Początkowo nic nie wskazywało na to, iż będzie to najtrudniejszy z naszych samochodowych odcinków. Mieliśmy do przejechania 93 kilometry. Pierwsza część transferu na drodze A7 minęła nam szybko i sprawnie. Kłopoty zaczęły się gdy już na terenie Piemontu przyszło nam zjechać z tej autostrady, co uczyniliśmy na wysokości Vignole-Borbera. Dalsza część dojazdu po szosach SP40 i SP48 to już była istna „golgota”. Taki nasz prywatny Dakar Rally. Droga była nie tylko kręta i wąska, lecz nierzadko dziurawa, a nawet szutrowa. W dodatku prowadziła w terenie jakby zapomnianym przez Boga i ludzką cywilizację, więc każdy defekt samochodu mógł nas tu drogo kosztować. Psuła się pogoda, zaś tuż przed końcem trzeba było jeszcze sforsować 17-kilometrowy podjazd z Cabella Ligure na Capanne di Cosola (1496 m. n.p.m.).

Po zjechaniu do Pianostano już byłem zmęczony, choć na rowerze nie zrobiłem ani kilometra. Dario całą tą podróż przeżył na fotelu pilota, więc wyszedł z niej na wpół żywy. Nie czuł się na siłach by wsiąść na rower. Postanowił odreagować te przeżycia za pomocą ukrytych w swym telefonie multimediów. Monte Lesima wolał spisać na straty. Takty ulubionej muzyki lub jakiś ciekawy film miały go postawić na nogi przed wyprawą na Penice Vetta. Ja mimo zmęczenia postanowiłem nadać sens przebytej właśnie drodze przez mękę. Pianostano czyli wioska, w której się zatrzymaliśmy leży na terenie rejonu Oltrepo Pavese. To południowe kresy lombardzkiej prowincji Pavia, jedynego fragmentu Lombardii, który zahacza o Apeniny. Ten najludniejszy i najbogatszy region Włoch kojarzy się chyba wszystkim z Alpami, kilkoma jeziorami polodowcowymi oraz Niziną Padańską. Kolarskim kibicom przywodzi na myśl dwa klasyczne monumenty, niebotyczne podjazdy pod Stelvio i Gavię, mordercze Mortirolo oraz piękne dla oka wzniesienia wokół Lago di Como. Tymczasem okazuje się, że powspinać się można także na przeciwległym krańcu tej krainy. Według legendy Monte Lesima (łac. „lesa manus”) zawdzięcza swą nazwę temu, iż właśnie w tych stronach ranny w rękę został Hannibal. Słynny wódz Kartagińczyków zmierzających na podbój Rzymu. Giro d’Italia nigdy nie zajrzało na tą górę, ani też na pobliskie wzniesienia Pian dell’Arma (1470 m. n.p.m.) czy Passo di Giova (1371 m. n.p.m.). Niemniej bywało z wizytą w kilku miejscowościach na terenie Oltrepo czyli położonych po południowej stronie Padu. W 1977 roku jeden z etapów zakończył się nawet w Varzi, miasteczku leżącym ledwie 16 kilometrów od Pianostano. Odcinek ten wygrał mało znany Włoch Giancarlo Tartoni. Wyścig Dookoła Włoch zajrzał też do Voghery i Stradelli, zaś w leżącym między nimi Broni zamieszkał po zakończeniu swej błyskotliwej, acz krótkiej kariery Rosjanin Jewgienij Bierzin, zwycięzca Giro i Liege-Bastogne-Liege z sezonu 1994. Na profilu znalezionym w przepastnym „archivio salite” podjazd pod Monte Lesima zdaje się zaczynać w Casanova Staffora. Niemniej ten 8-kilometrowy fragment wzniesienia ma skromne nachylenie 2,8 %. Tak łatwy wstęp do właściwej wspinaczki już zawczasu postanowiłem sobie odpuścić.

Gdy o godzinie 13:05 ruszałem pod górę było ciepło (25 stopni Celsjusza), lecz zbierało się na burze. Już po przejechaniu 130 metrów musiałem sobie zrobić pierwszy przystanek, gdyż eksplodował mój bidon. Szosa była chropowata, a ja bezmyślnie nalałem sobie do kolarskiej manierki wodę gazowaną. Bidonu nie dałem rady naprawić na miejscu, więc zostawiłem go na poboczu aby zabrać w drodze powrotnej. Pierwszy kilometr podjazdu zaczynającego się na drodze SP131 był trudny, bo miał średnio 8,9 %. Pod koniec drugiego kilometra dojechałem do Cencerate i na wysokości restauracji Rossi zamiast skręcić w prawo pojechałem prosto. Tym razem błąd kosztował mnie niewiele. Po przejechaniu 270 metrów musiałem się zatrzymać gdyż wybrana przez mnie ścieżka skończyła się na skraju wioski. Wracając zatrzymałem się przed restauracją i wszedłem do środka, aby zapytać jej bywalców o właściwą drogę. Pewien starszy jegomość wskazał mi właściwy kierunek, lecz szczerze odradzał dalszą wspinaczkę spodziewając się rychłego nadejścia ulewy. Postanowiłem jednak zaryzykować i zobaczyć jak daleko uda mi się zajechać. W razie takiej potrzeby zawsze przecież mogłem zawrócić. Na razie nie wydawało mi się to jeszcze konieczne. Przejechałem kolejne 500 metrów po czym skręcając w prawo wybrałem boczną ścieżkę w kierunku miejscowego cmentarza. Następny odcinek o długości niemal pięciu kilometrów doprowadził mnie do drogi SP88. Pierwsze 7,15 kilometra tego podjazdu ma średnio 8 %. Z tego miejsca w lewo odchodzi szlak na Cima Colletta (1379 m. n.p.m.), lecz aby dojechać na Monte Lesima musiałem wybrać opcję prawą czyli kierunek Passo di Giova. Następne 2150 metrów okazało się najłatwiejszym fragmentem całego wzniesienia o średniej 5,8 %. To była jednak przysłowiowa „cisza przed burzą”. Przejechawszy niespełna 10 kilometrów (wliczając zbędne 540 metrów) spostrzegłem odchodzącą w lewo „ściankę wspinaczkową”. To znaczy początek ekstremalnego finału o długości 1900 metrów i średnim nachyleniu 12,9 % i to pomimo 300-metrowego wypłaszczenia za wzgórzem Monte Tartago. Maksymalna stromizna czyli 19 % uderza tu od razu, zaś pierwsze 1200 metrów ma średnio 15 %. Wrzuciłem przełożenie 34 x 27, ale i to nie pomogło. Szosa była nie tylko mokra, ale też kiepskiej jakości. Nie miałem sposobu na pokonanie tego „muro”. Gdy stawałem w pedałach ślizgało się tylne koło. Gdy przysiadłem to z kolei do góry podrywało się kółko przednie. Do tego jeszcze trzeba było omijać liczne dziury. Tak czy owak traciłem równowagę.

Dlatego za trzecim podejściem postanowiłem przejść pierwsze metry tej ścianki, aby spróbować ponownego startu na pierwszym napotkanym wirażu. W ten sposób zrobiłem sobie około 200 metrów spaceru zanim ponownie wystartowałem. Udało mi się pokonać najdłuższą ze stromizn oraz uniknąć ataku pasterskiego pieska. Już „witałem się z gąską”, lecz wyjechawszy zza ostatniego zakrętu ujrzałem żywą blokadę, która powstrzymała mnie przed dotarciem do samego szczytu. Na łące po obu stronach drogi jak i na samej szosie rozlokowało się stado krów. Stanąłem na początku finałowej stromizny i czekałem aż przerzedzą się szeregi mego niespodziewanego przeciwnika. Tymczasem zrobiłem pierwsze zdjęcia. Jak się okazało w samą porę, gdyż niebawem naszła chmura i widoczność spadła do kilkunastu metrów. Gdy wyczułem okazję podjechałem jeszcze ze sto-kilkadziesiąt metrów, ale nie zaryzykowałem bezpośredniego starcia z maruderami pozostałymi na drodze. W ten sposób nie dojechałem do bramy okalającej wierzchołek góry. Za bramą znajduje się radar należący do urzędu kontroli lotnictwa. Za sprawą pomyłki na ulicach Cencerate i krótkiego spaceru na początku finałowego odcinka nie mogłem zarejestrować swojego czasu z całej góry na „strava.com”. Z zestawienia trzech odcinków (1,8 + 7,3 + 1,8) wynika, że podjeżdżałem przez 10,9 kilometra w łącznym czasie 51:08 (avs. 12,7 km/h). Według oficjalnych danych ten podjazd ma 11,2 kilometra o średniej 8,4 %. Przygoda nie skończyła się jednak wraz z końcem wspinaczki. Już na samym początku zjazdu zdałem sobie sprawę, że przedni hamulec w zasadzie nie działa. Obręcze były mokre, zaś klocki hamulcowe zabrudzone. Na domiar złego odkryłem, że tylna opona mocno się przetarła i w każdym momencie grozi mi przebicie dętki. W tym stanie rzeczy nie mogłem ryzykować zjazdu po stromym odcinku. Znów czekał mnie spacerek, ale żeby oszczędzić bloki do pedałów postanowiłem ściąć drogę w paru miejscach schodząc trawiastym zboczem. Dopiero po dotarciu do drogi SP88 ponownie wskoczyłem na rower. Jadąc ostrożnie dotarłem bezpiecznie na sam dół. Opony Continental 4000s poddałem ciężkiej próbie już na Monte Subasio i Croce Arcana. Teraz tylna guma, choć była w stanie niemal agonalnym oddała mi ostatnią przysługę. Do samochodu zjechałem około 15:20.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/167654660

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/167654660

ZDJĘCIA

Monte Lesima_001

Zdjęcie 1 z 25