DANE TECHNICZNE
Miejsce startu: Quincinetto
Wysokość: 1809 metrów n.p.m.
Przewyższenie: 1527 metrów
Długość: 15,7 kilometra
Średnie nachylenie: 9,7 %
Maksymalne nachylenie: 14,3 %
PROFIL
OPIS
Po trzech dniach z coraz gorszą pogodą w końcu doczekaliśmy się jej poprawy. Piątek zapowiadał się całkiem nieźle, zaś weekend jeszcze lepiej. Sugerując się takimi prognozami rozpisaliśmy sobie program na trzy ostatnie dni naszej wyprawy. Najlepsze warunki mieliśmy mieć w niedzielę, więc tego dnia postanowiliśmy zdobyć najwyższy z wyznaczonych sobie celów czyli Colle del Nivolet. Dzień wcześniej główną atrakcją miała być dobrze znana z Giro d’Italia szutrowa Colle delle Finestre. Tym samym w piątek nie pozostało nam już nic innego jak ruszyć na północ ku podjazdom pod Monte Scalaro (1450 m. n.p.m.) i Alpe Buri (1525 m. n.p.m.). Z tego co wiem żadna z nich nie została jeszcze odkryta przed organizatorów profesjonalnych wyścigów. Tym niemniej na pobliskim Piani di Tavagnasco zakończył się jeden z etapów Giro delle Valle d’Aosta 2012 wygrany przez Fabio Aru. Sardyńczyk wyprzedził na tym odcinku innych współczesnych „profich” tzn. Manuela Boungiorno i Davide Formolo. Jakkolwiek stosunkowo niewysokie oba te wzniesienia zapowiadały się bardzo ciekawie. Czekała nas ciężka przeprawa na dwóch bliźniaczo podobnych wzniesieniach. Według danych ujawnionych na stronie zanibike.net (archivio delle salite d’europa) wspinaczka pod Monte Scalaro to 13 kilometrów o średnim nachyleniu 8,9% i przewyższeniu 1159 metrów. Z kolei podjazd pod Alpe Buri to 14 kilometrów o identycznej stromiźnie i amplitudzie 1242 metrów. Jednym słowem na dystansie ledwie 54 kilometrów mieliśmy mieć do zrobienia jakieś 2400 metrów przewyższenia. Ta pierwsza góra przez autorów „archivio salite” została wyceniona na 1105, zaś druga nawet na 1173 punkty. Te suche dane niewiele wyjaśniają. Dlatego godzi się wspomnieć jak w tej samej skali wypadają niektóre spośród najbardziej znanych podjazdów „używanych” na trzech Wielkich Tourach. Kultowe L’Alpe d’Huez oceniono tu na 913, Covadongę na 935, Fedaię-Marmoladę na 966, zaś Tourmalet na 1013 w wersji wschodniej i 1076 punktów w nieco trudniejszej opcji zachodniej. Tymczasem ruszając na start trzynastego etapu miałem w nogach 90 kilometrów z poprzedniego dnia, zaś Darek dla kontrastu dobę pełnej regeneracji. Mając to na uwadze zastanawiałem się ile może mnie kosztować czwartkowa wycieczka do krainy deszczowców. To znaczy czy będę w stanie nadążyć za swym wypoczętym kompanem. Tym bardziej, że strome premie górskie to teren wymarzony dla kolarza o sylwetce rasowego górala.
Gościnne progi Apartamento Mercedes opuściliśmy dopiero po wpół do jedenastej. Nie musieliśmy się zanadto śpieszyć bowiem od podnóża pierwszej góry czyli miasteczka Quincinetto (vel Quisne w dialekcie piemonckim) dzieliło nas 60 kilometrów do pokonania niemal w całości po drogach szybkiego ruchu. Tym razem z turyńskiej obwodnicy zjechaliśmy wcześniej niż zwykle kierując się na Aostę. To znaczy wybierając autostradę A5. Jakkolwiek nie mieliśmy w planach opuszczać Piemontu to postój wypadał nam niemal na pograniczu z miniaturowym regionem Valle d’Aosta. Po zjeździe z autostrady wjechaliśmy na Via 4 Novembre i po przejechaniu kilkuset metrów w kierunku południowym zatrzymaliśmy się na wielkim żwirowym placu w pobliżu Via Scalaro. Pomimo sporej przestrzeni i tak musieliśmy poszukać sobie miejsca na skraju tego parkingu, albowiem miejsce to spełniało rolę placu manewrowego dla wielkich ciężarówek. Wystartowaliśmy przy słonecznej pogodzie o godzinie 11:44, lecz po chwili Dario zawrócił do naszego wozu technicznego by ostatecznie ruszyć pod górę o 11:50. Tym samym na Monte Scalaro mogłem sobie zrobić co najwyżej górską czasówkę. Według danych zarejestrowanych na stravie start tej wspinaczki znajdował się na wysokości 282 metrów n.p.m. Na początek blisko 600 metrów po prostej. Potem pierwszy wiraż, następnie szeroki łuk w prawo i po przejechaniu 850 metrów już byłem w lesie. Jak widać na załączonym obrazku podjazd ani na moment nie odpuszczał. Niemal cały czas trzymał na poziomie powyżej 8%, zaś cały drugi kilometr miał średnie nachylenie aż 10,8%. Trasa była kręta. Autor wpisu ze strony salitomania.it na 13 kilometrach tego wzniesienia naliczył aż 34 wiraże. Wydawało mi się, że nie mam najlepszego dnia. Męczyłem się, ale miałem ku temu dobre powody. Po prostu góra była bardzo trudna. Po zapoznaniu się z jej profilem utkwił mi w głowie przede wszystkim żółty kolor. Dlatego zacząłem odważnie. Szło mi ciężko, ale jechałem na swych wysokich obrotach. Dolny odcinek o długości 6,2 kilometra przy średniej 9% pokonałem w 31:20 (avs. 11,9 km/h i VAM 1131 m/h). Ten segment kończy się na wysokości Ristoro Alpino przy osadzie Santa Maria. Liderem jest czyniący obecnie szybkie postępy w zawodowym peletonie Louis Vervaeke z Lotto-Soudal. W sezonie 2012 jeszcze jako 19-letni młodzieżowiec młody Belg przejechał ten segment w ledwie 25:42.
W górnej połowie wzniesienia jechałem równie mocno. Zaraz po minięciu bocznej drogi do wioski Lechia (7 km) rozpoczyna się najtrudniejszy fragment „oficjalnej” wersji tego podjazdu. Następne półtora kilometra trzyma na średnim poziomie 11,2%, zaś maksymalna stromizna pod koniec ósmego kilometra sięga aż 15%. Po przejechaniu 8,8 kilometra przejechałem na prawy brzeg Rio Renanchio, która bynajmniej nie przypomina rzeki lecz wartki górski potok. Najtrudniejsza część zakładanej wspinaczki skończyła się na wysokości Agriturismo „Le Capanne” (11,3 km). Na stravie zaznaczono segment od Santa Maria o długości 5,1 kilometra przy średniej 10%. Przejechałem ten fragment wzniesienia w 26:50 (avs. 11,5 km/h i VAM 1173 m/h) czyli w poziomie nieco wolniej, zaś w pionie nawet szybciej niż dolną połówkę. W teorii z tego miejsca końca podjazdu miało nam pozostać ledwie półtora kilometra. Najpierw 500 metrów dość solidnej wspinaczki, następnie równie długie falsopiano i na sam koniec półkilometrowy odcinek delikatnie w dół do wioski Scalaro. Tymczasem jakieś 800 metrów za wspomnianą agroturystyką czekała na mnie interesująca niespodzianka. Zamiast jechać na wprost ku Area Picnic Scalaro mogłem wziąć wiraż w lewo i kontynuować wspinaczkę w nieznane na drodze niewidzialnej dla google-maps. Ciekaw byłem jak wysoko mnie doprowadzi. Przejechałem kolejne 1400 metrów i dotarłem do osady Alpe Fuma’ Inferiore (13,5 km), ale na tym nie koniec. Odbijając w prawo wjechałem na węższą dróżkę do Fuma’ Superiore (14 km). Dojechawszy tam byłem już na wysokości 1600 metrów n.p.m. Pomimo tego asfaltowa ścieżka wciąż wiła się przede mną. Brnąłem więc dalej przed siebie mijając kolejne gospodarstwa pasterskie: Alpette (14,3 km) i Cavanna Nouva (14,8 km). W końcu dotarłem do Vancale (15,4 km) gdzie asfalt był niemal brązowy po przejściu stadka krów. Musiałem jechać slalomem, nie tyle z powodu sporej stromizny co chcąc uniknąć poślizgu na świeżym nawozie. Minąłem to gospodarstwo, po chwili wziąłem ciasny zakręt w lewo i jakieś 120 metrów dalej w końcu się zatrzymałem, gdyż pod kołami skończył mi się asfalt. Co prawda w oddali pośród chmur majaczył jeszcze jakiś zagubiony odcinek asfaltu, lecz nie chciało mi się już sprawdzać czy aby wzrok mnie nie zawodził ze zmęczenia.
Tym samym zakończyłem swoją wspinaczkę na wysokości 1809 metrów n.p.m. po przejechaniu 15,7 kilometra w czasie 1h 20:18 (avs. 11,7 km/h). Mój podjazd pod Monte Scalaro + Alpe Vancale miał przewyższenie aż 1527 metrów. Biorąc pod uwagę uzyskany czas wykręciłem tu VAM na poziomie 1141 m/h. Przyznam, że nie przypuszczałem, iż stać mnie jeszcze na taki wyczyn. Owszem przed kilku laty na odpowiednio stromych premiach górskich potrafiłem nawet przeskoczyć pułap 1200 m/h. Niemniej działo się to na znacznie krótszych podjazdach typu Cuvignone czy Kitzbuheler Horn (Alpenhaus), których pokonanie zajmowało mi 40 czy 50 minut. Tymczasem na dotarcie do Alpe Vancale potrzebowałem aż 80 minut co oznacza, że musiałem kręcić z podobną mocą niemal dwa razy dłużej. Darek na tej górze nie ujawnił pełni swych możliwości. Po przejechaniu 12 kilometrów również skusił się na dalszą wspinaczkę w nieznane. Co więcej przebrnął nawet odcinek gruntowej drogi powyżej Vancale i wjechał na dodatkowy odcinek szosy. Zatrzymał się dopiero na ostatecznym krańcu tej asfaltowej drogi przy znakach wskazujących pieszy szlak na pobliski szczyt Cima Battaglia. Tym samym Dario dotarł na wysokość aż 1842 metrów n.p.m. pokonawszy 16,2 kilometra w czasie netto 1h 38:42 (avs. 9,9 km/h). Ze stravy wynika, iż mało kto zabrnął na tej górze równie daleko co my. Dla przykładu na najdłuższym z moich segmentów o długości 15,2 kilometra zanotowano wyniki tylko dziewięciu osób. Można powiedzieć, że na razie tu rządzimy. Ja uzyskałem na nim czas 1h 18:57 (avs. 11,6 km/h i VAM 1144 m/h) zaś Darek 1h 32:08 (avs. 10,0 km/h i VAM 980 m/h) co daje nam pierwsze i trzecie miejsce na tej bardzo krótkiej liście rankingowej. Na profilu mojego kolegi strava zapisała wynik z jeszcze dłuższego odcinka o długości 15,7 kilometra. Przed Darkiem cały ten segment pokonały tylko dwie osoby. Aby jakoś sensownie porównać się z innymi cykloamatorami musieliśmy zerknąć niżej czyli na wyniki z segmentu obejmującego klasyczną wersję podjazdu pod Monte Scalaro. Na odcinku 12,1 kilometra od startu w Quincinetto do wirażu na wysokości Area Picnic Scalaro zarejestrowano wyniki 82 osób. Ten fragment wzniesienia pokonałem w czasie 1h 01:24 (avs. 11,9 km/h i VAM 1091 m/h) co dało mi 11 miejsce. Darek uzyskał na nim 33. wynik czyli 1h 10:14 (avs. 10,4 km/h i VAM 954 m/h). Po ledwie paru minutach rozpocząłem zjazd do Quincinetto. Jadącego z naprzeciwka Darka spotkałem jakieś półtora kilometra za Alpe Vancale.
GÓRSKIE ŚCIEŻKI
https://www.strava.com/activities/394998952
https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/394998952
ZDJĘCIA

