Monte Zoncolan & Sella di Razzo

W połowie drugiego tygodnia przyszedł w końcu czas na starcie z zachodnim Monte Zoncolan (1730 m. n.p.m.) czyli przetestowanie swych wątłych sił na najtrudniejszej górze kolarskiej Europy. Po udanej wyprawie na Monte Crostis byłem optymistycznie nastawiony do konfrontacji ze słynną ścianą z Ovaro. Wspinaczką o długości 10,2 kilometra przy średniej 11,8 %. To niezbyt wysokie, ani tym bardziej długie, wzniesienie dzięki swej niebywałej stromiźnie szybko stało się legendą w kolarskim światku. Jak dotąd stanowi ono kulminacyjny punkt trwającej od ponad dwóch dekad włosko-hiszpańskiej wojny na procenty. Giro i Vuelta od zarania dziejów żyją się w cieniu wielkiego Tour de France. Nie mogąc przeskoczyć starszego brata pod względem rozmachu, prestiżu czy obsady zapragnęły go pobić na otwartym polu kolarskiej geografii. W 1991 roku Włosi pokazali światu gorsze oblicze Mortirolo. Osiem lat później Hiszpanie przebili tą ofertę za sprawą Alto de Angliru. Ripostą Włochów na podjazd z Asturii był właśnie Zoncolan. Do dnia dzisiejszego czterokrotnie pojawił się na trasie Giro d’Italia. Za pierwszym razem „zrobiono go” od łatwiejszej wschodniej strony, zaś przy trzech kolejnych okazjach już od zachodu. Zarówno w 2003 jak i 2007 roku pierwszy na mecie etapu był znakomity włoski góral Gilberto Simoni. Za pierwszym razem „Gibo” wyraźnie wyprzedził swych dwóch rodaków: o 34 sekundy Stefano Garzellego i o 39 Francesco Casagrande. Natomiast cztery lata później wjechał na szczyt w towarzystwie kolegi z drużyny Leonardo Piepolego dystansując o skromne 7 sekund rewelacyjnego 22-latka z Luksemburga Andy Schlecka. W roku 2010 prawdziwy popis jazdy dał Ivan Basso, który o minutę i 19 sekund wyprzedził Australijczyka Cadela Evansa oraz o półtorej Michele Scarponiego. Natomiast w sezonie 2011 czołowym kolarzom Giro urwał się Bask Igor Anton. Góral z ekipy Euskaltel wyprzedził o 33 sekundy lidera wyścigu Hiszpana Alberto Contadora oraz o 40 faworyta gospodarzy Vincenzo Nibalego.

Jako się rzekło Darek miał już Zoncolan w nogach i to w podwójnej dawce. Dlatego mógł sobie pozwolić na relaks do południa albo i dłużej. Natomiast ja w towarzystwie Adama i Piotra wyjechałem na szosę m/w kwadrans po dziesiątej. Podjechaliśmy do styku szosy SR 355 z prowadzącą na Zoncolan drogą SP 123. Po chwili postoju poświęconej na ustawienie liczników ruszyliśmy do boju. Adam od razu wysforował się do przodu. Na dojeździe do Liariis starałem się jechać równym tempem na przełożeniu 39 x 28 utrzymując stratę 10-15 metrów do naszej gazeli. Piotr od początku zamykał doborową stawkę trójmiejskich górali. Pierwsze 1700 metrów na tej górze ma średnio 8,5 %, acz ponad półkilometrowy odcinek między kościołem w Lenzone (0,55 km) a mniejszym Chiesetta del Carmine (1,1 km) trzyma na poziomie 11,3 %. Po wjechaniu do Liariis skręca się w prawo i przez 500 metrów jedzie się niemal po płaskim. W tym miejscu dogoniłem Adama, który bynajmniej mi nie uciekał. Mieliśmy dosłownie minutkę by wziąć głębszy oddech przed tym co miało nastąpić. Po przejechaniu 2,2 kilometra minąwszy ostatni kamienny dom po lewej stronie drogi dojeżdża się do zwężenia drogi. Odtąd na szczyt prowadzi 8-kilometrowa ścieżka o ledwie trzymetrowej szerokości. Jej pierwsze sześć kilometrów kończące się przy skręcie ku Malga Pozof (1569 m. n.p.m.) ma średnie nachylenie aż 14,9 %, przy max. 20 %! Już pierwsza prosta pozbawia złudzeń i zmusza do wrzucenia najlżejszego z przełożeń czyli w moim przypadku oryginalnej kombinacji 39×32. Na pierwszych 500 metrach średnia stromizna wynosi 15,6 %. Na kolejnym kilometrze waha się na nieco niższym poziomie 13,4-13,8 %. Na całej długości drogi co kilkaset metrów ustawiono tablice ze zdjęciami legend kolarstwa szosowego.

Na dole wszystkich śmiałków wita Ottavio Bottecchia, za nim na cierpiących amatorów kolarstwa spoglądają: Alfredo Binda (500 m), Louison Bobet (1000 m), Charly Gaul (1300 m), Federico Bahamontes (1500 m), Jacques Anquetil (1900 m), Felice Gimondi (2500 m), Eddy Merckx (3100 m), Francesco Moser (3500 m), Bernard Hinault (4000 m), Giuseppe Saronni (4500 m), Gianni Bugno (5000 m), Miguel Indurain (5700 m), Marco Pantani (6800 m), pomiędzy tunelami czai się Fiorenzo Magni (7100 m), zaś powyżej nich stoją jeszcze: Gino Bartali (7300 m), Fausto Coppi (7500 m) i Simoni (7600 m). Wspinamy się więc istną aleją gwiazd. Dodać jednak trzeba, że poza „Gibo”, żaden z wyżej wymienionych mistrzów nie napotkał na swej drodze do sławy tego makabrycznego podjazdu. Przyznam, że tempo swego wycieniowanego kompana wytrzymałem tylko przez kilkaset metrów. Trzynaście kilogramów różnicy szybko dało tu o sobie znać. Nie było sensu, ani też chyba szans, trzymać się dłużej jego koła. Musiałem rozpocząć własną walkę z grawitacją. Tym niemniej już na wysokości Bahamontesa miałem poważne wątpliwości czy sobie poradzę. Pozostało mi tylko przepychać pedały i liczyć na to, że jakoś to będzie. Tymczasem już sto metrów za „Orłem z Toledo” na wysokości drzeworytu z obliczem św. Antoniego (3,8 km) zaczynał się jeden z najtrudniejszych fragmentów wspinaczki czyli 750 metrów o średnim nachyleniu 19,5 %! W tych warunkach ciążył mi każdy z moich 75 kilogramów, szczególnie te dwa-trzy ostatnie, które można było realnie zrzucić przy poważniejszym treningu na wiosnę. Tym niemniej przetrwałem tą ciężką próbę i w nagrodę mogłem odrobinę odpocząć na znacznie łatwiejszym odcinku 250 metrów o średniej „tylko” 8,4 %. Wraz z końcem piątego kilometra ustabilizowałem oddech, złapałem właściwy sobie, czyli w tych warunkach żółwi, rytm i zacząłem nawet odczuwać swego rodzaju masochistyczną radość z jazdy. Nadal było piekielnie ciężko, ale już wiedziałem że wytrwam do końca tzn. nie postawię stopy na szosie i pokonam tego „potwora”.

Czekały na mnie jeszcze dwie super-strome ściany a’la Zonco. Najpierw między Gimondim a Merckx’em 600 metrów o średniej 17,3 % i następnie między Hinault a Saronnim 400 metrów o średniej 20,3 %! Po minięciu tablicy z wizerunkiem Beppe do końca środkowej części wzniesienia zostało jeszcze półtora kilometra. Niemniej bez przesadnych stromizn czyli z maximum rzędu 14 %. Po wcześniejszych ściankach takie kilkanaście procent nie robiło już większego wrażenia. Na szóstym kilometrze napotkałem wypisane na szosie nazwiska i numery startowe naszych dwóch doborowych górali. Niżej widziałem też bardziej efektowne dzieło czeskich kibiców czyli pająka krzyżaka z podpisem Kreuziger. Za bivio Malga Pozof było już znacznie „łatwiej”. Finałowy fragment Zoncolanu pod względem stromizny nie różni się bowiem od setek innych alpejskich podjazdów. Przedostatni kilometr ma średnio tylko 7 %, zaś ostatni rozpoczynający się przejazdem przez trzy krótkie tunele również nie trzyma standardów tej góry wobec przeciętnej 9,1 %. Tunele pomimo, że krótkie są ciasne i mokre, a przede wszystkim tak ciemne, że można w nich stracić orientacje, gdzie się człowiek znajduje. W jednym z nich straciłem równowagę i musiałem wypiąć nogę z pedałów aby się podeprzeć. Na szczyt wjechałem w czasie 1h 09:49 czyli z przeciętną ledwie 8,765 km/h przy VAM 1035 m/h. Dla porównania Adam wyrobił się w czasie 1h 04:05, Piotr który ścigał mnie dzielnie w dolnej połowie podjazdu 1h 11:45, zaś Darek dzień wcześniej potrzebował 1h 29:41. Niedługo po nas na szczyt wjechał Nicolo drugoroczny junior z regionu Friuli, który wyrobił się w czasie 56 minut. Myślę, że będąc w optymalnej formie mógłbym pojechać na poziomie zbliżonym Adama. Cztery lata wcześniej od strony Sutrio dotarłem na szczyt w czasie 1h 05:42, a tamten podjazd choć minimalnie mniejszy jest wyraźnie dłuższy, gdyż liczy sobie 13,45 kilometra. Na górze pokręciliśmy się trochę po placu z widokiem na Monte Crostis (2251 m. n.p.m.) po północnej stronie i Monte Arvenis (1968 m. n.p.m.) na południu. Zrobiliśmy zdjęcia na tle pomnika i tablicy, po czym spokojnie z licznymi przystankami zjechaliśmy do Ovaro na półgodzinną przerwę w Casa „In Clementa”.

ZDJĘCIA

MONTE ZONCOLAN W

Zdjęcie 1 z 30