Po relatywnie lekkim wtorku nie zamierzałem się już więcej oszczędzać. Tym bardziej, że 22 lipca mieliśmy pełen dzień do naszej dyspozycji. Wykorzystanie samochodu na niedługi dojazd otwierało zaś przed nami kilka ciekawych alternatyw przy wyborze trasy dziesiątego etapu naszej letniej przygody. Podobnie jak w Sabaudii zwiedzanie rejonu postanowiłem zacząć od wypadu na północ. W tych okolicach interesowały mnie dwa wzniesienia. Na przystawkę podjazd pod przełęcz Montgenevre, zaś jako danie główne znacznie trudniejsza wspinaczka na przełęcz Granon. Pierwsza niższa i „cywilizowana”, będąca częścią popularnego szlaku z Grenoble do Turynu. Druga wyższa i „dzika”, położona na uboczu głównych traktów, u kresu drogi donikąd. Naszą bramą do obu podjazdów miało być Briancon, dobrze znane kibicom kolarskim z wielu relacji w Eurosporcie. Historyczne centrum tej miejscowości leży na wysokości 1326 metrów n.p.m. co czyni zeń najwyżej położone miasto we Francji. Natomiast w całej Europie tylko szwajcarskie Davos może spoglądać nań „z poczuciem wyższości”. Gościłem w tym miasteczku już kilkakrotnie m.in. jako widz na mecie etapu Tour de France 2005 czy też przelotnie jako uczestnik L’Etape du Tour 2006. Jednak dopiero teraz dostałem szansę wjechania do serca tej silnie ufortyfikowanej miejscowości.
Z bazy w Saint-Marcellin wyruszyliśmy około dziesiątej. Po 41 kilometrach szybkiej podróży drogą N-94 dotarliśmy do Briancon, gdzie zaparkowaliśmy w dolnej części miasta, na ulicy Ludwika Pasteura. Nieopodal tego miejsca zaczyna się podjazd pod słynną Col d’Izoard. To wzniesienie nie było jednak na mej „liście życzeń”, gdyż zwiedziłem podczas swych pierwszych wypraw do Francji. Cały dzień mieliśmy spędzić na drogach departamentu o wiele mówiącej nazwie Hautes Alpes czyli Wysokie Alpy. Pod paroma względami był to etap „tylko dla orłów”. Nie chodzi mi przy tym o skalę trudności środowego programu, lecz pułap na którym miała się odbyć nasza przejażdżka. Cała trasa powyżej 1200 metrów n.p.m., zaś Col du Granon miała być dla mnie najwyższym punktem podczas tej wyprawy. Przełęcz ta mimo przelotnej znajomości z „Wielką Pętlą” zajmuje poczesne miejsce w historii Touru. O tym z jakiego powodu będę miał jeszcze okazję wspomnieć. Około godziny jedenastej byliśmy już gotowi do drogi, a naszym pierwszym zadaniem było znalezienie drogi wylotowej z miasta ku włoskiej granicy. Na początek jadąc drogą D-902 przejechaliśmy most nad rzeką Durance i jadąc przez Rue de General Barbot dotarliśmy do znanej nam dobrze szosy N-94. Ta wiła się w górę pod postacią trzech kolejno po sobie następujących miejskich alei aż po Champ de Mars (Pola Marsowe) gdzie przybrała wreszcie nie budzącą wątpliwości nazwę Route d’Italie. Tym sposobem wyjechaliśmy z miasta pokonawszy od startu przewyższenie około 120 metrów. Po trzech kilometrach lekkiego podjazdu czekał nas teraz niemal równie długi, lecz prawie płaski odcinek przed wioską La Vachette.
Dopiero w tym miejscu zaczyna się prawdziwa wspinaczka pod Col du Montgenevre (1854 m. n.p.m.). Góra to niezbyt imponująca jak na alpejskie warunki, lecz mająca swój udział w niejednej historii rodem z Tour de France czy Giro d’Italia. Zazwyczaj występowała w roli przedostatniej premii górskiej na etapach z finiszem we włoskim Sestriere. Z jednym wyjątkiem kiedy zakończył się tu górski odcinek TdF 1976, na którym triumfował Holender Joop Zoetemelk. Na niej też podczas skróconego etapu Touru z 1996 roku swój skuteczny atak po żółtą koszulkę rozpoczął „gęsto-krwisty” Duńczyk Bjarne Riis. Wzniesienie to jest regularne czyli bez znaczących różnic między poszczególnymi kilometrami wspinaczki. W środkowej części podjazdu droga wiedzie po gęsto usianych serpentynach. Nieco trudniejszy od reszty wzniesienia jest ostatni kilometr o średnim nachyleniu 7,3 i maximum 10% na 500 metrów przed rondem gdzie zakończyłem swoją wspinaczkę. Jednym zdaniem: premia górska na miarę drugiej kategorii. Dlatego ruszyłem na nią bardzo energicznie tzn. z mniejszym respektem niż zwykłem mieć wobec alpejskich wzniesień. Wbrew pozorom łatwo nie było, ale trzymałem się dzielnie z równym pulsem na poziomie do 160 bpm. W naszym wydaniu podjazd ten miał 7,34 kilometra przy średnim nachyleniu 6 % czyli 440 metrów przewyższenia. Jego pokonanie zajęło mi tylko 25 minut i 22 sekundy – co oznaczało średnią prędkość 17,361 km/h i VAM 1040 m/h. Darek potraktował to wzniesienie bardzo ulgowo i ten sam odcinek przejechał w ledwie 34 minuty i 31 sekund. Mój kolega postanowił zaoszczędzić jak najwięcej sił na groźnie wyglądający Granon.
ZDJĘCIA

