Po zdobyciu w niedzielę niebotycznego Bernarda oraz poniedziałkowej podróży pod hasłem „drang nach osten” trzeciego dnia w Alpach przyszła pora na wyprawę ku Północy. W skrócie kierunek na Lac Leman, choć oczywiście nie celem ożywczych kąpieli. Na wtorek 16 czerwca przewidziałem wizytę w dwóch stacjach narciarskich znanych z tras wyścigu Tour de Romandie, położonych po przeciwległych stronach Doliny Rodanu. Pierwszym z nich był podjazd do położonej w pobliżu granicy z Francją stacji Morgins, bywałej na TdR w latach 2004 i 2006. Za pierwszym razem wygrał lokalny heros Alexandre Moos, za drugim Bask Igor Anton. Przed trzema laty jednym z protagonistów był nasz rodak Sylwester Szmyd, który zaatakował kilka kilometrów przed metą, lecz ostatecznie musiał zadowolić się szóstym miejscem w zacnym towarzystwie Cadela Evansa i Andy Schlecka. Z kolei Leysin w ostatniej dekadzie było aż trzykrotnie na trasie TdR. W 2000 roku triumfował tu Włoch Andrea Noe’, w 2002 słynny Szwajcar Alex Zulle, zaś 2006 obecny król wieloetapówek czyli Hiszpan Alberto Contador, zaś nasz człowiek w elicie był dziesiąty. Ponieważ tradycyjnie przed pierwszym podjazdem chcieliśmy mieć kilkanaście kilometrów rozgrzewki, zaś właściwą zabawę zacząć od wspinaczki pod Morgins najstosowniejszym miejscem do zaparkowania swego „klubowego wozu” wydało nam się ciche miasteczko Vionnaz na zachodnim brzegu Rodanu. Wobec tego do przejechania z Les Valettes mieliśmy niespełna 40 kilometrów co zajęło nam ledwie pół godzinki. Pierwsze kilometry po starcie z Vionnaz prowadziły nas drogą krajową nr 21 po niemal płaskim terenie.
Na pierwszych ośmiu kilometrach do Monthey różnica wzniesień wynosiła bowiem tylko 32 metry. W Monthey należało skręcić w prawo i zacząć wspinaczkę do Morgins. Pierwsze 5 kilometrów o średnim nachyleniu 6,8 % w praktyce stanowić może zarówno wstęp do wyprawy na Morgins jak i pierwszą tercję 12-kilometrowego łagodniejszego podjazdu do stacji Champery. Wspinaczki do obu kurortów rozchodzą się we wiosce Troistorrents. Andrzej zaczął ten podjazd na tyle mocno, iż w pełni mogłem się zadowolić utrzymaniem zaproponowanego przezeń tempa. Przez około 10 kilometrów zgodnie współpracowaliśmy co sprzyjało wykręceniu bardzo dobrego jak na nasze amatorskie możliwości czasu. Im bliżej było szczytu tym więcej wilgoci wisiało w powietrzu i ostatecznie wjechaliśmy nisko opadłe chmury. Andrzej nieznacznie osłabł w samej końcówce, na najtrudniejszym odcinku o nachyleniu ponad 10 %. Podjazd na dobre skończył się na wysokości Arche (1305 m. n.p.m.), skąd do Morgins pozostawało jeszcze dwa kilometry. Tu można było wrzucić łańcuch na dużą tarczę i pognać przed siebie ginąć w chmurach. Dwunastokilometrowy odcinek z Monthey do Arche pokonałem w 45 minut i 40 sekund czyli przy średniej prędkości 15,76 km/h. To w zderzeniu z danymi takimi jak: 881 metrów przewyższenia i średnie nachylenie 7,34 % dało wielce przyjemny dla mego oka wskaźnik VAM na poziomie 1157 m/h. Przy wjeździe do stacji zauważyłem po lewej stronie efektowną tablicę powitalną. Spostrzegłem w niej dogodne tło dla celów fotograficznych. Zaczekałem przy niej na kolegów. Po chwili z „mlecznej drogi” wyłonił się Andrew, kilka minut później Jarek i wkrótce kolejne fotki z podbojów stały się faktem. Potem już nieśpiesznie przez centrum Morgins udaliśmy się na samą przełęcz Pas de Morgins (1369 m. n.p.m.) po drodze mając do pokonania jeszcze odrobinę wzniesienia. Łukasz nie dał na siebie długo czekać.
ZDJĘCIA

