Piątek był dla nas dniem odpoczynku od roweru. Czas był w końcu załatwić formalności startowe. Przede wszystkim należało odebrać chipy do mierzenia naszych realnych czasów podczas wyścigu. W tym celu pojechaliśmy do L’Alpe d’Huez, lecz nie przez Bourg d’Oisans, lecz malowniczą boczną droga przez Villard-Reculas, skąd na legendarny podjazd pod L’Alpe „wbiliśmy” się dopiero w okolicy wioski Huez. W samej stacji będącej najpopularniejszym górskim finiszu w historii Tour de France spotkaliśmy tłumy naszych jutrzejszych „przeciwników” i nie tylko. W centrum stacji, niedaleko Pałacu Sportu powstał istny rynek pełen kolarskich strojów. Wybór nie ograniczał się przy tym tylko do koszulek ekip współczesnych. Były też odzienia w stylu retro, choćby drużyn z tak zamierzchłej przeszłości co Margnat-Paloma, w której barwach jeździł wspomniany już przeze mnie Federico Bahamontes. Obok stoisk odzieżowych był też punktu sprzedaży sprzętu rowerowego od ilości i klasy, którego można było dostać oczopląsu. Sklepiki Look’a, Time’a, Campagnolo, Shimano czy Stronglight’a. Sprzedawano też odżywki: płyny, batony, żele mogący przydać się każdemu na jutrzejszej imprezie. Było też sporo innych gadżetów np. okolicznościowe bidony, czapeczki, koszulki czy słynne bransoletki Livestrong.
ZDJĘCIA
