Plan na czwartek był dość skomplikowany. Po trzech noclegach w Varese musieliśmy się przenieść do miasteczka Nus w Dolinie Aosty, położonego 13 kilometrów na wschód od stolicy najmniejszego z dwudziestu włoskich regionów. Najprostszym rozwiązaniem byłoby wykorzystanie po kolei autostrad: A-8, A-26, A-4, A-5 i przebycie dzielących oba miasta 183 kilometrów w czasie poniżej dwóch godzin. Niemniej z tej perspektywy trudno poznawać uroki Italii. Znacznie lepiej nadają się do tego drogi krajowe (SS), regionalne (SR) i prowincjalne (SP). Poza tym w drodze przez Piemont chciałem poznać dwa wzniesienia, które jako finałowe podjazdy gościły w ostatnich latach na trasach etapów Giro d’Italia. Miałem apetyt na wspinaczkę pod Cascata del Toce w dolinie Formazza, na północ od Domodossoli oraz Santuario di Oropa powyżej Bielli. Niemniej mając świeżo w pamięci tempo naszej środowej wycieczki do Orta San Giulio w ostatniej chwili zrezygnowałem z wyprawy na daleką północ ku górze, na której w 2003 roku swój ostatni (acz nieskuteczny) skok po zwycięstwo etapowe oddał ś.p. Marco Pantani. Chcąc koniecznie dotrzeć do Baceno skąd mógłbym rozpocząć ten podjazd musielibyśmy zjechać z drogi ku Oropie i Nus na wysokości Gattico, aby pokonać w sumie 165 kilometrów na północ i z powrotem. Włącznie z samą wspinaczką na rowerze kosztowałoby to nas cztery godziny czasu. Poza tym z lektury „Passi e Valli in Bicicletta – Piemonte 1” dowiedziałem się, iż wobec wykorzystywania wód Cascata del Toce na potrzeby elektrowni wodnej ten słynny wodospad można ujrzeć w pełnej krasie tylko w dni świąteczne od czerwca do września oraz codziennie między 10 a 20 sierpnia. Czwartek 8 lipca nie kwalifikował się na tą okazję, przez co odpadł nam i nie-sportowy powód do odwiedzenia tego miejsca.
W ten sposób zdrowy rozsądek zatriumfował nad moją dziką żądzą poznania jak największej ilości ciekawych miejsc w kolarskim atlasie. Postanowiłem, że nie będziemy się za bardzo oddalać od głównego szlaku ku Nus. Oropa miała stać się pierwszą wspinaczką tego dnia. Iwona wspaniałomyślnie zgodziła się bym wybrał sobie jakieś zastępstwo za Cascata del Toce. Mój wybór padł na trudniejszy od odpuszczonego podjazd w górę doliny Champorcher do wioski o tej samej nazwie. Drugie wzniesienie tego dnia miałem więc zdobyć już na terenie Valle d’Aosta, albowiem miasteczko Hone gdzie zaczyna się ten podjazd leży 7 kilometrów na północ od granicy tego regionu z Piemontem. Pokonanie blisko 100-kilometrowego odcinka z Varese (Bobbiate) do Oropy zajęło nam ponad dwie godziny. Do Piemontu podobnie jak dzień wcześniej wjechaliśmy przez most między Sesto Calende a Casteletto sopra Ticino. Dalej skierowaliśmy się na Borgomanero, po czym drogą SS-142 przez Gattinarę pognaliśmy w kierunku Bielli. Tuż przed finałem zgodziliśmy na kolejną zmianę planów. Zamiast wypakować się w mieście postanowiliśmy dojechać samochodem na samą górę. Oropa zdawała się być znacznie przyjemniejszym miejscem do spędzenia przez Iwonę wolnego czasu w trakcie mojego kolarskiego wypadu. Do parkingu na brukowanej ulicy wiodącej ku bramie do Sanktuarium dotarliśmy niemal w samo południe. Kult Matki Boskiej w tym miejscu sięga roku 369, kiedy to pomnik Czarnej Madonny postawił w tym miejscu św. Euzebiusz, pierwszy biskup miasta Vercelli. Niemniej dopiero w 1960 roku ukończono budowę Górnej Bazyliki – Basilica Superiore, która stoi w głębi trzeciego dziedzińca górując nad całym kompleksem sakralnym.
Trzy lata po tym gdy ukończono to wielkie dzieło ku chwale Matki Boskiej po raz pierwszy zajrzał tu wyścig Giro d’Italia. Na jedenastym etapie Giro z 1963 roku pierwsze skrzypce zagrali trzej najlepsi zawodnicy tego wyścigu. Podobnie jak dzień wcześniej w Asti triumfował znakomity góral Vito Taccone, który w tych dniach był wprost nie do zatrzymania. W całym wyścigu wygrał on aż pięć górskich odcinków oraz klasyfikację górską, lecz w generalce był ledwie szósty. Na mecie w Oropie o trzy sekundy wyprzedził Vittorio Adorniego oraz o osiem późniejszego zwycięzcę całej imprezy Franco Balmamiona. Po długiej przerwie wyścig wrócił w to miejsce na przedostatnim etapie Giro z 1993 roku. Tym razem o sukces etapowy powalczyli uciekinierzy, z których najlepszy okazał się Massimo Ghirotto, lecz za jego plecami działy się ciekawe rzeczy. Rosyjski Łotysz Piotr Ugriumow urwał wielkiego Miguela Induraina i odrobił do Baska 36 sekund, któremu jednak w zapasie pozostała niecała minuta. Trzecia wizyta czyli piętnasty etap z 1999 roku była spektaklem jednego aktora. Marco Pantani u podnóża góry zerwał łańcuch i musiał zacząć wspinaczkę z dalekiej pozycji. Krok po kroku wyprzedzał kolejnych rywali, aż w końcu objechał wszystkich i triumfował niezagrożony z przewagą 21 sekund nad Francuzem Laurentem Jalabertem i 35 nad Gilberto Simonim. Czar prysł sześć dni później w Madonna di Campiglio.
Dla mnie najciekawsze było jednak ostatnie spotkanie Giro z Oropą. To z 2007 roku kiedy to organizatorzy Giro wytyczyli na pielgrzymkowym szlaku z Bielli górską czasówkę o długości 12,6 kilometra. Etap prawdy wygrał Marzio Bruseghin w czasie 28:55, z przewagą ledwie sekundy nad Leonardo Piepolim i ośmiu nad Danilo Di Luką, triumfatorem całego wyścigu. Sylwek Szmyd był tego dnia 27. z czasem 31:08, zaś najgorszy wynik czyli równo 36 minut uzyskał Holender Max van Heeswijk. Miałem wyjątkową okazje ku temu by w obiektywnie zbliżonych warunkach porównać się z profesjonalnym towarzystwem. W tym celu jakiś kwadrans po dwunastej rozpocząłem swobodny zjazd ku Bielli. Wedle wydrukowanego profilu podjazd zaczyna się na alei – Via della Repubblica. Skąd startowała wspomniana czasówka nie sprawdziłem. W końcówce zjazdu nieco się pogubiłem i do centrum miasta wjechałem po zachodniej stronie miejskiego parku – Giardino Zumaglini. Musiałem więc poświęcić kilka następnych minut na znalezienie ronda przecinającego Aleję Republikańską. Niespełna 13-kilometrowy podjazd do Oropy nie jest szczególnie trudny. W zasadzie można by go podzielić na trzy zasadnicze części: łatwy początek, solidny środek i miejscami „sztywną” końcówkę. Po starcie za rondem zrazu było tak płasko, że nie mogłem się zdecydować czy to już podjazd i warto uruchamiać licznik. Włączyłem go po przejechaniu trzystu metrów. Pierwsze pięć kilometrów nie stanowiło wielkiego wyzwania. Szczególnie luźne były kilometry: pierwszy i czwarty, za miasteczkiem Cossilla San Grato. Ogółem pierwsze 5,1 kilometra do skrętu na Favaro miało średnie nachylenie 4 % i max. 9 %, stąd jechałem na dość twardym przełożeniu 39-19 z przeciętną prędkością 22,3 km/h.
Dopiero w połowie szóstego kilometra wrzuciłem tryb „21”. Kolejne trzy kilometry do wyjazdu poza granice Favaro były bowiem nieco trudniejsze. Odcinek ten miał średnie nachylenie 6,4 %, lecz nie było na nim żadnych przykrych niespodzianek. Maksymalna stromizna i tu dobiegała tylko do poziomu 9 %. Niemniej tak słodko nie było do samego końca. Praktycznie cały dziewiąty kilometr (o średniej 9,7 %) oraz pierwsza połowa jedenastego (o średniej 9,4 % i max. ponad 13 %) zmusiły mnie do wzmożonego wysiłku. Chwilę później podjazd przechodzi w krótkie „falsopiano”, na którym droga wkracza w chroniący przed słońcem las. Poza tym asfalt mocno zyskuje tu na jakości, więc na 1750 metrów przed finałem mogłem odetchnąć, że najgorsze już za mną. Finał trzyma na poziomie znanym ze środka podjazdu, acz szczególną atrakcją ostatnich 280 metrów jest wspomniana kostka. Na murku biegnącym wzdłuż ostatnich metrów asfaltu przy wjeździe bruk przyczaiła się z aparatem moja Iwonka dzięki czemu wzbogaciłem się o rzadkie w swej kolekcji zdjęcia w akcji. Za metę obrałem sobie bramę na pierwszy dziedziniec i w takiej wersji podjazd z miał 12,41 kilometra długości o przewyższeniu 720 metrów, gdyż zatrzymałem się najpewniej na wysokości około 1137 metrów n.p.m. Wspinaczka zajęła mi 39 minut i 56 sekund – łatwo policzyć ile czasu straciłem do najlepszych i najgorszych wspinaczy pośród „profich”. Cudu nie było, nawet w takim miejscu. Bez dwóch zdań wyleciałbym poza limit czasu. Niemniej byłem się z siebie zadowolony. Na górze o średnim nachyleniu 5,8 % wykręciłem przeciętną prędkość 18,646 km/h i VAM na poziomie 1081 m/h. Wracając do samochodu przewróciłem się na kostce przy niemal zerowej prędkości. Szczęśliwie rowerowi nic się nie stało, ja zaś na pamiątkę z Oropy dostałem drobne szlify.
ZDJĘCIA

