Sella ronda & Fedaia

Na piątek 18 lipca Krzysiek przyszykował nam królewski etap. Czekał nas prawdziwy klasyk dolomicki czyli 106 kilometrów z przejazdem przez pięć słynnych przełęczy. Na początek „autorska wersja” szlaku Sella ronda tzn. Pordoi, Sella, Gardena i Campolongo, a następnie po dłuższym zjeździe w rejon Caprile mordercza Fedaia. W sumie blisko 2900 metrów przewyższeń pod zdrowo dopiekającym włoskim słońcem.

Niestety już na początku podjazdu pod Pordoi (2242 m. n.p.m.) okazało się, że Wojtek ma problemy techniczne z rowerem. Po sześciu latach nie pomnę już szczegółów tego nieszczęścia. W każdym razie uradziliśmy, iż Wojtek zawróci do Canazei poszukać pomocy w jednym ze sklepów rowerowych i w miarę możliwości wyjedzie nam na spotkanie z drugiej strony. Mnie i Krzyśkowi przyszło więc we dwójkę „pościgać” się z innymi cyklo-amatorami i cyklo-turystami, których nie brakowało na tej słynnej, acz bardzo przystępnej górze. Ja ów 13-kilometrowy podjazd pokonałem w średnim tempie 15 km/h. W porównaniu ze wspinaczką na „sztywnej” końcówce Kaunertal czy długą walką z nie dającym oddechu Stelvio, akurat na tym podjeździe można czerpać przyjemność z relatywnie szybkiej jazdy przy umiarkowanym wysiłku.

Po krótkim postoju na przełęczy mój przewodnik zarządził odwrót i 7-kilometrowy zjazd tą samą drogą do punktu bivio Pordoi. Z tego miejsca odbiliśmy na północ w kierunku passo Sella (2214 m. n.p.m.). Do szczytu pozostało nam tylko 5,5 kilometra, ale za to te najbardziej soczyste. Miejscami trzeba się tu było mocniej sprężać niż na Pordoi. Co ciekawe obie te przełęcze zdają się konkurować niczym dzieci w przedszkolu, która z nich jest wyższa. Wydaje się, iż pierwszeństwo należy się Pordoi, lecz na niektórych tablicach drogowych czy mapach Sella zdaje się wspinać na palce i oznajmiać światu, iż mierzy sobie 2244 m. n.p.m.

Z tej przełęczy czekał nas z kolei 5-kilometrowy zjazd ku dolinie Gardena skąd na skrzyżowaniu w rejonie Pian de Gralba musieliśmy skręcić w prawo rozpoczynając wspinaczkę na passo Gardena (2121 m. n.m.). Wspinaczka to w odniesieniu do tego wzniesienia raczej za duże słowo. Z pełnego podjazdu pod tą przełęcz zostaje bowiem po zjeździe z Selli tylko 6 kilometrów. W dodatku środek tego odcinka jest niemal zupełnie płaski i można się nieco zrelaksować podziwiając biegnące tuż obok szosy pionowe ściany masywu Sella. Po tradycyjnej sesji zdjęciowej na górze przyszedł czas na kolejny zjazd, tym razem 10-kilometrowy do Corvara alta Badia.

Gdy się tam znaleźliśmy mieliśmy już w nogach blisko 50 kilometrów. W tym czasie dobiegało już południe, zaś temperatura sięgała dziennego maksimum. Zapasy płynów mieliśmy na wyczerpaniu, więc postanowiliśmy rozejrzeć się za sklepem, w którym można by kupić napoje lub coś do przegryzienia. Tymczasem spotkała nas czyli ludzi we Włoszech niebywałych niemiła niespodzianka. Zły czas wybraliśmy sobie na bufet, gdyż trafiliśmy na początek trzygodzinnej sjesty i wszystkie „negozie generialimentari” były pozamykane. Nie było innej opcji jak wysupłać więcej grosza i ratować się sokami pomarańczowymi w przydrożnych restauracjach. Przeszkodę numer cztery czyli passo Campolongo (1875 m. n.p.m.) pokonaliśmy dość sprawnie, zaś na szczycie zatrzymaliśmy się dwukrotnie będąc zmyleni tablicą „Localita – passo Campolongo” czyli „Osada – przełęcz Campolongo”, która sugerowała, iż podjazd kończy się na wysokości 1850 metrów n.p.m.

Cztery przełęcze za nami, ale wszystkie one miały się okazać ledwie igraszką w zestawieniu ze skalą trudności ostatniej czekającej nas przełęczy. Aby dostać się do podnóża passo Fedaia (2057 m. n.p.m.) musieliśmy wcześniej pokonać przeszło 20 kilometrów zjazdów. Najpierw stromo do Arabby, potem łagodnie w dół Val di Livinallongo i w końcu znów nieco szybciej drogą prowincjonalną SP 563 przez Digonerę w kierunku Saviner. Tym sposobem Fedaię rozpoczęliśmy z poziomu 1055 metrów n.p.m. Do pokonania pozostało nam tysiąc metrów w pionie na niespełna 14 kilometrach podjazdu. Przed spotkaniem z „bestią” wpadliśmy do restauracji w Rocca di Pietore by po raz ostatni uzupełnić swe bidony. Kolejne sześć kilometrów poszło nam jeszcze w miarę sprawnie, lecz gdy skończyły się tunele z zakrętu wyjrzał okrutny odcinek prostej drogi przy Malga Ciapeda.

Krzysiek zaczął przepychać pedały w tempie 6 km/h. Ja ślimaczyłem się w tempie 8 km/h. Tryb „25” znów nie zaskakiwał, zaś zmagania z manetkami dodatkowo osłabiały mojego ducha walki z tą górą. Dwa czy trzy razy z braku sił przystanąłem. Gdy Krzysiek do mnie dołączał ruszałem dalej. Jeden z takich postojów wykorzystaliśmy na pozorowane zdjęcie pt. „Sopocka kozica w akcji”. W ten sposób walcząc z własnymi słabościami, uciążliwym upałem, niedostatkiem napojów i w moim przypadku także ze złośliwością „martwej natury” dotarliśmy w końcu na legendarną przełęcz u podnóża zaśnieżonej Marmolady. Na tym skończyły się nasze trudy. Do naszej bazy w Canazei pozostał nam już tylko krótki odcinek na płaskowyżu i 11-kilometrowy zjazd, szybki tylko w pierwszej części. Na dole spotkaliśmy Wojtka, który tego dnia na własną rękę pokonał passo Pordoi (po naszych śladach) i passo Fedaia (od łatwiejszej zachodniej strony).

ZDJĘCIA

Niestety spóźniliśmy się na relację z dwunastego etapu Tour de France. czyli 47-kilometrowej czasówki do Cap Decouverte. Przed naszymi oczyma ukazała się tylko tablica z szokującymi wynikami. Jadący w barwach Bianchi Jan Ullrich zmiażdżył rywali. Drugiemu w tej próbie Lance’owi Armstrongowi „wrzucił” aż 1:36! Dziesiąty na „etapie prawdy” mistrz świata Kolumbijczyk Santiago Botero stracił równe pięć minut! Czyżby koniec ery Armstronga? Negatywną odpowiedź na to pytanie poznaliśmy już po powrocie do kraju.>

Passo dello Stelvio / Stilfserjoch

Do Włoch wjechaliśmy w okolicy Nauders, a dokładnie passo Resia (Reschenpass) skąd wciąż ścigani przez deszcze dojechaliśmy do doliny Venosta. W miejscowości Spondinga skręciliśmy w prawo chcąc znaleźć lokum na jedną noc u podnóża majestatycznego passo Stelvio. Najbardziej dogodnym do tego miejscem była oczywiście wioska Prato allo Stelvio. Pomimo, że byliśmy już we Włoszech to rozglądając się za jakąś „metą” szukaliśmy raczej napisów „zimmer frei” niż „camere libere”. W Południowym Tyrolu (tzn. prowincji Bolzano czy raczej Bozen) szczególnie w mniejszych miejscowościach wciąż dominuje przeważa bowiem język Goethego nad mową Petrarki. Ostatecznie znaleźliśmy dwa wolne pokoje u tyrolskiej frau kilkaset metrów przed wjazdem do wioski. Modląc się o dobrą pogodę na czwartek zasnęliśmy w końcu snem strudzonych podróżników. Nazajutrz mieliśmy do pokonania kto wie czy nie najbardziej legendarny spośród wszystkich włoskich podjazdów. W dodatku od jego trudniejszej północnej strony.

Znajdująca się na granicy Południowego Tyrolu i Lombardii przełęcz jest najwyżej położonym przejściem drogowym we Włoszech – majaczy w przestworzach na wysokości 2758 metrów n.p.m. Przed I Wojną Światową miała jeszcze bardziej strategiczne znaczenie będąc granicą państwową między Cesarstwem Austro-Węgier a Królestwem Włoch. Jej romans z wyścigiem Giro d’Italia trwa od półwiecza. Jakkolwiek został „użyta” tylko dziewięć razy to już przy pierwszej okazji zapadła na długie lata w pamięci kibiców. W 1953 roku na przedostatnim etapie wyścigu, w drodze do Bormio „Campionissimo” Fausto Coppi zgubił tu jadącego w różowej koszulce lidera Szwajcara Hugo Kobleta po swe drugie zwycięstwo w Giro. W 1980 roku podobnej sztuki dokonał Bernard Hinault gubiąc Włocha Wladimiro Panizzę, zaś pięć lat wcześniej na samej przełęczy kończył się cały wyścig Dookoła Włoch. Etap wygrał co prawda Bask Francisco Galdos, lecz jego koło utrzymał Włoch Fausto Bertoglio zapewniając sobie generalne zwycięstwo w „corsa rosa”.

Tymczasem my na początku podjazdu spotkaliśmy inną, współczesną sławę włoskiego peletonu, a mianowicie jadącego w koszulce Alessio Fabio Baldato. Ten znakomity sprinter i klasyk był za młodu kolegą z zespołu GB-MG naszego Zenona Jaskuły. Wygrał etapy w każdym z trzech Wielkich Tourów. Mniej szczęścia miał w wielkich klasykach, choć stawał na drugim stopniu podium takich wyścigów jak: Paryż – Roubaix, Ronde van Vlaanderen czy Mediolan – San Remo. Tym razem szykował się zapewne do letnich zawodów Pucharu świata. Cóż można powiedzieć o północnym obliczu Stelvio? Na śmiałków czeka do pokonania 1808 metrów przewyższenia. Po drodze mija się kilka stref klimatycznych. Na dole może być upalnie, zaś na górze prawie zima. My szczęśliwie nie byliśmy narażenia na takie ekstrema. W Prato allo Stelvio powietrze było rześkie po wczorajszym deszczu. Na górze było chłodno i pochmurnie i choć zbierało się na ulewę to jednak nie padało. W trakcie około dwugodzinnej drogi na szczyt natknęliśmy się parę razy na roboty drogowe i związany z nimi ruch wahadłowy, który zmuszał nas do krótkich postojów.

Liczba serpentyn trudna do zliczenia. Okazuje się, że jest ich w sumie 48 z punktu widzenia wspinacza są one numerowane od końca czyli najmniejszy numer tuż przed przełęczą. Pogubiłem się w tej wyliczance i stąd fotka przy numerku 43. Cały podjazd o wymiarach 24,3 km przy średniej 7,4 % pokonałem ze średnią około 13 km/h. W kilkuminutowych odstępach na górę dotarli też moi koledzy. Na przełęczy spotkanie dwóch światów tzn. letniego i zimowego czyli kolarzy, którzy nadjechali z dołu oraz narciarzy wychodzących ze schroniska by udać się w górę na lodowiec i poszusować na lodowcu Ortler sięgającym 3905 metrów n.p.m. Zaniepokojeni ciemnymi chmurami uznaliśmy, iż zbyt ryzykowny byłby zjazd na drugą stronę i szwajcarski wariant powrotu tzn. przez Umbrailpass i Val Mustair. Zawróciliśmy przeto by zjechać tą samą drogą. Po powrocie do bazy czekało nas szybkie pakowanie i kolejny ponad stukilometrowy transfer. Tym razem do Canazei w samo serce Dolomitów.

ZDJĘCIA

Pillerhohe & Kaunertal

Z Trójmiasta wyruszyliśmy we wtorek 15 lipca około godziny piętnastej Po siedemnastu godzinach jazdy szlakiem przez Kołbaskowo, Berlin, Monachium i Garmisch-Partenkirchen około ósmej nad ranem 16 lipca „wylądowaliśmy” w austriackim Tyrolu. Nasza bazą wypadową na pierwszy dzień alpejskich przygód było miasteczko Imst położone w połowie drogi między Seefeld a Sankt-Anton. Po tak długiej podróży zdrowy rozsądek nakazywałby kilkugodzinną drzemkę. Niemniej powodowani entuzjazmem podsycanym przez bliskość alpejskich tras bynajmniej nie w głowach nam było udanie się na spoczynek. Zdjęliśmy rowery z dachu samochodu, po czym odświeżyliśmy się oraz przebraliśmy w pobliskim hoteliku i już byliśmy gotowi do drogi. W dodatku nie byle jakiej, bowiem obdarzony ułańską fantazją Krzychu (kierownik naszej wycieczki) już na pierwszy etap naszej batalii z górami przewidział m.in. podjazd do schroniska Gepatsch znajdującym się na samym końcu doliny Kaunertal. Oznaczało to wjazd z poziomu 818 metrów n.p.m. (w Imst) na niespotykaną w naszym kraju nawet dla piechurów wysokość 2750 m. n.p.m. Przyznam, iż do tego dnia pominąwszy lot do Londynu i z powrotem najbliżej chmur byłem na Śnieżce.

Mogłem mieć więc pewne obawy czy mój organizm poradzi sobie z wysiłkiem na pułapie tak znacznie przewyższającym poziom sopockiej plaży. Jednak najkrótsza droga do wrót Kaunertal bynajmniej nie przypominała ledwie pagórkowatych tras kaszubskich. Aby się tam dostać trzeba było pokonać całkiem solidny podjazd pod Pillerhohe (1559 m. n.p.m.). Zaczynał się on na dobre 13 kilometrów za Imst we wiosce Wenns. Niby tylko 7 kilometrów wspinaczki, ale pod średnim kątem 8,2 % czyli porównywalnym z legendarnym L’Alpe d’Huez. Co więcej ani momentu wytchnienia, bowiem każdy kilometr „trzymał fason” na minimalnym poziomie 7 %. Jako można się domyślić po lustracji załączonego profilu największe kłopoty sprawił nam przedostatni „tysiączek” metrów. Na górze zameldowałem się pierwszy, nieznacznie przed Wojtkiem i z nieco większym zapasem nad Krzyśkiem. Ta hierarchia miała się później powtarzać niemal na każdym podjeździe, lecz na zjazdach było zgoła przeciwnie. Krzysiek dał popis swego zjazdowego kunsztu już na bardzo stromej południowej ścianie Pillera czyli zjeździe do Prutz. Ja musiałem zaadoptować się do tego rodzaju prędkości i raczej walczyłem o przeżycie, zaś Wojtek występował w swej tradycyjnej roli łącznika grupy. Po dojechaniu zrobiliśmy sobie strefę bufetu przy sklepie w Kaltenbrunn, po czym rozpoczęliśmy początkowo bardzo spokojny podjazd pod Gepatsch.

Podczas pierwszych 12 kilometrach wzniesienia mieliśmy do pokonania tylko 620 metrów przewyższenia. Ta pierwsza kwarta podjazdu kończyła się na „bramce” dla samochodów w miejscowości Feichten. Kolejny 9-kilometrowy odcinek był niewiele trudniejszy, lecz kończył się dość stromo, więc na chwilę rozbiło nam to szyki. Na wysokości blisko 1800 metrów n.p.m. natknęliśmy się na sztuczne jezioro Sauseer Gepatsch, wzdłuż którego droga biegła po zupełnie płaskim terenie przez kolejne 5,5 kilometra. Dopiero po takiej rozgrzewce przyszedł czas na finał godny niebotycznego wzniesienia. Ostatnie 12 kilometrów ma bowiem średnie nachylenie 8,1 % i praktycznie niemal cały czas „trzyma” na poziomie 9 %, zaś w samej końcówce jeszcze podkręca skalę trudności. Każdy z nas radził sobie z tym monstrum na własny sposób. Ja mając do dyspozycji dość ciężki rower, marnie przygotowany do alpejskich występów z coraz większym trudem przepychałem przełożenie 42 x 23, bowiem na skutek problemów technicznym nie bardzo mogłem liczyć na tryb z 25 zębami. Ostatecznie wspiąłem się końca drogi w towarzystwie Wojtka, a gdy zjawił się Krzysiek mogliśmy pełni dumy ze swego osiągnięcia strzelić kilka fotek na tle schroniska i u stóp lodowca Kaunertaler Gletscher okrywającego górę Weissespitze (3535 m. n.p.m.).

ZDJĘCIA

Po trudach wspinaczki przyszedł oczywiście czas na zasłużony zjazd. Kto zjeżdżać potrafi mógł się nieźle zabawić na aż 38-kilometrowym odcinku do Prutz. Dla mnie była to przede wszystkim kolejna okazja do nauki. Aby ominąć sroższe oblicze Pillerhohe postanowiliśmy wrócić do Imst przez Landeck, stąd przez kolejnych 13 kilometrów turlaliśmy się w dół doliny Inntal. Zmęczeni podróżą, dwoma ciężkimi wspinaczkami, ponad stukilometrowym dystansem oraz upałem padaliśmy już powoli ze zmęczenia. Dlatego niezbędny okazał się drugi postój bufetowy. Spod sklepu do upragnionego parkingu zostało nam do pokonania 19 kilometrów w pofałdowanym terenie. Wlekliśmy się w dość marudnym tempie, a tu jeszcze tuz przed naszym Imst wyrosła nam dwukilometrowa górka. Na ostatnich nogach zdołaliśmy ją sforsować i niedługo potem pełni wrażeń załadowaliśmy się do samochodu. Jak się okazało rychło w czas, bowiem chwilę później runęła na nas istna ściana wody. Jak to bowiem często bywa w górach upalne letnie dni niosą z sobą ryzyko przesilenia pogodowego w postaci gwałtownej, acz krótkotrwałej burzy. Nam udało się umknąć przed tym prysznicem. W tym momencie siedzieliśmy już „bezpieczni” w samochodzie rozpoczynając przejazd na włoską stronę Tyrolu. W strugach letniego deszczu skąpały się tylko nasze rowery dla których nie było miejsca wewnątrz samochodu wobec 3-osobowego składu ekipy.