DANE TECHNICZNE
Miejsce startu: Longega
Wysokość: 1988 metrów n.p.m.
Przewyższenie: 971 metrów
Długość: 14 kilometrów
Średnie nachylenie: 6,9 %
Maksymalne nachylenie: 16,4 %
PROFIL
OPIS
Zatrzymawszy się przy samochodach nadal wymienialiśmy się wrażeniami z wizyty na Kronplatzu. Równo pół godziny zbieraliśmy się do rozpoczęcia drugiej części dziesiątego etapu. Ostatecznie na Passo delle Erbe (2004 m. n.p.m.) ruszyliśmy w sześciu tzn. bez Daniela i Rafała. Z parkingu do podnóża tej góry mieliśmy ledwie pół kilometra. Dwa dni wcześniej dotarłem na Wurzjoch wraz z Adamem południowo-zachodnim szlakiem przez Val di Funes. Z kolei w sobotę postanowiłem wypróbować drogę północno-wschodnią przetestowaną na Giro d’Italia w roku 1994. Tym samym miałbym już na swym koncie trzy z pięciu sposobów dotarcia na tą przełęcz. Warto podkreślić, że żadna z tych dróg do łatwych nie należy. Według cyclingcols najtrudniejszy jest nieregularny podjazd północno-zachodni przez Luson, który wyceniono aż na 1194 punkty czyli wyżej niż Plan de Corones. Czy słusznie nie miałem jeszcze okazji sprawdzić. Tymczasem podjazd od Longegi zajmuje w tym zestawieniu drugie miejsce i wart jest 1081 punktów. Pozornie nie wygląda na aż tak wymagający. Do przejechania mieliśmy mieć wszak 14 kilometrów o średnim nachyleniu 7,2% i przewyższeniu netto 1001 metrów. Niemniej suche dane nie zawsze oddają wiernie to z czym faktycznie mamy do czynienia. Po pierwsze ogólna stromizna wzniesienia bywa znacząco zaniżona za sprawą płaskich czy nawet zjazdowych „przerywników” pomiędzy kolejnymi fazami wspinaczki. To realia każdej z pięciu dróg ku Ju de Furcia. Na północno-wschodnim szlaku pod przełęcz Erbe tego rodzaju „pusty” odcinek ma długość aż 2600 metrów. Po drugie utraconą wysokość trzeba potem odzyskać co oznacza, iż de facto do pokonania w pionie jest znacznie więcej metrów niż wynika to z prostej różnicy pomiędzy wysokością startu i mety. Stąd gdy wyciśniemy z tej góry same odcinki wspinaczkowe okaże się, że podjazd ma 11,9 kilometra i przewyższenie brutto 1102 metry. Takie dane dają zaś już średnie nachylenie na poziomie 9,3%. Pomimo ciężkiej przeprawy na Kronplatz wspinaczkę pod Erbe zaczęliśmy na wysokich obrotach. Głównie ze sprawą Darka, który od czasu środowego Passo delle Palade pragnął się zrewanżować Romkowi za swą minimalną porażkę. W specyficznych warunkach panujących na Plan de Corones to mu się nie udało. Wymagający podjazd pod Erbe był dla niego niemal ostatnią okazją do „wyrównania rachunków”.
Ruszyli ostro do przodu i już po przejechaniu pierwszego kilometra byłem jedynym, który utrzymał się w ich towarzystwie. Pierwsze cztery kilometry mają tu średnie nachylenie 10,7%. Tymczasem na trzecim kilometrze moi kompani zaczęli się atakować niczym autentyczni „profi”. Ostra jazda na wyczerpanie przeciwnika. Nie było mi łatwo reagować na te góralskie skoki. Z najwyższym trudem utrzymałem się z nimi na dojeździe do wioski Rina (niem. Welschellen). Według stravy początkowy segment o długości 3,8 kilometra przejechaliśmy w 20:46 tzn. z przeciętną prędkością 11 km/h i VAM 1101 m/h. Za nami ze stratą 34 sekund jechał Tomek, który jednak wkrótce spasował. Droga wznosiła się, acz lżej jeszcze do połowy piątego kilometra. Potem zaczął się odcinek „lekko zjazdowy”. Tu nie podjąłem ryzyka na wąskiej ścieżce o nie najlepszej jakości. „Charty” pognały naprzód. Na mostku przed osadą Ru (7,4 km) traciłem do nich kilkanaście sekund. Dario od razu poszedł za ciosem i Romano „zagotował się” zmianą rytmu czyli nagłym przejściem do kolejnej fazy wspinaczki. Dlatego już po chwili złapałem Romka. Postanowiłem mądrze rozłożyć siły i nie gonić Darka za wszelką cenę. W końcu byliśmy kolegami z zespołu Moto-1. Pod koniec dziewiątego kilometra nasz podjazd zbiegł się z drogą SP29 czyli szlakiem południowo-wschodnim od Piccolino. Po przejechaniu 9,5 kilometra byliśmy już w Antermoia (niem. Untermoia). Jechało mi się dobrze. Miałem rezerwy i wiedziałem, że jestem w stanie dojść Darka. Tymczasem Romek z coraz większym trudem dotrzymywał mi kroku i w końcu odpadł. Teraz mogłem nieco przyśpieszyć i złapać swego kolegę z drużyny. Stało się to pod koniec jedenastego kilometra na wysokości osady Biei. Dario powiedział żebym jechał swoje. Na wiodących przez las ostatnich czterech kilometrach po lewicy miałem ładny widok na szczyt Sass de Putia (2875 m. n.p.m.). Do samego końca kręciłem mocno. Drugą połowę podjazdu czyli odcinek 7,3 kilometra pokonałem z prędkością VAM 1092 m/h. Segment Wurzjoch o długości 14,3 kilometra przejechałem w czasie 1h 04:16 (avs. 13,4 km/h) co obecnie jest szóstym wynikiem na liście obejmującej 63 nazwiska. Darek ukończył wspinaczkę w 1h 05:22, zaś Romek dotarł na przełęcz w 1h 06:50. Niespodziewanie jako czwarty zjawił się czyniący stałe postępy Arturro z czasem 1h 10:12. Po trzech dalszych minutach przyjechali Tomek (1h 13:10) i Adam (1h 13:22). No i jak tu nie wierzyć w przysłowie: „Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta”.
GÓRSKIE ŚCIEŻKI
https://www.strava.com/activities/376586425
https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/376586425
ZDJĘCIA
FILM

