Passo di Croce Arcana

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Cutigliano

Wysokość: 1669 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1076 metrów

Długość: 17,4 kilometra

Średnie nachylenie: 6,2 %

Maksymalne nachylenie: 13,6 %

PROFIL

OPIS

Do samochodu zjechaliśmy kilka minut po 14:30. Tymczasem czekał nas długi i skomplikowany transfer do uzdrowiska Bagni di Lucca. Jakieś 145 kilometrów czyli przeszło dwie i pół godziny jazdy w kierunku północno-zachodnim. Najpierw przez Castello Prato ku drodze SR70. Wkrótce byliśmy już na passo Consuma, przełęczy przez którą sześć razy przejechał peleton Giro. Po raz ostatni na ubiegłorocznym etapie do Florencji wygranym przez Rosjanina Maxima Biełkowa. Następnie przez Pontassieve dotarliśmy do Bagno a Ripoli. Za tą miejscowością można było wejść na wyższe obroty wjechawszy na autostradę A1 objeżdżającą stolicę Toskanii od południa. Potem na węźle Firenze Nord trzeba było zjechać na autostradę A11 by przemykając obok Prato i Pistoi dotrzeć w pobliże Montecatini Terme. Tu chcąc skrócić sobie drogę zjechaliśmy już na lokalne drogi, choć jak się miało okazać nie była to chyba najszybsza, a już z pewnością najprostsza opcja. Za miejscowością Collodi wjechaliśmy na drogę SP35. Po minięciu Villa Basilica musieliśmy pokonać górski odcinek specjalny czyli wąski i trudny technicznie „szlak tysiąca i jednego zakrętu”. Najpierw w górę przez Pracando, Colognorę i Boveglio z finałem na passo del Trebbio (735 m. n.p.m.), potem w dół przez Benabbio. Odcinek ciężki tak dla samochodu, kierowcy jak i bodaj najbardziej dla pasażera-pilota. Na szczęście bez przygód dotarliśmy do wciśniętej między okoliczne góry doliny rzeki Lima. Na dole skręciliśmy w lewo by po kilku kilometrach znaleźć nasz Hotel Ristorante Corona przy Via Serraglia 78. Udało mi się w nim wynająć pokój z łazienką za skromną opłatą 68 Euro od dwóch osób za dwie doby. Po ciężkiej podróży pocieszający był fakt, że we wtorek 1 lipca nie czekała nas żadna przeprowadzka. Podczas tej pięknej, acz wyczerpującej podróży na taki luksus mogliśmy sobie pozwolić tylko w dwóch miejscach. Pierwszym było Lettomanopello, zaś drugim właśnie Bagni di Lucca. Uzdrowisko słynące z wód, którymi już w 56 roku p.n.e. raczyli się ponoć członkowie I triumwiratu: Pompejusz, Krassus i Juliusz Cezar. Co więcej może ono uchodzić również za kolebkę nowożytnego hazardu jako, że w latach 1835-37 wybudowano tu pierwsze w świecie kasyno.

Niemniej w planach na ostatni wieczór czerwca nie miałem spaceru powiązanego z poznawaniem uroków tego miasteczka. Miałem nadzieję, że okazja ku temu będzie we wtorek, gdy znacznie mniej czasu przyjdzie nam tracić na samochodowe transfery. Dlatego po rozpakowaniu się i krótkim odpoczynku zacząłem się szykować do wyprawy na drugie z poniedziałkowych wzniesień. Plan zakładał dojazd autem do wioski La Lima i z tego miejsca wspólny start ku dwóm różnym celom naszej wspinaczki. Darek miał pokonać niezbyt trudny, acz jeden z najsłynniejszych podjazdów w Apeninach czyli Passo dell’Abetone (1388 m. n.p.m.). Począwszy od roku 1928 wielkie Giro odwiedzało tą przełęcz aż 18 razy. Dziesięciokrotnie podjeżdżano na nią od naszej południowej strony. Między innymi w 1940 roku podczas etapu z Florencji do Modeny, na którym to rozbłysła gwiazda Fausto Coppiego. Zresztą wyścig Dookoła Włoch zwykł się również zatrzymywać w stacji narciarskiej Abetone. Trzykrotnie organizowano tu finisze górskich etapów. Gdy w 1954 roku wspinano się od południa wygrał Włoch Mauro Gianneschi. Przy kolejnych dwóch okazjach za górski finał służył kolarzom łatwiejszy północny podjazd od Pievepelago. W 1959 roku triumfował Luksemburczyk Charly Gaul, zaś w sezonie 2000 nie miał sobie równych kontrowersyjny Włoch Francesco Casagrande. W przyszłym roku Abetone już po raz czwarty wystąpi w roli etapowej mety. Peleton Giro 2015 zmierzy się z podjazdem południowym na etapie piątym ze startem w La Spezii i przejazdem m.in. przez Bagni di Lucca. Ponieważ to oblicze Abetone poznałem już w lipcu 2011 roku nie zamierzałem towarzyszyć swemu koledze do samego końca. W połowie piątego kilometra w okolicy wioski Casotti (600 m. n.p.m.) miałem odbić w prawo na Cutigliano i pokonać słabiej znany, acz niewątpliwie trudniejszy podjazd na Passo di Croce Arcana (1678 m. n.p.m.). Niestety zmordowany naszym samochodowym transferem Dario postanowił sobie odpuścić tą wieczorną wycieczkę by wypocząć przed następnymi dniami pełnymi kolejnych górskich atrakcji. Nie pozostało mi nic innego jak wybrać się w te strony samemu. W tej sytuacji aby zyskać nieco na czasie i nie powtarzać ani metra drogi przejechanej przed trzema laty postanowiłem dojechać autem nieco dalej. To znaczy przemknąć przez La Lima i „wyładować się” dopiero w Casotti tuż za mostem nad rzeczką Lima.

Wspinaczkę rozpocząłem o 18:49. Podjazd miał mieć długość 17,4 kilometra przy średnim nachyleniu 6,2 % i przewyższeniu 1076 metrów. Maksymalna stromizna niemal 14 %. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa na przełęcz miałem dotrzeć około dwudziestej. Początek wyznaczyłem sobie u zbiegu SP37 z drogą krajową SS12. Pierwsze 2100 metrów z przejazdem przez Cutigliano (0,9 km) miało średnio 8,1 %. Następne półtora kilometra było znacznie łatwiejsze. Dobry moment na wyrównanie oddechu przed zasadniczą częścią wzniesienia. To znaczy niemal 9-kilometrowym odcinkiem o średnim nachyleniu 7,1 %. Najtrudniejszy był tu 700-metrowy odcinek od połowy szóstego kilometra. W połowie siódmego przejechałem przez Melo (6,4 km). Powyżej tej wioski czekał mnie długi odcinek przez las. Droga wiodła długimi prostymi odcinkami. Z rzadka można było tu napotkać typowe wiraże (pierwszy 8,5, drugi 10,2 i trzeci 11,1 kilometra po starcie). Po przejechaniu 12,3 kilometra nachylenie ponownie złagodniało by kilometr dalej przejść w zjazd o długości niespełna 400 metrów. Podjazd ponownie odżył pod koniec czternastego kilometra, w pobliżu malutkiego Lago di San Gualberto. W połowie piętnastego kilometra dojechałem do pierwszych zabudowań na terenie uśpionej stacji narciarskiej Doganaccia. Na plac w centrum tego ośrodka dotarłem w czasie 57:08 po przebyciu 14,9 kilometra. Tu skręciłem w lewo, zamiast w prawo. Wkrótce dobiłem do końca ślepej drogi u wrót małego kościółka. Wróciwszy na plac ruszyłem w górę już we właściwym kierunku. Na całym zamieszaniu nadrobiłem niespełna 700 metrów. Powyżej placu czekało mnie już tylko 300 metrów spokoju. Na pierwszym zakręcie w prawo (około 1560 m. n.p.m.) pod kołami skończył mi się asfalt. Zaczęła się walka o przetrwanie na nawierzchni gorszej od tej z Monte Subasio. Poza kamienistym podłożem przeszkadzały mi także poprzeczne rynny melioracyjne, zaś na przedostatnim kilometrze spora stromizna. Ostatni kilometr był już łatwiejszy, zaś ostatnie kilkaset metrów wręcz przyjemne, bo na dobrze ubitej gruntowej drodze. Wspinaczkę ukończyłem w czasie 1h 10:35 z przeciętną prędkością 14,8 km/h. Zgodnie z obecną nazwą tej przełęczy (dawniej zwanej Passo dell’Alpe alla Croce) na górze zastałem krzyż i dwie armaty strzegące wojskowego pomnika. Przełęcz ta łączy Toskanię z regionem Emilia-Romagna. Niedaleko stąd do miasteczka Fanano oraz wzniesień Monte Cimone i Corno alle Scale czyli miejsc, które miałem poznać na samym końcu tej podróży. Tymczasem jednak chciałem już tylko dotrzeć do samochodu. W miarę możliwości przed zmierzchem. Udało się bezpiecznie, acz po zmroku. Licznik zatrzymałem o 21:36. Tego dnia przejechałem w sumie 70 kilometrów pokonując 2105 metrów przewyższenia.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/167654650

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/167654650

ZDJĘCIA

Croce Arcana_001

Zdjęcie 1 z 25