Passo di Pinei

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Ponte Gardena

Wysokość: 1437 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 970 metrów

Długość: 13,4 kilometra

Średnie nachylenie: 7,2 %

Maksymalne nachylenie: 13 %

PROFIL

OPIS

Na parking w Ponte Gardena wróciliśmy około 16:35. Niespodziewanie spotkaliśmy tam Artura i Rafała. Od nich usłyszeliśmy pierwszą część opowieści rodem z „krainy deszczowców”. Nasi kompani długo szykowali się do jazdy, po czym ruszyli na krótko przed wpół do pierwszą. Zdecydowali się objechać masyw Sella jadąc w kierunku odwrotnym do ruchu wskazówek zegara. To znaczy po przejechaniu 25 kilometrów skierowali się na Passo di Sella wybrawszy trudniejszą z dostępnych końcówek swego pierwszego podjazdu. Jechali spokojnie, chcąc przejechać jak najdłuższy odcinek w komplecie. Niestety eufemistycznie mówiąc nie mieli szczęścia do pogody. Słońce towarzyszyło im tylko przez pierwsze kilkanaście kilometrów. Powyżej Ortisei, gdzie przed dziesięciu laty triumfował na Giro Kolumbijczyk Ivan Parra, zaczęło się chmurzyć. Jechali dalej mijając Santa Cristinę i znaną z alpejskich zawodów o Puchar Świata Selvę di Val Gardena, zaś nad ich głowami robiło się coraz ciemniej. Apropos Selvy warto wspomnieć, że w ostatniej dekadzie XX wieku aż trzy razy gościła uczestników Giro. Wygrywali na jej ulicach Włosi: Massimiliano Lelli (1991), Giuseppe Guerini (1998) oraz Hiszpan Jose Luis Rubiera (2000). Dojechawszy na Pian de Gralba trzymali się dalej drogi SS242 tzn. odbili w prawo kierując się na południe. Tu na ostatnich 6 kilometrach wspinaczki zaczęło padać, a im bliżej przełęczy tym mocniej. Na przełęcz Sella dotarli o godzinie 14:50 po przejechaniu 31 kilometrów. Według oficjalnych danych to wzniesienie miało długość 30,2 kilometra o średnim nachyleniu 5,9 % i przewyższeniu aż 1777 metrów. Niebo nad całym masywem Sella było stalowoszare. Widoki na rychłą poprawę pogody mizerne. Pomimo tego większość tej ekipy czyli: Daniel, Darek, Romek i Tomek postanowiła kontynuować swoje zmagania z aurą i naturą na trasie królewskiego etapu. Co więcej zjazdu z Selli nie zamienili czym prędzej na górną część wspinaczki pod Pordoi, lecz wydłużyli sobie wcześniejszy plan o kilkanaście kilometrów. Dario namówił swych trzech kompanów na zjazd do Canazei. Chciał bowiem pokonać cały zachodni podjazd pod Passo Pordoi czyli 12 kilometrów przy średniej 6,6 % z przewyższeniem 785 metrów. Na szczęście dla dalszych losów czterech wspomnianych śmiałków, Artur i Rafał postanowili nie igrać z kapryśną górską pogodą. Po wspólnym pobycie na Selli zawrócili do naszego parku maszynowego w Ponte Gardena.

Tu ich spotkaliśmy. Dwójkę naszych „nawróconych” kolegów udało mi się namówić na podjazd z towarzystwie moim i Adama pod Passo Pinei vel Panider Sattel. To przełęcz, która jak dotąd dwukrotnie pojawiła się na trasie Giro d’Italia. Najpierw w 1991 roku wjechano tu od wschodu na początku etapu z Selva di Val Gardena do Passo Pordoi. Pierwszy na tej górze zameldował się wówczas hiszpański Bask Inaki Gaston. Natomiast w sezonie 1997 podjeżdżano pod tą przełęcz od naszej zachodniej strony kiedy to na etapie z Predazzo do Falzes na premii górskiej najwyżej zapunktował Kolumbijczyk Chepe Gonzalez. W teorii czekał nas podjazd o długości 15,3 kilometra ze średnim nachyleniem 6,3 % i przewyższeniem 968 / 989 metrów. Prawdziwej wspinaczki było tu co najmniej o kilometr mniej. Niestety zanim około 17:10 ruszyliśmy na spotkanie z tą górą wspomniane chmury znad Val Gardena zeszły już i do naszej doliny Isarco. Ledwie ruszyliśmy, a zaczęło padać. Tego było już za wiele dla Artura i Rafała, którzy mieli przecież za sobą bardzo długi i w dużej mierze deszczowy zjazd z Selli. Zawrócili do samochodów zanim jeszcze na dobre wystartowaliśmy. Można zatem powiedzieć, że opatrzność jednak czuwała nad naszymi czterema kolegami. Tymczasem deszcz jeszcze się wzmógł i po chwili również Adam spasował. Ja postanowiłem dać tej górze szanse. Stwierdziłem, że przejadę pierwsze trzy kilometry i jak nadal będzie lało to najwyżej zawrócę. Na moje szczęściu już po kilkuset metrach czyli po wyjechaniu z pierwszego tunelu padało jakby słabiej, zaś na trzecim kilometrze deszcz zupełnie ustał. Pierwsze 1800 metrów było łatwe i szybkie. Pod koniec trzeciego kilometra droga zmieniała kierunek z południowego na wschodni. Z czasem zaczęło mi się ciężej jechać, więc zastanawiałem się czy długa Erbe nie wyssała ze mnie zbyt wielu sił. Tym niemniej jeśli spojrzymy na profil tego podjazdu miałem prawo czuć większy opór pod nogą. Średnie nachylenie pięciu kolejnych kilometrów wynosi tu niemal 9,9 %. Dwa z nich mają średnio po 11,5 i 10,5 %. Zatem było co jechać. Przejechawszy 5,1 kilometra minąłem skręt ku wiosce Tisana, zaś dwieście metrów dalej raz jeszcze skręciłem na południe.

Po przebyciu 6,4 kilometra dojechałem do szerokiego wirażu, przy którym stały znaki wskazujące dwa kierunki jazdy: w lewo do Casterotto (Kastelruth) i w prawo do Alpe di Siusi (Seiser Alm). Tej jesieni ogłoszono, że na piętnastym etapie przyszłorocznego Giro d’Italia owe miasteczko i stację narciarską połączy trasa niespełna 11-kilometrowej górskiej czasówki. Alpe di Siusi gościło już zresztą Giro w 2009 roku, gdy na piątym etapie triumfował przyszły zwycięzca całego wyścigu Rosjanin Denis Mienszow. Ja wspólnie z Darkiem wjechałem do stacji w maju 2010 roku innym szlakiem od Prato all’Isarco. Tymczasem na rozdrożu zastanawiałem się chwilę jak mam dalej jechać w kierunku Passo Pinei. Ostatecznie zjechałem z drogi SP24 chcąc jak najszybciej dotrzeć do Castelrotto. Tym samym skróciłem sobie podjazd znany z profilu o 1300 metrów i zarazem wydatnie „podrasowałem” średnie nachylenie tego wzniesienia. Po przejechaniu 7,3 kilometra byłem już w centrum tej miejscowości, z powrotem na głównym szlaku ku przełęczy, którą w tym miejscu wiedzie już pod drodze SP64. Teraz do końca ósmego kilometra czekały mnie tylko krótkie zjazdy i odcinki płaskiego terenu. Jednak już po przebyciu 8,3 kilometra trzeba było się zmierzyć ze ścianką o stromiźnie sięgającej 16 %. W drugiej części jedenastego kilometra znów zrobiło się spokojniej, po czym musiałem się jeszcze sprężyć na ostatnie 2300 metrów. Niespełna dwa kilometry przed szczytem minąłem wioskę San Michele vel Sankt Michael (11,5 km). Ostatecznie moja wersja tego podjazdu miała 13,4 kilometra o średnim nachyleniu 7,2 %. Wjechałem na przełęcz w czasie 1h 03:40 (avs. 12,7 km/h). Na stravie najdłuższy segment, który znalazłem obejmował odcinek 5,4 kilometra od wyjazdu z Casterotto do samej przełęczy. Ten fragment trasy pokonałem w 24:43 przy średniej prędkości 13,3 km/h i VAM ledwie 924 m/h. Na górze o zrobienie pamiątkowego zdjęcia poprosiłem pieszych turystów. Po około dziesięciu minutach rozpocząłem zjazd. Kilka kilometrów przed Ponte Gardena napotkałem jadącego z naprzeciwka Adama. Ten opowiedział mi dalszą część mokrych przygód naszych „muszkieterów” z Sellaronda.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/376586369

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/376586369

Pinei_001

Zdjęcie 1 z 25