DANE TECHNICZNE
Miejsce startu: Castelnuovo
Wysokość: 2047 metrów n.p.m.
Przewyższenie: 1699 metrów
Długość: 23,5 kilometra
Średnie nachylenie: 7,2 %
Maksymalne nachylenie: 13 %
PROFIL
OPIS
W środowe przedpołudnie udaliśmy się w jedyną wycieczkę na wschód od bazy noclegowej w Barco. Tradycyjnie już poranne przygotowania do wyjazdu zabrały nam niemało czasu. Niemniej mogliśmy sobie na to pozwolić. Na dojazd samochodami do punktu startu, wspólnego dla obu środowych podjazdów, potrzebowaliśmy niespełna kwadrans. Naszym głównym celem na ten dzień była przełęcz Manghen (2047 m. n.p.m.). Prowadzi do niej ciężki, przeszło 20-kilometrowy podjazd przez Val Calamento. Potem niejako na dokładkę mieliśmy jeszcze odwiedzić jej wschodnią „sąsiadkę” czyli Val Campelle i dojechać przynajmniej do poziomu Rifugio Carlettini (1373 m. n.p.m.). Niemniej długość naszej drugiej wspinaczki była sprawą otwartą. Wiedziałem bowiem, że szosa w tej dolinie kończy się blisko dwa kilometry za wspomnianym schroniskiem. Według informacji z „PVB-21” na wysokości 1487 metrów n.p.m. Teoretycznie można było się pokusić o jeszcze śmielszy wyczyn. Otóż po kolejnych sześciu kilometrach wspinaczki już na gruntowym szlaku dotarlibyśmy do Passo Cinque Croci (2016 m. n.p.m.). Taka była teoria. Wszystko to jednak było możliwe jedynie w razie pozytywnych odpowiedzi na trzy zasadnicze pytania. Primo: czy po zdobyciu Passo Manghen będziemy mieli dość sił na kolejny podjazd o przewyższeniu ponad półtora tysiąca metrów? Secundo: czy warunki pogodowe będą wystarczająco korzystne? Terzo: jakiego rodzaju szuter napotkamy na ostatnim odcinku przed Przełęczą Pięciu Krzyży? Jeśli równie dobry co ten wiodący na Colle delle Finestre to droga wolna. Jeśli zaś taki jak przed rokiem na Kronplatzu to lepiej się nie wygłupiać. To jednak były zagadki dopiero na drugą część środowego popołudnia. Tymczasem nasze pierwsze bojowe zadanie było wystarczająco trudne i ciekawe by nie zaprzątać sobie głowy tym co zrobimy później. Południowy szlak na Passo del Manghen to jeden z najwyższych, największych i zarazem najtrudniejszych podjazdów w prowincji Trento. Giro d’Italia w ostatnich czterdziestu latach w sumie pięciokrotnie przejeżdżał przez tą przełęcz, zazwyczaj właśnie od tej trudniejszej strony.
Wzniesienie to jest również kultową wspinaczką na trasie Gran Fondo Sportful (niegdyś GF Campagnolo) – jednego z najtrudniejszych włoskich wyścigów szosowych dla cyklo-amatorów. Impreza ta rozgrywana jest od sezonu 1995 na przeszło 200-kilometrowej trasie ze startem i metą w miasteczku Feltre (reg. Veneto, prov. Belluno). Startowałem w edycji z 2008 roku. Jednak akurat od tamtego sezonu Passo Manghen wypadł na parę lat z programu owych zawodów. Trzeba było za to pokonać premie górskie takie jak: Passo Duran, Forcella Staulanza i Passo Valles. Potem jednak między startami w GF Campagnolo i GF Pantani zatrzymałem się wraz z Piotrem Mrówczyńskim na trzy doby we wiosce Panchia na terenie Val di Fiemme. Dzięki temu mogliśmy sobie pozwolić na poznanie północnego oblicza Manghen czyli ponad 16-kilometrowej wspinaczki rozpoczynającej się w miasteczku Molina di Fiemme. Teraz po przeszło ośmiu latach od tamtej wyprawy mogłem dotrzeć w to samo miejsce od południowej (niewątpliwie trudniejszej) strony. Według „cyclingcols” północny podjazd na Manghen wart jest 1037 punktów, zaś południowy aż 1291. To wszystko jednak przy założeniu, iż ów drugi podjazd zaczynamy w miejscowości Borgo Valsugana na wysokości 418 metrów n.p.m. Przy takim miejscu startu wzniesienie to ma długość 23,2 kilometra i średnie nachylenie 7,1% co daje przewyższenie 1629 metrów. Maksymalna stromizna sięga tu 14%. Ja jednak ze względów logistycznych zaproponowałem kolegom start w położonym nieco dalej na wschód miasteczku Castelnuovo. A to dlatego by po zjeździe z Manghen mieć jak najbliżej do miejscowości Scurelle, leżącej u podnóża naszej drugiej wspinaczki. Dopiero po powrocie do kraju ustaliłem, iż tym samym powiększyłem nam ów podjazd o kilkadziesiąt metrów. Według włoskiej wikipedii centrum Castelnouvo leży bowiem na wysokości 348 metrów n.p.m. przez co do pokonania w pionie mieliśmy niemal 1700 metrów! Około jedenastej byliśmy już na miejscu. Bez trudu znaleźliśmy dwa miejsca postojowe na parkingu przy Viale Venezia, nieopodal miejscowego urzędu gminy. To był wręcz wymarzony punkt wypadowy. Po drugiej stronie najbliższego ronda zaczynała się droga prowincjonalna SP31. To właśnie jej mieliśmy się trzymać przez cały dystans tej długiej wspinaczki.
Jak już wspomniałem wyścig Dookoła Włoch jak dotąd pięciokrotnie forsował tą przełęcz. Po raz pierwszy w 1976 roku we wstępnej fazie dwudziestego etapu z Vigo di Fassa do Terme di Comano. Podjeżdżano wówczas od strony północnej, zaś pierwszy na szczycie zameldował się mało znany Hiszpan Antonio Prieto z ekipy Teka. Etap wygrał jednak Włoch Luciano Conati. Prowadzenie w wyścigu utrzymał Belg Johan De Muynck pomimo „buntu na pokładzie” ekipy Brooklyn. Słynny Roger De Vlaeminck będący nominalnym liderem tego zespołu nie mógł ścierpieć zamiany ról i związanej z tym pracy na rzecz swego rodaka. „Cygan” postanowił zwolnić się z owych obowiązków poprzez ucieczkę do lasu w trakcie wspinaczki pod Manghen. Ostatecznie wyścig wygrał faworyt gospodarzy Felice Gimondi, zaś De Muynck na swój triumf w Giro musiał poczekać jeszcze dwa lata. Nasza przełęcz wróciła na trasę Giro dwadzieścia lat później. Co ciekawe znów był to odcinek dwudziesty wyznaczony także na dwa dni przed finałem całej imprezy. Tym razem na Manghen wspinano się już od strony południowej. Wspinaczka znów znajdowała się z dala od mety wyznaczonej na Passo Pordoi poprzedzonej jeszcze pierwszym podjazdem na Pordoi oraz trzecią premią w postaci stromej Passo di Fedaia. Na „rozgrzewkowej” Manghen pierwszy pojawił się Mariano Piccoli, lecz na mecie triumf święcił jego rodak Enrico Zaina. Na kresce Bask Abraham Olano odrobił sekundę do Rosjanina Pawła Tonkowa i na jeden dzień przechwycił koszulkę lidera. W późniejszych latach jeszcze trzykrotnie wykorzystano południowy podjazd pod Passo del Manghen (w latach 1999, 2008 i 2012). Za każdym razem na etapach kończących się w stacji narciarskiej Alpe di Pampeago. Przy dwóch pierwszych okazjach ze szczytu Manghen do etapowej mety było ledwie 35 kilometrów co znacznie zwiększało wpływ tego podjazdu na wyniki dnia. W Giro 1999 pierwszy tak na premii górskiej jak i na mecie był legendarny Marco Pantani. Dziewięć lat później wyczyn „Pirata” powtórzył filigranowy Emanuele Sella. Obaj Włosi niedługo cieszyli się tymi sukcesami. Pantani został wykluczony ze swego wyścigu za podwyższony hematokryt, zaś Sella miesiąc po odebraniu w Mediolanie zielonej koszulki dla najlepszego górala wpadł na stosowaniu specyfiku o nazwie CERA. Z kolei podczas Giro 2012 z tej przełęczy do mety w Alpe di Pampeago było aż 65 kilometrów, bowiem pomiędzy obie góry wsadzono jeszcze podjazdy na Passo Pampeago i Passo Lavaze. Na Manghen pierwszy był znany uciekinier Stefano Pirazzi, zaś na mecie Czech Roman Kreuziger.
Na swój pojedynek z trydenckim olbrzymem ruszyliśmy z grubsza kwadrans po jedenastej. To znaczy Adam z Piotrem wystartowali o 11:13, zaś ja z Romkiem dwie minuty później. Jedynie Darek dłużej zbierał się do drogi i włączył swój licznik o 11:26. Początek podjazdu prowadził w kierunku północno-zachodnim do ronda przed Telve (2,1 km). Nachylenie początkowo było umiarkowane, lecz stopniowo rosło i pod koniec drugiego kilometra sięgnęło nawet 10%. Koledzy zaczęli spokojnie, więc już na tym odcinku odjechałem Romanowi oraz wyprzedziłem naszą dwójkę wczesnych liderów. Na rondzie trzeba było odbić w prawo. Przez następne dwa kilometry droga SP31 omijała Telve jakby była wschodnią obwodnicą tego miasteczka. Po przejechaniu czterech kilometrów dojechałem do rozjazdu, na którym należało skręcić w prawo ku osadzie Tolver. Na dojeździe do wioski Martinelli (5,0 km) obejrzałem się za siebie i spostrzegłem, że Adam w szybkim tempie zbliża się do mnie. Postanowiłem lekko zwolnić i ułatwić mu pościg dzięki czemu zyskałem towarzysza na spory kawałek tej wymagającej wspinaczki. W połowie szóstego kilometra tuż za krótką ścianką o nachyleniu 10,1% droga wpadła do lasu i miała pozostać w cieniu drzew przez kolejne siedem kilometrów. W tym czasie wiodła prawym (zachodnim) brzegiem potoku Maso. Na siódmym i ósmym kilometrze stromizna była znaczna z maxem 10,8%. Potem jednak mogliśmy odsapnąć na dwóch kilometrach typowego „falsopiano”. Ów parokilometrowy dojazd do Ponte Salton (12,2 km), za wyjątkiem drugiej połówki jedenastego kilometra, był najłatwiejszym fragmentem całego podjazdu. Dojechawszy do tego mostu z punktu widzenia dystansu byliśmy już za półmetkiem wzniesienia. Jednak w pionie brakowało nam do celu jeszcze przeszło 900 metrów. Przedsmakiem stromego finału były dwa następne kilometry składające się z dwóch krótszych odcinków ze ściankami na poziomie aż 11,8%. Na pierwszym z nich minęliśmy wioskę Calamento (12,6 km), zaś na drugim Pra de Palu (13,8 km). Na tych stromiznach Adam chwilami zostawał, ale nie chciałem mu odjeżdżać. Do przełęczy brakowało jeszcze prawie dziesięciu kilometrów, więc wolałem jechać z pewną rezerwą, choćby tempem swego kolegi. Adam przetrwał ten trudniejszy odcinek dzięki czemu razem przejechaliśmy jeszcze ze trzy kilometry prowadzące przez wioskę Baessa (15,6 km) ku Malga Valtrighetta (17,2 km).
Stroma końcówka wzniesienia zaczęła się już kilkaset metrów przed tym gospodarstwem. Według „PVB-21” średnie nachylenie na ostatnich 6700 metrach tego podjazdu wynosi 9,5%. Na szczęście wspinaczka, choć trudna jest tu regularna. Dwa najtrudniejsze półkilometrowe odcinki mają średnio po 10,6%. Stromizna w siedmiu punktach przekracza 11%, acz maximum zanotowane przez mój licznik ponownie wyniosło „tylko” 11,8%. Finał podjazdu ma również spore walory „artystyczne”. Widoki na ostatniej kwarcie owej wspinaczki są doprawdy sielankowe. Poza tym na ostatnich pięciu kilometrach trasa staje się kręta co nieco ułatwia jazdę jak i podziwianie okolicy. Kilka kilometrów przed szczytem Adam na dobre odpuścił, więc zdecydowałem się mocniej pojechać ową końcówkę. Nie tylko my korzystaliśmy tego dnia z ładnej pogody, więc przed dotarciem na przełęcz wyprzedziłem kilka osób, w tym pewną dzielną kolarkę. Ostatecznie finiszowałem po przejechaniu 23,5 kilometra w czasie 1h 41:44 (avs. 13,5 kmph). Wśród oficjalnych segmentów znalezionych na stravie najdłuższym jest sektor o długości 19,3 kilometra i średniej 7,3% zaczynający się na rozjeździe tuż za Telve. Ten odcinek przejechałem w 1h 28:27 (avs. 13,1 kmph i VAM 961 m/h). Adam i Romek choć nie jechali razem uzyskali na nim bardzo zbliżone czasy. Ten pierwszy wykręcił tu czas 1h 33:14, zaś drugi 1h 33:31 (obaj z avs. 12,4 km/h). Jako czwarty na przełęcz dotarł Dario, który na owym segmencie spędził 1h 43:18 (avs. 11,2 km/h). Najwięcej potu w słońcu na południowej Manghen wylał niewątpliwie Pedro, który wspomniane 19 kilometrów z hakiem pokonał w 2h 01:39 (avs. 9,5 km/h) po raz kolejny dając dowód swej wielkiej ambicji i siły charakteru. W oczekiwaniu na Piotra i Darka kręciliśmy się w trójkę po przełęczy. Podeszliśmy w kierunku krzyża, pod którym zrobiliśmy sobie pierwsze zdjęcie. W schowku u jego podstawy znaleźliśmy zawilgoconą księgę pamiątkową, do której wpisał się Adamo. Gdy byliśmy już na górze w komplecie Dario strzelił nam zdjęcie grupowe pod jedną z tablic. Następnie zjechaliśmy kilkaset metrów do Baita Manghen, wybudowanej po północnej stronie przełęczy nad maleńkim Lago di Cadinel. Schronisko było wręcz oblegane. Niełatwo było zamówić upragnione zimne napoje. Na szczęście obsługa jakoś ogarniała to straszne zamieszanie. Postanowiłem nie ograniczać się do napitku i zamówiłem też pana cottę z owocami leśnymi. Deser palce lizać – godna nagroda za przeszło 100 minut wysiłku.
GÓRSKIE ŚCIEŻKI
https://www.strava.com/activities/679443140
https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/679443140
ZDJĘCIA
FILM

