DANE TECHNICZNE
Miejsce startu: Sarnano
Wysokość: 1521 metrów n.p.m.
Przewyższenie: 1026 metrów
Długość: 14,4 kilometra
Średnie nachylenie: 7,1 %
Maksymalne nachylenie: 12 %
PROFIL
OPIS
Po mocnej sobocie w trzech aktach nie było czasu na odpoczynek. Niedziela 22 lipca wcale nie zapowiadała się łatwiej. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że miało być trudniej. Kolejny dzień z trzema górami, porównywalnej wielkości i klasy do tych sobotnich. Niemniej tym razem musieliśmy sobie jeszcze poradzić z większą ilością dłuższych transferów samochodowych. To znaczy nie tylko tym jednym wieczornym, ale i paroma innymi pomiędzy kolejnymi wzniesieniami. Dzień zaczynaliśmy w regionie Marche by skończyć go już w Abruzji. Dokładnie zaś w stolicy tego regionu czyli L’Aquili. Mieście, które pięć lat wcześniej zostało nawiedzone przez silne trzęsienie ziemi, które pochłonęło aż 308 ofiar i zniszczyło tysiące budynków. Każda z czekających nas gór została już przetestowana przez największe włoskie wyścigi. Oczywiście przez Giro d’Italia, ale też przez marcowe Tirreno – Adriatico. Do pierwszej z nich mieliśmy ledwie kilka kilometrów. Zaplanowaliśmy pobudkę na godzinę ósmą. Zbudziły nas hałasy za oknem. Okazało się, że w najbliższej okolicy rozegrane zostaną zawody motocrossowe. Co więcej dosłownie kilkadziesiąt metrów od dziedzińca naszego gospodarstwa agroturystycznego urządzono park maszynowy z kilkudziesięcioma motocyklami. Hałas ich silników byłby wstanie obudzić nawet umarłego. Nie byliśmy jednak zainteresowani rolą widzów tego głośnego widowiska. Po zjedzeniu śniadania i spakowaniu naszego ekwipunku tuż przed dziesiątą ruszyliśmy ku własnym wyzwaniom. Pierwszym był podjazd pod Pizzo di Meta (1525 m. n.p.m.). W kolarskim światku znany lepiej pod hasłem Sasso Tetto od nazwy sąsiedniego wierzchołka górskiego. W każdym razie to 14,6 kilometra o średnim nachyleniu 6,8 % i przewyższeniu 995 metrów. Niemniej warto zauważyć, iż na profesjonalnych wyścigach pojawia się on raczej w skróconej wersji z finałem na przełęczy Valico di Santa Maria Maddalena (1455 m. n.p.m.). Wielkie Giro przejeżdżało przez nią dwukrotnie tzn. w latach 1987 i 1990. Za pierwszym razem premię górską wygrał tu Włoch Roberto Conti, za drugim Australijczyk Phil Anderson. W bliższych nam czasach tj. latach 2009-2011 trzykrotnie znalazła się ona na trasach królewskich odcinków T-A.
Bez problemów znaleźliśmy prowadzącą ku nim drogę SP 120, zaś w bocznej uliczce miejsce do zaparkowania samochodu. O 10:20 byliśmy już gotowi na pierwszą rundę naszego niedzielnego pojedynku z Apeninami. Sam początek miał nawet lekko spadkową tendencję. Prawdziwa wspinaczka zaczęła się dopiero półtora kilometra za miastem na wysokości Ponte Romani (496 metrów n.p.m.). Na pierwszych kilku kilometrach minęliśmy kilka niewielkich osad tzn. Brilli (Sant’Eusebio), Marcani, Stinco i w końcu Piobbico (735 m. n.p.m.) po pokonaniu 5,4 kilometra od centrum Sarnano. Droga dobrej jakości, a przy tym kręta i zachęcająca motocyklistów do odrobiny szaleństwa. Poszczególne wiraże zostały dla nich odpowiednio zabezpieczone. Jazda w pełnym słońcu. Już na samym dole było 29 stopni Celsjusza, na trasie max. 32, zaś na górze wciąż 26. Po pokonaniu 12,4 kilometra na wysokości niespełna 1290 m. n.p.m. należało skręcić ostro w prawo, acz i droga na wprost doprowadziłaby by nas do celu, choć niejako „bocznymi drzwiami”. Na przełęcz położoną między niezbyt wyniosłymi wierzchołkami Pizzo di Meta (po prawej) i Sasso Tetto (po lewej) wjechałem w czasie 56:13 pokonując 14,7 kilometra z przeciętną prędkością 15,7 km/h. Potem już na spokojnie pokręciłem się po najbliższej okolicy. Najpierw płaską boczną drogą wzdłuż północnego zbocza Sasso Tetto. Nieco później odkryłem wznoszący się wyżej niż sama przełęcz asfalt po południowo-zachodniej stronie Pizzo di Meta. Dokręciłem 1300 metrów dzięki, którym przekroczyłem pułap 1500 m. n.p.m. Następnie rozpocząłem zjazd, lecz na wysokości około 1400 m. n.p.m. spotkałem jadącego z naprzeciwka Darka. Mój kompan stracił sporo czasu przez błędną decyzję na rozjeździe w połowie trzynastego kilometra. Zawróciłem i razem dojechaliśmy na przełęcz, a potem jeszcze wyżej bo na zachodni skraj Pizzo di Meta. Tym razem nawet kilkaset metrów dalej niż zrobiłem to wcześniej sam. Do Sarnano zjechaliśmy spokojnie, na krótko przed godziną trzynastą.
GÓRSKIE ŚCIEŻKI
https://www.strava.com/activities/167646602
https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/167646602
ZDJĘCIA

