Port de Cabus

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: La Massana

Wysokość: 2305 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1073 metry

Długość: 17,7 kilometra

Średnie nachylenie: 6,1 %

Maksymalne nachylenie: 12 %

PROFIL

OPIS

Trzeci dzień w Andorze to była druga z rzędu wycieczka do ośrodka narciarskiego Vallnord. Składa się on z dwóch sektorów: Ordino-Arcalis i Pal-Arinsal. Pierwszy odwiedziliśmy w poniedziałek. Zatem we wtorek nie pozostało nam nic innego jak ruszyć na zachód szosą CG-4. Na jedenastym etapie naszej wyprawy mieliśmy wjechać na Port de Cabus (2305 m. n.p.m.) oraz dotrzeć do Estacio d’Esqui d’Arinsal (1905 m. n.p.m.). Idealnym punktem wypadowym do obu wspinaczek była miejscowość La Massana. Dojazd do niej był taki sam jak dzień wcześniej do Ordino z tą różnicą, że o przeszło dwa kilometry krótszy. Tym niemniej aby dotrzeć na to miejsce najpierw należało się skutecznie wydostać z lokum w HolaStays Fontbernat. Tymczasem już pierwszego dnia odkryliśmy, że trzeba uważać na zamek w drzwiach od naszego apartamentu. Nie będąc w posiadaniu klucza w razie zatrzaśnięcia drzwi można je było otworzyć tylko od wewnątrz. Pech chciał, że tego dnia w porannym zamieszaniu Darek zamknął owe podstępne wrota zostawiwszy klucze w kuchni. Znaleźliśmy się więc na hotelowym korytarzu bez dostępu do rowerów i reszty naszych rzeczy. Na nic zdała się interwencja u prowadzącej hostel Hiszpanki, ani też zawezwanie jej znajomego ślusarza. Kolejnym krokiem zdawało się już tylko sprowadzenie miejscowej policji do nadzoru nad siłowym wtargnięciem na pokoje. Z desperacji podjęliśmy jeszcze ryzykowną akcję we własnym zakresie. Otóż każdy apartament miał jedno okno dachowe na wysokości około trzech metrów. My zaś mieliśmy swobodny dostęp do sąsiedniego lokalu. Dario zdecydował się wyjść na dach hostelu by sprawdzić możliwość otwarcia od zewnątrz okna w naszej kuchni. Nie mając do dyspozycji drabiny zbudowaliśmy mu ad hoc chybotliwą konstrukcję ze stołu i krzeseł. Po chwili był już na dachu. Niestety nasze okienko okazało się być skutecznie zablokowane od środka. Na nic zdało się podjęte ryzyko. Na pamiątkę z tej akcji pozostał nam jednak krótki filmik ukazujący Encamp z perspektywy andorskiego kominiarza. Gdy Darek igrał z losem na stromym dachu hostelu ja dalej grzebałem w zamku szukając bezpieczniejszego sposobu na wyjście z kłopotliwej sytuacji. Powoli traciłem już nadzieję, aż tu nagle blokada puściła i ku naszemu zdumieniu mogliśmy wejść do środka. Jak tylko pokonaliśmy tą przeszkodę czym prędzej spakowałem się do wyjazdu. Rafał niebawem też był zwarty i gotowy. Tylko Darek potrzebował więcej czasu, a że nie chciał nas opóźniać stwierdził że dojedzie na start górskiego odcinka rowerem.

Dojazd samochodem zajął nam ledwie kwadrans, więc tuż przed jedenastą byliśmy już na miejscu. Zaparkowaliśmy przy Avinguda del Ravell na wysokości parku Prat Gran. Trzysta metrów za dolną stacją kolejki górskiej La Massana, gdzie na rozjeździe dróg CG-3 i CG-4 wyznaczyłem nam start jedenastego etapu. W pierwszej kolejności mieliśmy pokonać trudniejszy z dwojga podjazdów czyli Port de Cabus. To wspinaczka o długości 17,7 kilometra i przewyższeniu 1073 metrów co daje średnie nachylenie 6,1 % przy max. 11 %. Ta góra w pełnym wymiarze nigdy nie znalazła się na trasie prestiżowego wyścigu etapowego. Tym niemniej podczas Volta a Catalunya z roku 1977 kolarze pokonali jej najtrudniejszą część zmierzając do mety wyznaczonej na Col de la Botella (2063 m. n.p.m.). Co ciekawe choć tego dnia brylowali hiszpańscy górale to cały wyścig i tak zdominowali kolarze z Niderlandów. Ten górski etap wygrał Jose-Enrique Cima wyprzedzając Manuela Esparzę o 9 i Francisco Galdosa o 13 sekund. Jednak w generalce Volty triumfował Belg Freddy Maertens przed swym rodakiem Johanem De Muynckiem oraz Holendrem Joopem Zoetemelkiem. W kolarskim światku lepiej znany jest skromniejszy podjazd do Estacio del Pal kończący się u kresu drogi CS-420 na wysokości 1900 metrów n.p.m. W tym miejscu zakończył się piętnasty etap Tour de France 1993 wygrany przez Oliveiro Rincona. Kolumbijczyk o 1:50 wyprzedził na nim grupę faworytów, którą przyprowadził Szwajcar Tony Rominger. Nasz Zenon Jaskuła finiszował tu czwarty za Bjarne Riisem, ale przed wielkim Miguelem Indurainem. Vuelta a Espana zajrzała tu czterokrotnie. Po raz pierwszy już w sezonie 1985 kiedy to wyznaczono tu metę 16-kilometrowej czasówki ze startem w Andorra La Vella. Na tym etapie prawdy najlepszy był inny Kolumbijczyk Francisco „Pacho” Rodriguez, który o 10 sekund wyprzedził liderującego Szkota Roberta Millara i o 14 swego rodaka Luisa „Lucho” Herrerę. W późniejszych latach etapy ze startu wspólnego wygrywali tu: Hiszpan Jose-Maria Jimenez (1998 i 2001) oraz Bask Igor Anton (2010). „El Chava” Jimenez za pierwszym razem wyprzedził Fernando Escartina i Roberto Herasa, zaś za drugim ponownie Escartina i swego kolegę z iBanesto.com Juan-Miguela Mercado. Z kolei Anton przed sześciu laty o 3 sekundy wyprzedził z Galisyjczyka Ezequiela Mosquerę i o 10 sekund ś.p. Katalończyka Xabiera Tondo. Dzięki temu sukcesowi kolarz Euskaltel-Euskadi na trzy dni przywdział czerwoną wówczas koszulkę lidera VaE. Stracił ją w dramatycznych okolicznościach po kraksie u podnóża Pena Cabarga w Kantabrii.

Port de Cabus i Estacio de Pal mają wspólne pierwsze 8,5 kilometra co oznacza, iż dolną połówkę pierwszego z naszych wtorkowych podjazdów przemierzali też sześciokrotnie uczestnicy Volta a Catalunya. Jako pierwszy w stacji Pal triumfował Duńczyk Bo Hamburger w sezonie 1997. W jego ślady poszli czterej Hiszpanie: Juan-Antonio Garrido (2002), Miguel-Angel Martin Perdiguero (2004), Julian Sanchez Pimienta (2005) i Alberto Contador (2011) oraz Włoch Leonardo Piepoli (2005). Z kolei na Semana Catalana z roku 1996 najszybciej dotarł tu Szwajcar Alex Zulle. My dwaj skromni amatorzy ruszyliśmy ku kolejnej przygodzie razem o godzinie 11:07. Szybko się rozstaliśmy mimo, że pierwsze kilometry tego podjazdu są dość łatwe. Jak wynika z naszych danych zarejestrowanych na strava.com już na dojeździe do Erts (2,4 km) wyprzedziłem Rafała o niemal dwie minuty. Ten fragment wzniesienia o nachyleniu nieco ponad 4 % jak dla mnie był w sam raz do mocnej rozgrzewki. Aby pozostać na drodze CG-4 musiałem teraz skręcić w lewo. Jadąc na wprost znalazłbym się na szosie CG-5, na której zaczyna się podjazd do stacji Arinsal. Z nim zaś mieliśmy się zapoznać dopiero w drodze powrotnej z Cabus czyli niejako na deser po daniu głównym. W połowie czwartego kilometra dojechałem do wioski o finezyjnej nazwie Xixerella (3,6 km). Za nią przez kolejne półtora kilometra stromizna nie spadała poniżej 7 %. Podjazd stopniowo stawiał coraz wyższe wymagania. Stromizna szła w górę, zaś moja średnia prędkość w dół. O ile na odcinku z La Massana do Erts ze średnią 4 % kręciłem w tempie 19,4 km/h o tyle na sektorze z Erts do Pal przy nachyleniu 6 % już tylko ze średnią 16,4 km/h. Głębiej mogłem odetchnąć dopiero w drugiej połowie szóstego kilometra tuż przed wioską Pal (5,8 km). Jednak najtrudniejszy fragment całego wzniesienia miałem dopiero przed sobą. Siódmy kilometr miał średnie nachylenie 9,7 % i odcinki o stromiźnie sięgającej 11 %. Podobnie jak w poprzednich dwóch dniach wszystko to mieliśmy zresztą drobiazgowo rozpisane na eleganckich tablicach przydrożnych. Tu zaś dodatkowo do połowy dziewiątego kilometra owa informacja była podwójna gdyż dotyczyła zarówno drogi kolarskiej numer 8 Estacio de Pal jak i nr 9 czyli Port de Cabus. Oba szlaki rozdzielają się na wysokości około 1760 metrów n.p.m. Ów rozjazd poprzedza zaś trudny kilometr na średnim poziomie 8,8 %. Dojechawszy do tego strategicznego punktu musiałem skręcić w prawo. Gdybym odbił w lewo do stacji Pal pozostałoby mi tylko 2400 metrów.

Tymczasem droga do Port de Cabus była jeszcze długa. Zbliżałem się dopiero do półmetka tej wspinaczki. Końcówka miała być wprawdzie stosunkowo łatwa, lecz najpierw trzeba było pokonać trzy kilometry ze średnią około 8 % na dojeździe do Col de la Botella (12,3 km). Wcześniej bo na początku jedenastego kilometra minąłem narciarskie wyciągi przy El Cubil (10,1 km). Kolejne relikty zimowego sezonu ujrzałem na wspomnianej już Botelli. Odtąd podjazd stał się znacznie łatwiejszy. Na początku czternastego kilometra minąłem niewielki parking i tuż za nim oryginalną instalację pt. „Tempesta en una tassa de te” autorstwa amerykańskiego artysty Dennisa Oppenheima. „Burza w filiżance herbaty” to sztuka na wysokim poziomie i to dosłownie bo wystawiana na wysokości 2100 metrów n.p.m. Minąłem ją w samo południe, więc nie była to jeszcze pora na podwieczorek. Do końca podjazdu brakowało mi wciąż 4600 metrów. Kilometr piętnasty i początek szesnastego były niemal płaskie, więc mogłem przyśpieszyć nawet do 28-29 km/h. Potem droga skręciła na południe i przez około dwa kilometry trzymała na poziomie 6 %. Ten odcinek przejechałem w tempie 15-17 km/h i dopiero na łatwiejszej końcówce pozwoliłem sobie na bardziej energiczny finisz. Wspinaczka na Port de Cabus kończy się na samym krańcu szosy CG-4 tuż pod hiszpańską granicą. Asfaltowa droga przechodzi tu w gruntowy szlak wiodący do wioski Tor. Zmagania z tą górą zakończyłem po przejechaniu niespełna 17,8 kilometra w czasie 1h 08:45 (avs. 15,5 km/h) co przy przewyższeniu 1069 metrów dało VAM na poziomie 933 m/h. Na Rafała czekałem nieszczególnie długo, bo niespełna 20 minut. Przyjechał w towarzystwie innego cyklo-amatora. Na górze spotkaliśmy też młodego okularnika z Kraju Basków, który podawał się za ziomka Iona Izagirre. Dziwnym trafem po okolicy kręcił się też nasz znajomy z Arcalis czyli turysta rodem z Dalekiego Wschodu. Na stravie najdłuższy segment ma 14,4 kilometra i zaczyna się w Xixarella. Liderem na nim jest Daryl Impey z Orica-Greenedge z wynikiem 41:06. Ja uzyskałem tu czas 57:13 (avs. 15,1 km/h i VAM 924 m/h), zaś Rafa 1h 13:06 (avs. 11,8 km/h i VAM 723 m/h). Na ósmym kilometrze zjazdu, na wysokości El Cubil minąłem się z Darkiem. Jechał na maksa, bardzo skupiony i najwyraźniej odpowiednio rozgrzany dojazdem do La Massany. Pokonał to wzniesienie w czasie zbliżonym do mojego czyli 57:44 (avs. 15,0 km/h i VAM 916 m/h). Natomiast na odcinku od rozdroża do mety był ode mnie szybszy o 15 sekund. Ostatnie 9,3 kilometra przejechał w 35:18 (avs. 15,9 km/h). Ja miałem tu 35:33 (avs. 15,8 km/h), zaś Rafa całkiem żwawe 41:31 (avs. 13,5 km/h).

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/601614759

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/601614759

ZDJĘCIA

Cabus_001

Zdjęcie 1 z 50