Port de la Bonaigua

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Esterri d’Aneu

Wysokość: 2072 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1120 metrów

Długość: 19,7 kilometra

Średnie nachylenie: 5,7 %

Maksymalne nachylenie: 6,5 %

PROFIL

OPIS

Do bazy zjechaliśmy pojedynczo, dzięki czemu w lokalu nie było kolejki do łazienki. Pobyt w Peret de Pereto przedłużyliśmy sobie o blisko godzinę. Wyjechaliśmy około trzynastej. Do podnóża drugiej góry mieliśmy tylko 14 kilometrów. Po ośmiu kilometrach zjazdu wróciliśmy na historyczny szlak Zenona Jaskuły. Ten z szesnastego etapu Tour de France 1993. Najpierw w czwartek zaliczyliśmy Port del Canto, a teraz mieliśmy przed sobą Port de la Bonaigua (2076 metrów n.p.m.). Wspinaczkę na przełęcz „Dobrej Wody” mogliśmy zacząć w Esterri d’Aneu bądź na równoległej drodze C-28. Wybraliśmy to pierwsze rozwiązanie. W trakcie dojazdu zaskoczył nas ulewny, acz szczęśliwie tylko przelotny deszcz. Dlatego dojechawszy do miasteczka nie od razu wyszliśmy z auta. Przygotowania do jazdy można było zacząć o wpół do drugiej. Bonaigua to trzecia pod względem wysokości droga w Katalonii. Wyższe są tylko te prowadzące do stacji Vallter-2000 i na Coll de Pal. To najwyższa w tym regionie Hiszpanii przełęcz szosowa z prawdziwego zdarzenia, gdyż Pal jest wyasfaltowana tylko z jednej strony. Podjazd to bardzo solidny, acz niespecjalnie stromy. Według profilu ze strony „rocobike” ma on długość 19,7 kilometra i przewyższenie 1120 metrów. To daje średnie nachylenie o umiarkowanej wartości 5,7 %. Najtrudniejszy kilometr trzyma na poziomie 7,2 %, zaś maksymalna stromizna to jedynie 8,6 %. Wzniesienie to można zatem pokonać na dość twardym przełożeniu i w równym tempie, o ile tylko wytrzyma się jego spory dystans. Bonaigua jak na razie trzykrotnie została przejechana w trakcie Tour de France oraz siedem razy wypróbowano ją na trasach Vuelta a Espana. Jeśli chodzi o „Wielką Pętlę” to jej historia jest tożsama z opowieścią o Port del Canto. Obie występowały w tej imprezie na tych samych etapach z lat 1974, 1993 i 2016. W dwóch pierwszych przypadkach na obu premiach górskich zwyciężali nawet ci sami kolarze tzn. Bask Domingo Perurena i Szwajcar Tony Rominger. W tym roku po raz pierwszy pokonana od zachodu Bonaigua należała do Francuza Thibaut Pinot. Na Vuelcie zawsze była forsowana od naszej czyli wschodniej strony. Najpierw dwa razy na etapach do Vielhy, potem czterokrotnie na szlaku do Pla de Beret jak i za ostatnim razem gdy metę wyznaczono we francuskiej stacji Peyragudes. Na górze triumfowali kolejno: Juan Fernandez (1980), Alberto Fernandez (1983), Jose Martin Farfan (1992), Alex Zulle (1995), Felix Rafael Cardenas (2003), David Moncoutie (2008) i Nicolas Edet (2013).

Tym razem jako pierwszy z nas do boju ruszył Darek, który swój pojedynek z Bonaiguą rozpoczął o 13:46. Ja wraz z Rafałem wystartowałem dziewięć minut później. Licznik włączyłem przy wjeździe na miejscową starówkę. Ten krótki odcinek trzeba było przejechać po kostce, a następnie odbić w lewo na Avinguda Joaquim Morello alias C-28z. Trzysta metrów po zakręcie byliśmy już poza miasteczkiem. Zacząłem szybko, więc rychło się rozstaliśmy. Po przejechaniu kilku wiraży na drugim i trzecim kilometrze dojechałem do wioski Valencia d’Aneu (2,8 km). Na tym początkowym odcinku odrobiłem do Darka 1:15, zaś Rafał stracił do mnie 1:52. Niespełna kilometr dalej dotarłem do drogi C-28. Pierwsze kilometry na tej szosie były najmniej przyjemnym fragmentem całej wspinaczki. Niemal prosty i przy tym szeroki odcinek jezdni. Czułem się jakbym jechał po autostradzie. To teren dobry do szybkiej jazdy samochodem, ale na rowerze można się poczuć jakby się stało w miejscu. Przy tym wcale nie było tu łatwo, gdyż początkowo stromizna przekraczała nawet 8 %. Szosa nabrała bardziej górskiego charakteru dopiero w połowie siódmego kilometra za szerokim wirażem, z którego na północ odchodzi szlak do miejscowości Boren i Isil. Po przejechaniu 10 kilometrów minąłem boczną drogę do Refugi del Gerdar. Dwunasty kilometr okazał się być najtrudniejszym na całym podjeździe, gdyż nachylenie przez 750 metrów utrzymywało się na poziomie od 7 do 8,6 %. Pod koniec dwunastego kilometra ujrzałem w oddali serpentyny wytyczone niejako w poprzek dotychczasowego szlaku. Ów kręty fragment wzniesienia miał się zacząć po pokonaniu 13,3 kilometra. Poprzedzający go środkowy segment o długości 6,4 kilometra i średniej 5,9 % przejechałem w 23:12 (avs. 16,7 km/h). Dario uzyskał tu wynik 25:59 (avs. 14,9 km/h), zaś Rafa 30:37 (avs. 12,7 km/h). Do szczytu brakowało stąd jeszcze 6500 metrów, z czego na pierwszych czterech kilometrach trzeba było pokonać kilkanaście wiraży. Jazda po nich to większa frajda niż na prostej długiej po horyzont. Na każdym zakręcie można odrobinę wypocząć, a nawet nabrać nieco prędkości przy wyjściu z niego. Minąłem tu najpierw restaurację Les Ares (14,7 km), zaś wyżej wyciągi narciarskie spod szyldu Peulla 1900. Tuż przed szczytem wjechałem w chmury, więc widoczność stała się mocno ograniczona. Swoją wspinaczkę zakończyłem po przejechaniu 19,87 kilometra w czasie 1h 10:11 (avs. 17,0 km/h).

Darka nie udało mi się dogonić. Dzięki temu jak i przytomności swego kolegi zostałem nagrany na ostatnich metrach. Na górze było wietrznie i wilgotno, ale wciąż dość ciepło. Startowaliśmy przy temperaturze 27 stopni Celsjusza, zaś kończyliśmy przy 19. Obaj potraktowaliśmy to wzniesienie poważnie, więc mocno się spociliśmy. Trzeba się było przebrać na zjazd. Postanowiliśmy zastosować trick Artura czyli zdjąć zawilgoconą koszulę bliższą ciału, po czym ubrać ją na wierzch. Nawet w tymczasowym stroju „topless” chłodny wiatr mniej dokuczał niż w mokrej odzieży. Na przełęczy niewiele było widać. Stanęliśmy przy tablicy na wysokości parkingu. Tymczasem wystarczyło przejechać sto czy dwieście metrów więcej by schować się w cieniu restauracji Cap del Port czy schroniska o niewyszukanej nazwie El Refugi. Rafał nie kazał na siebie długo czekać. Stracił do mnie tylko 19 minut, więc spisał się znacznie lepiej niż na świętym Maurycym. Na stravie znalazłem segment o długości 19,4 kilometra i przewyższeniu 1111 metrów, na którym zarejestrowano 208 użytkowników tego programu. Uzyskałem na nim czas 1h 09:24 (avs. 16,8 km/h i VAM 960 m/h) co niespodziewanie jest tu na razie trzecim wynikiem! Co więcej ledwie pięciu sekund zabrakło mi do drugiej pozycji. Darek pokonał tą trasę w 1h 16:07 (avs. 15,3 km/h i VAM 875 m/h). Natomiast Rafał wspiął się w 1h 28:33 (avs. 13,2 km/h i VAM 753 m/h). Zajmują tu odpowiednio 25 i 71 miejsce. Każdy z nas dobrze wytrzymał to wzniesienie. Ja finałowe 6,5 kilometra o średniej 6,1 % przejechałem w 24:40 (avs. 16,0 km/h). Dario wykręcił na tej tercji czas 25:41 (avs. 15,4 km/h), zaś Rafa 30:28 (avs. 12,9 km/h). Z danych na stravie wyciągnąć można jeszcze jeden wniosek. Większość amatorów kolarstwa zaczyna wschodnią Bonaiguę nie w miasteczku, lecz na głównej drodze. Skąd to podejrzenie? Otóż na segmencie długości 16,1 kilometra zaczynającym się u zbiegu dróg C-28z i C-28 zanotowano wyniki aż 762 osób. Na zjeździe, szczególnie w jego początkowej fazie, nie brakowało miejsc wartych postoju. Miejscówek z których można było nacieszyć swe oczy ładnym widokiem. Do Esterri d’Aneu zjechałem kwadrans po czwartej. Na czternastym etapie przejechaliśmy 70,5 kilometra o przewyższeniu 2096 metrów.

Po zapakowaniu się do samochodu te same 20 kilometrów musieliśmy pokonać raz jeszcze. Po drugiej stronie przełęczy zastały nas warunki pogodowe godne „krainy deszczowców”. Na zachód od Port de Bonaigua leży Val d’Aran. Ta dolina to rejon ciekawy pod wieloma względami. W przeszłości ścierały się tu głównie wpływy francuskie i aragońskie. Dziś comarka Aran ma własny status autonomiczny w ramach katalońskiej wspólnoty autonomicznej. Na czele lokalnych władz stoi syndyk, co bynajmniej nie oznacza iż powiat ten znajduje się w stanie upadłości. Geograficznie to jedyny obszar Katalonii leżący po północnej stronie Pirenejów. Dlatego wody Garonny i jej dopływów płyną do Oceanu Atlantyckiego, a nie do Morza Śródziemnego jak wszystkich innych katalońskich rzek. Poza tym język kataloński jest w tych stronach ledwie trzecim pod względem popularności po hiszpańskim i arańskim. Tym ostatnim włada 34 % mieszkańców. L’aranes jest spokrewniony z katalońskim, acz stanowi jeden z dialektów języka oksytańskiego. Jest to w zasadzie jego dialekt gaskoński używany na południowym-zachodzie Francji. Można więc rzec, że miejscowi są rodakami D’Artagnan’a – słynnego muszkietera z powieści napisanych przez Alexandre’a Dumusa seniora. Gdy dojechaliśmy do Vielhy nie od razu udaliśmy się do naszej szóstej bazy noclegowej przy drodze N-230. Najpierw za namową Darka udaliśmy się na posiłek. Wybraliśmy położony w centrum miasta bar Mandronius. Niestety dla naszego kolegi tamtejsza pizza była poniżej krytyki. Zdegustowany Dario wpisał ją na ostatnie miejsce swej „wirtualnej” listy smaków. Jeśli dobrze kojarzę to na podium są obecnie posiłki z Morgex w Dolinie Aosty oraz z Bregenz i Zell am See w Austrii. Hiszpania raz jeszcze kulinarnie rozczarowała kolegę. Niemniej od czego mieliśmy kuchnię własną. Towaru nie brakowało, gdyż pod bokiem stał supermarket sieci Mercadona. Rafał nabył w nim pyszne krewetki, więc ja nie miałem powodów do narzekania.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/605058860

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/605058860

ZDJĘCIA

FILM