W sobotę 9 lipca mieliśmy się przenieść z Cinque Terre do naszej nowej przystani na cichej toskańskiej prowincji pod Reggello. Przy okazji miał to być mój najtrudniejszy dzień na rowerze podczas całej lipcowej wycieczki. W trakcie przejazdu z Volastry do Borgo a Cascia zaplanowałem sobie bowiem dwa przystanki celem „zrobienia” znanych z Giro d’Italia podjazdów pod Passo di Pradaccio (1617 m. n.p.m.) i Il Ciocco (685 m. n.p.m.). Z tego względu planując nasz samochodowy transfer musiałem zrezygnować z najkrótszej 200-kilometrowej drogi po autostradach A15, A11, A12 i A1, której pokonanie zajęłoby nam niewiele ponad dwie godziny. Musieliśmy zboczyć w głąb półwyspu, przemierzając bardziej górzysty teren by wjechać do interesującej mnie doliny Garfagnana. B&B Niria opuściliśmy około dziewiątej tj. zaraz po śniadaniu. Nasi gospodarze Andrea i Maria Franca zdobyli się na miły gest wystawiając rachunek na 280 Euro za cztery doby (zamiast 300 wynikających z cennika). Co więcej Pan Domu zaoferował się bezpiecznie wydobyć nasz samochód z ciasnego zaułka służącego za parking na jego posesji. Początek podróży wiódł nas po trasie, z której skorzystałem trzy dni wcześniej przy dojeździe do podnóża Passo del Lagastrello tzn. najpierw zjazd do La Spezii, potem niedługi odcinek po A15 i SP62 do położonej na rozdrożu kilku dróg Aulli. Dopiero w tym miasteczku musieliśmy skręcić na wschód czyli w drogę SS63, zaś przed wioską Gassano wybrać SS445 ku Casola in Lunigiana. Za tą miejscowością zaczęliśmy podjazd pod Foce Carpinelli (842 m. n.p.m.). Przełęcz ta łączy doliny Lunigiana oraz Garfagnana i już siedmiokrotnie była wykorzystana na Giro, zaś po raz ostatni w 2004 roku.
Po drugiej stronie przełęczy nadal jechaliśmy po drodze SS445 by po minięciu Piazza al Serchio oraz Camporgiano około wpół do dwunastej dotrzeć do pierwszego przystanku w Castelnuovo di Garfagnana. Zaparkowaliśmy pod dachem, bo na krytym parkingu należącym do supermarketu CONAD. Kwadrans później ruszyłem na podbój jednej z najtrudniejszych kolarskich gór w całych Apeninach. Podjazd pod Passo di Pradaccio znany jest lepiej jako San Pellegrino in Alpe za sprawą wioski leżącej na wysokości 1524 m. n.p.m., w miejscu gdzie kończy się najtrudniejszy odcinek całego wzniesienia, jakieś półtora kilometra przed samą przełęczą. Podjazd ten trzykrotnie znalazł się na trasie wielkiego Giro, zaś od niedawna jest też w programie organizowanej na początku lipca imprezy dla amatorów Gran Fondo Prato – Abetone. Profesjonaliści musieli się z nim zmierzyć po raz pierwszy w 1989 roku na przedostatnim, aż 220-kilometrowym odcinku z La Spezii do Prato. Premię górską zdobył wówczas Belg Claude Criqueilion (mistrz świata z roku 1984), lecz sam etap wygrał inny czempion Włoch Gianni Bugno, który dotarł do mety z przewagą 46 sekund na 7-osobową grupką, którą przyprowadził wspomniany Walon. Sześć lat później na etapie z Pietrasanta do Il Ciocco tak premia górska na przełęczy Pradaccio jak i zwycięstwo etapowe przypadło temu samemu kolarzowi tzn. Włochowi Enrico Zainie. Podobnie było w 2000 roku gdy swój solowy atak na stromiźnie przed San Pellegrino rozpoczął jego rodak Francesco Casagrande. Wygrał on premię górską, po czym kontynuował swój rajd i do mety usytuowanej 29 kilometrów dalej na Passo dell’Abetone dotarł z przewagą aż minuty i 39 sekund nad najbliższymi rywalami. Dzięki temu zdobył koszulkę lidera, którą oddał dopiero jedenaście dni później, gdy w przeddzień zakończenia wyścigu wyraźnie przegrał czasówkę do Sestriere ze Stefano Garzellim.
Przeszło dziesięć lat minęło od tego czasu. Niemniej wciąż miałem w pamięci sceny z dwóch ostatnich spotkań Giro ze stromizną pod San Pellegrino in Alpe. Swoją drogą niezła zmyłka w nazwie tego miejsca, wynikająca stąd iż ta część Apenin to tzw. Alpy Apuańskie. Przed wyjazdem w trasę nie zmieniłem koła Ritchey DS Pro na Mavica Aksium z górską kasetą 12-32, więc do pojedynku z czekającą mnie 18-20 % stromizną miałem do dyspozycji co najwyżej przełożenie 39 / 27. Na początek zjechałem z parkingu w kierunku miejskiego parku, w którym trwała właśnie wystawa starych samochodów. Następnie skręciłem w lewo, przejechałem przez wiadukt, skręciłem w prawo i pokonałem most na skromną w środku lata rzeką Serchio. Dotarłem do industrialnych obrzeży miasteczka, przeciąłem tory kolejowe, skręciłem raz jeszcze w prawo by po przejechaniu około 1300 metrów dotrzeć do Via Guglielmo Marconi czyli drogi SP72. W tym miejscu na wysokości około 290 metrów n.p.m. zacząłem swoją wspinaczkę. Pierwsze trzy kilometry miały być stosunkowo łatwe, lecz już po chwili musiałem pokonać dwa-trzy wiraże, gdzie przez trzysta metrów stromizna trzymała na solidnym poziomie 7 %. Potem było znacznie łatwiej czyli przez ponad dwa kilometry cały czas poniżej 5 %. W tym czasie minąłem miasteczko Pieve Fosciana. Na razie jedynym problemem był 30-stopniowy upał. Pokonawszy 2,9 kilometra dojechałem do zjazdu na Campori. Do tego momentu wzniesienie miało średnio 3,7 %, więc jechałem z przeciętna prędkością 21,3 km/h. Aby spotkać się ze słynnym Giro del Diavolo musiałem odbić w prawo i wjechać na drogę SP71. Pozostając na głównej szosie też dojechałbym wysoko, ale znacznie dłuższym i łagodniejszym podjazdem pod Passo delle Radici (1529 m. n.p.m.). Ta przełęcz również była testowana na Giro i to nawet czterokrotnie, ale ostatni raz 35 lat temu.
Już dwieście metrów dalej wjechałem do Campori, gdzie przez chwilę jechałem delikatnymi serpentynami wśród willowych zabudowań. Wkrótce wjechałem do lasu, który tylko momentami ustępował miejsca polom i łąkom wokół pojedynczych gospodarstw rolnych. Nieco gęstszą zabudowę ujrzałem dopiero po przejechaniu 7,3 kilometra dojechawszy do osady Pellizzana. Do największej miejscowości na tym szlaku miałem jeszcze blisko dwa kilometry. Była nią Chiozza, leżąca na wysokości około 940 metrów n.p.m., jakieś 9,2 kilometra od początku wzniesienia. Przed wjazdem do tej wsi stromizna na chwilę odpuściła tzn. spadła do niespełna 6 %. Ogółem jednak odcinek 6,3 kilometra od rozjazdu miał średnie nachylenie 8,3 %, przy max. 13 %. Co godne podkreślenia aż 15 razy wykres z licznika pokazał mi tu wartość powyżej 10 %. Jak na te warunki i swoje możliwości ten fragment przejechałem całkiem szybko, bo z przeciętną 14,7 km/h. Coś mi się w głowie pomieszało i za Chiozzą spodziewałem się napotkać nieco łatwiejszy teren, który miał mi pozwolić na złapanie głębszego oddechu i zaoszczędzenie odrobiny sił przed piekielnym finałem. Tymczasem kolejne 3300 metrów miało średnie nachylenie 8,4 %, zaś stromizna dwukrotnie przekroczyła poziom 13 %. Nie miałem wyboru musiałem w końcu wrzucić tryb 24. Dlatego też odcinek ten pokonałem z nieco niższą przeciętną 13,6 km/h. Nieubłaganie zbliżała się chwila prawdy czyli próba sił na morderczej końcówce wzniesienia. Nieduże napisy „scalata” wymalowane na szosie białą farbą zwiastowały prawdziwą wspinaczkę. Zanim jednak do tego doszło przed osadą Boccaia czekało mnie jeszcze 530 metrów zjazdu.
Ostatnia część podjazdu zaczęła się dla mnie dokładnie po przejechaniu 13 kilometrów. Do przełęczy pozostało stąd jeszcze 3800 metrów, w tym najbliższe 2500 o średnim nachyleniu blisko 13 %. Od razu wrzuciłem tryb 27 i czekałem na najgorsze. Znaki drogowe ostrzegały o stromiźnie sięgającej 18 %, ale z początku nie było aż tak źle. Pierwsze 750 metrów połknąłem jeszcze dość gładko, po czym doczekałem się głównej atrakcji dnia. Kilka bardzo stromych serpentyn, w tym dwa fragmenty o maksymalnym nachyleniu aż 20 % – dokładnie 14,6 oraz 15,5 kilometra od początku wzniesienia. Ten drugi w zasadzie tuż przed wjazdem do San Pellegrino in Alpe, wioską która powstała wokół sanktuarium wybudowanego ku czci świętego, który żył w VII wieku i pochodził ponoć z dalekiej Szkocji. Mając najgorsze za sobą nie spocząłem na laurach i z rozpędu pojechałem dalej ku przełęczy. Jeszcze w kilku miejscach musiałem pokonać przeszło 10 % stromiznę, w tym na 800 metrów przed finałem ściankę o nachyleniu 16 %. W każdym razie ostatnie 3,8 kilometra o średnim nachyleniu 11,2 % pokonałem w tempie 11,5 km/h, z czego mogłem być więcej niż zadowolony. Okazało się, że nawet taką stromiznę będąc dobrze przygotowany mogę pokonać bez kompaktu z przodu czy górskiej kasety w tyle. Całe wzniesienie o długości 16,8 kilometra i przewyższeniu 1273 metrów (według licznika) czy też raczej 1327 metrów (według google-maps) pokonałem w 1 godzinę 9 minut i 38 sekund przy średniej prędkości 14,458 km/h i VAM 1096 czy nawet 1143 m/h. Niestety na przełęczy dopadło mnie stado wrednych much, od których nie mogłem się opędzić. Strzeliłem więc tylko kilka fotek i zjechałem do San Pellegrino, gdzie zatrzymałem się nieco dłużej. Do Castelnuovo di Garfagnana zjechałem o czternastej pokonawszy 36,2 kilometra o przewyższeniu 1319 metrów. Słońce było niemal w zenicie, temperatura 37 stopni Celsjusza mówi sama za siebie.
ZDJĘCIA

