DANE TECHNICZNE
Miejsce startu: Brenzone sul Garda
Wysokość: 1156 metrów n.p.m.
Przewyższenie: 1076 metrów
Długość: 9,3 kilometra
Średnie nachylenie: 11,6 %
Maksymalne nachylenie: 20 %
PROFIL
Przedostatni dzień naszej trydenckiej wyprawy miał być tym najtrudniejszym. Czekały nas dwie bardzo trudne wspinaczki w okolicach pięknego Lago di Garda. Ponownie mieliśmy się trudzić na zboczach masywu Monte Baldo. W sobotę na pierwszy ogień miał pójść ekstremalnie stromy podjazd z Brenzone na Punta Veleno (1156 metrów n.p.m.). To znaczy wspinaczka zaprezentowana kolarskiemu światu przed czterema laty na wyścigu Giro del Trentino. Potem na dobicie czekał nas jeszcze wyższy, większy i dłuższy, acz nie aż tak stromy jak ten pierwszy wjazd z Torbole na Monte Varagna (1529 m. np.m.). Na stronie „archivio salite” obie wspinaczki są notowane nieco wyżej niż mityczne Passo dello Stelvio. Na mojej prywatnej liście miały one wkrótce zająć ósme i jedenaste miejsce wypychając wspomniane Stelvio z pierwszej „10”. Punta Veleno została wyceniona na 1467 punktów, zaś Monte Varagna na 1415. Ku takim celom warto było jechać z Barco nawet przez półtorej godziny. Mieliśmy pokonać samochodami odcinek o długości aż 86 kilometrów. Wyjechaliśmy późno, bo dobrze po godzinie jedenastej. Większą część trasy znaliśmy z dnia poprzedniego. Po przejechaniu przez Mori musieliśmy jechać dalej na zachód drogą SS240 ku największemu z alpejskich jezior Italii. Minęliśmy Loppio skąd Pedro dzień wcześniej atakował Monte Fae. Parę kilometrów dalej rozśmieszył mnie widok tablicy drogowej „Passo San Giovanni 287 m. s.l.m.”. Pomyślałem sobie, że to musi być najbardziej niepozorna ze wszystkich włoskich przełęczy. Jest nieco niższa niż premia górska na kaszubskiej Wieżycy. Do tego wschodni dojazd na przełęcz św. Jana jest niemal płaski. Od strony zachodniej jest troszeczkę zabawy czyli 3,2 kilometra podjazdu o średnim nachyleniu 6,6 %. Niebawem w okolicy miasteczka Nago musieliśmy się rozdzielić. Piotrek nie miał zamiaru się zmagać z długimi odcinkami mozolnej wspinaczki o stromiźnie między 10 a 20%. Zasugerowałem mu zaliczenie wymagających podjazdów pod Passo Santa Barbara i Passo Bordala. Dlatego mazowiecki wóz techniczny przed dotarciem do Brenzone musiał sobie zrobić przystanek w Arco, gdzie Pedro postanowił rozpocząć swój sobotni etap. Tymczasem my zjechawszy do Torbole ruszyliśmy szosą SR249 na południe wzdłuż wschodniego brzegu Gardy.
Po kilku kilometrach wyjechaliśmy z regionu Trentino i wjechaliśmy do Veneto, bowiem owa piekielna góra znajduje się na „weneckiej ziemi”. Początek podjazdu w Brenzone sul Garda znaleźliśmy bez problemu. Trudniej było wybrać miejsce do zaparkowania samochodu. Dlatego zdecydowaliśmy się pokonać ciasny zakręt w lewo i wjechać na pierwszy kilometr wzniesienia. Po przejechaniu 500 metrów znaleźliśmy zatoczkę, w której postanowiliśmy się zatrzymać by poczekać na przyjazd Romka. Przed nami był podjazd jakich mało. Według „archivio salite” ma on długość 10 kilometrów ze średnim nachyleniem 10,8%. Niemniej to źródło zakłada start nieco bardziej na północ w miejscowości Assenza di Brenzone. Ta opcja wydłuża zaś stosunkowo łatwy początek wzniesienia i ma nieco mniejsze przewyższenie tzn. 1081 metrów netto i 1096 metrów brutto. Z kolei „cyclingcols” dodaje, że maksymalna stromizna na Punta Veleno wynosi 20%. Niemniej to co w największym stopniu stanowi o charakterze tego podjazdu to średnie nachylenie na 6-kilometrowym odcinku w samym środku owego wzniesienia. Otóż trzeba na nim pokonać w pionie aż 912 metrów co daje średnie nachylenie aż 15,2%!!! Swego czasu wyliczyłem, że żaden inny podjazd spośród tych, które mieli okazję pokonać profesjonalni kolarze nie był równie stromy. Jedynie zachodni Monte Zoncolan, czterokrotnie wypróbowany na Giro d’Italia, jakoś wytrzymuje porównanie gdyż na najtrudniejszych sześciu kilometrach owej góry trzeba pokonać 894 metrów co daje średnią 14,9%. Wszystkie inne góry mogą się schować. Hiszpańskie Alto de Angliru na tak samo długim odcinku zmusza do pokonania 816 metrów, zaś słynne Mortirolo (od strony Mazzo di Valtellina) 741 metrów. Przereklamowane L’Alpe d’Huez wydaje się łagodną górą, bowiem na jej najbardziej stromym 6-kilometrowym segmencie wystarczy pokonać ledwie 522 metry. Pośród francuskich wzniesień za najbardziej stromy podjazd rodem z Tour de France uchodzić może zachodni Mont du Chat. Podjazd ten wypróbowany w 1974 roku powróci na trasę „Wielkiej Pętli” w sezonie 2017 na etapie dziewiątym do Chambery. Na tej górze do pokonania jest segment o przewyższeniu 680 metrów.
Punta Veleno jak dotąd została przetestowana tylko raz. Na trzecim odcinku Giro del Trentino 2012. Według programu tego wyścigu podjazd miał 9,1 kilometra długości i przewyższenie 1099 metrów co daje średnią 12%. Metę tego etapu zlokalizowano co prawda we wiosce Prada Alta położonej 2,5 kilometra za linią górskiej premii. Niemniej sama końcówka była mało istotna. Wyniki rywalizacji ułożył morderczy podjazd. Najszybciej pokonał go filigranowy Włoch Domenico Pozzovivo (165 cm wzrostu i 53 kg wagi) jakby stworzony przez naturę do pokonywania tego rodzaju wspinaczek. Kolarze zmagali się z tym wzniesieniem pojedynczo. Każdy właściwym sobie tempem. Jedynym asem, który próbował nawiązać walkę z „Pozzo” był nasz rodak Sylwester Szmyd. „Sylwas” przemknął przez linię mety ze stratą 23 sekund. Pozostali zawodnicy stracili do zwycięzcy już ponad minutę. Trzeci Damiano Cunego (+ 1:12), czwarty Jose Rujano (+ 1:20), zaś piąty Roman Kreuziger (+ 1:40). Godzi się pamiętać, że wysoko finiszował też Bartosz Huzarski. „Huzar” przyjechał siódmy ze stratą 2:12. Gdy nadjechał Romano mogliśmy się w końcu zabrać do naszej nierównej walki z tym „górskim potworem”. Rzecz jasna rozpoczęliśmy wszystko od miłego zjazdu do podnóża góry. Dzień był gorący. Na starcie podjazdu mój licznik zanotował 32 stopnie Celsjusza. Naszym faworytem był zdecydowanie najlżejszy pośród nas Dario. Do tej wspinaczki przygotował się bardzo drobiazgowo. Ubrał minimalistyczny strój rodem z zawodów triatlonowych. Pod siodełkiem zamontował sobie niewielki dzwoneczek, który wydawał dźwięki słyszane na szwajcarskich halach. Na starcie pomyślałem sobie, że jadę swoje od początku do końca. Nie patrzę na nikogo, a już najmniej na lżejszego o te kilkanaście kilogramów Darka. Chciałem zacząć spokojnie, a jak przyjdzie to najgorsze miałem przede wszystkim zadbać o równy rytm jazdy i dobry oddech aby możliwie najpóźniej wejść w swoją „czerwoną strefę”. Ruszyliśmy pod górę dokładnie o 13:30. Zacząłem bardzo oszczędnie. Romek i Adam podobnie do mnie. Zbyt wielki czułem respekt do tej góry by chcieć się męczyć już na jej pierwszym kilometrze. Natomiast Dario ruszył mocno i szybko zniknął nam z pola widzenia. Tym lepiej pomyślałem. Nie dość, że męczyć mnie będzie stromizna to jeszcze miałby mnie „dobijać” ów dzwonek zakupiony w Helvetii.
Pierwsze 1200 metrów prowadzące wąską alejką o bardzo dobrej nawierzchni było w zasadzie miłą rozgrzewką. Przez moment pokazała się tu stromizna rzędu 10%, ale były też zupełnie płaskie kawałki. Na tym odcinku w pionie pokonaliśmy ledwie 60 metrów. Przejechaliśmy przez Boccino docierając do Castello. Za tą drugą wioską należało odbić w prawo ku Zignago wybierając jazdę po Via Ugo Foscolo. Już na dojeździe do tego rozdroża Dario nadrobił nad nami po 45-50 sekund. Jednak prawdziwa „zabawa” miała się dopiero zacząć. Każdy z kolejnych sześciu kilometrów miał trzymać na poziomie od 12 do 17%. Takie nachylenie już na odcinku kilkuset metrów robi wrażenie. A co dopiero powiedzieć o wzniesieniu, na którym po każdym tak stromym półkilometrowym segmencie czeka nas następny sektor tego typu i to nierzadko trudniejszy od poprzedniego. Tu nie można się przez chwilę szarpnąć, bo w najbliższej przyszłości nie ma gdzie złapać oddechu. Postanowiłem spokojnie przepychać korby. Trzymać równy oddech. Uważać na niedoskonałości drogi. Powoli brnąć przed siebie, jak się uda prosto a nie zygzakami. Za punkt honoru postawiłem sobie wjechanie na szczyt bez kryzysu czy potknięcia. Byleby nie postawić stopy na asfalcie. Zresztą jak miałbym ruszyć znów pod górę na takiej ścianie. Moimi mini-celami był każdy kolejny wiraż. Powyżej Zignago było ich w sumie dwadzieścia. Pierwsze dziewięć między 1,7 a 3,2 kilometra od startu, zaś kolejne jedenaście między 4,6 a 7,6 km od podnóża. Co kilometr witała nas mała tabliczka na wyniosłym słupie z informacją o tym ile zostało nam do szczytu, na jakiej wysokości już jesteśmy oraz jak stromy będzie najbliższy kilometr. Dojazd do Zignago (1,6 km) był jeszcze umiarkowanie trudny z maxem niespełna 13%. Tuż przed drugim zakrętem stromizna po raz pierwszy przekroczyła 15%. Po przejechaniu 2300 metrów ponownie wróciła do tego poziomu i przez przeszło cztery kilometry ani na moment nie zjechała poniżej 12%! Użytkownicy stravy rozpracowali tą górę w najdrobniejszych szczegółach. Można tu znaleźć wyniki z kolejnych segmentów o długości około 1000 metrów. Dzięki temu mogłem później przeanalizować naszą wspinaczkę pod Punta Veleno. Z naszej trójki początkowo najlepiej spisywał się Romano. Na drugim kilometrze stromizny nadrobił nade mną 18 sekund, zaś nad Adamem 29. Nawet Dario stracił tu do Romka 24 sekundy. Wkrótce jednak zapłacił za swój „zryw”, bowiem już na trzecim kilometrze tracił do wszystkich. Do mnie i Darka 47-48 sekund, zaś do Adama 22.
Nie ma tu sensu mnożyć zbyt wielu liczb i podawać czasów całej naszej czwórki na każdym kolejnym kilometrze. Mnie w owych tabelkach najbardziej interesowało jak ja sam wyglądałem na tle naszego lidera. Po tym jak na dole straciłem do Dario aż 52 sekundy, wyżej szło mi już znacznie lepiej. Na pierwszym kilometrze stromizny straciłem do niego jedenaście sekund, na drugim odrobiłem sześć, na trzecim zyskałem jedną sekundkę, na czwartym oddałem osiem, na piątym straciłem jedną, zaś na szóstym odzyskałem czternaście. Jeśli by to wszystko „złożyć do kupy” to na morderczych 6 kilometrach odrobiłem do Darka sekundę! Świadectwem naszego wyrównanego pojedynku „na odległość” są wyniki zarejestrowane na sektorze zwanym „The worst 4km in the World” wyznaczonym między punktami znajdującymi się 2,1 a 6,4 kilometra od startu. Obaj pokonaliśmy ten odcinek w czasie 37:05 (avs. 6,6 km/h i VAM 1128 m/h). Romek i Adam przejechali tą część podjazdu o jakieś trzy minuty wolniej, acz na podobnym do siebie poziomie. Romano wykręcił tu czas 40:05, zaś Adamo 40:15. Dwucyfrowa stromizna na dobre skończyła się po przejechaniu 7,6 kilometra. Pod koniec podjazdu czułem, że dobrze rozłożyłem swe siły i zostało mi nieco energii na finisz. Przed sobą zacząłem widywać Darka jakby coraz bliżej. Na wypłaszczonym dziewiątym kilometrze można było mocno przyśpieszyć z użyciem dużej tarczy. Z rozpędu przejechałem ostatnie 150 metrów, choć stromizna skoczyła tam do 9%. Finiszowałem jakieś kilkanaście sekund po zwycięskim Darku. Przejechałem w sumie 9,3 kilometra w czasie 1h 00:38 (avs. 9,3 km/h). Na stravie najdłuższy oficjalny segment ma w teorii 7,7 kilometra, zaś faktycznie 8,1 bowiem obejmuje odcinek od rozdroża za Castello do samego końca wspinaczki. Przejechałem go w czasie 55:09 (avs. 8,5 km/h i VAM 1147 m/h) i nadrobiłem do Darka 34 sekundy, acz pewnie większość z tego na łagodnej końcówce. Jednak to Darek był z nas najszybszy. Ja spisałem się lepiej niż zakładałem. Może nawet zacząłem zbyt konserwatywnie. Romek z Adamem dojechali do nas po około czterech minutach. Wszyscy mogliśmy czuć się zwycięzcami. Na górze spędziliśmy jakiś kwadrans. Przy tej stromiźnie również zjazd do Brenzone miał swą specyfikę. Obręcze aż piszczały od uścisku klocków hamulcowych. Adam przebił gumę. Ostatecznie jednak bezpiecznie zjechaliśmy na nasz parking o 15:30. Teraz trzeba było podjechać do Torbole na spotkanie z Piotrem i ustawkę z Monte Varagną.
GÓRSKIE ŚCIEŻKI
https://www.strava.com/activities/683067350
https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/683067350
ZDJĘCIA

