DANE TECHNICZNE
Miejsce startu: Berga
Wysokość: 1892 metry n.p.m.
Przewyższenie: 1221 metrów
Długość: 16,5 kilometra
Średnie nachylenie: 7,4 %
Maksymalne nachylenie: 10 %
PROFIL
OPIS
W środę do wybranych gór musieliśmy odrobinę dojechać. Czekała nas 22-kilometrowa wycieczka na południe do miasta Berga będącego stolicą comarki Bergueda. To znaczy katalońskiego powiatu na terenie którego pomieszkiwaliśmy. Miejscowość ta liczy sobie 16,5 tysiąca mieszkańców czyli jest wielkości naszych Kartuz. W 2012 roku stało się o niej głośno gdy miejscowa rada miejska uznała ex-króla Juana Carlosa za persona non grata. W pobliżu tego miasta, acz już w granicach górskiej gminy Castellar del Riu znajduje się Rasos de Peguera. To najstarsza, choć obecnie nieczynna, stacja narciarska w Katalonii. Rząd Autonomii planuje ponoć jej reaktywację połączoną z otwarciem tras biegowych, modernizacją dotychczasowych tras zjazdowych, a nawet stworzeniem parku dzikich zwierząt. Rasos de Peguera (1892 m. n.p.m.) pamięta też czasy pierwszych „flirtów” Vuelta a Espana z górskimi finiszami na przełomie lat 70-tych i 80-tych. Peleton tego wyścigu zajrzał tu bowiem już w 1981 roku. Na trzynastym etapie owej edycji najlepszy okazał się maleńki hiszpański góral (154 cm wzrostu) Vicente Belda. Wieloletni kolarz, a później dyrektor sportowy słynnej ekipy Kelme wyprzedził o 36 sekund lidera i późniejszego zwycięzcę całej tej imprezy tzn. Włocha Giovanni Battaglina. Trzeci na kresce był Jose-Luis Laguia, będący na drodze do pierwszego ze swych pięciu zwycięstw w klasyfikacji górskiej VaE. Trzy lata później najmocniejszy na tym przeszło 16-kilometrowym podjeździe okazał się Francuz Eric Caritoux, urodzony w prowansalskim Carpentras. Zawodnik drużyny Skil-Reydel o 16 sekund wyprzedził Hiszpana Pedro Delgado i o 27 Kolumbijczyka Edgara Corredora. Delgado odebrał tu koszulkę lidera trenującemu przed Giro Francesco Moserowi, lecz ostatecznie całą Vueltę wygrał wspomniany już Caritoux spod Mont Ventoux. Po raz trzeci i ostatni wyścig ten dotarł na Rasos w roku 1999. Przy tej okazji pierwszy do mety dojechał Szwajcar Alex Zulle, który o 14 sekund wyprzedził Włocha Nicolę Miceliego i o 32 swego kolegę z ekipy Banesto Hiszpana Jose-Maria Jimeneza. Za ich plecami liderujący Niemiec Jan Ullrich o 13 sekund powiększył swą przewagę nad Baskiem Igorem Gonzalezem de Galdeano. Poza wielką Vueltą w stacji tej bywał też w latach 1998 i 2001 wyścig Semana Catalana. Królewskie etapy Tygodnia Katalońskiego wygrywali tu kolejno: Holender Michael Boogerd i Włoch Danilo Di Luca.
Z bazy wyjechaliśmy około jedenastej. Po dotarciu do miasta zatrzymaliśmy się na dużym parkingu przy Passeig de la Industria. Znalezienie początku podjazdu w mieście bywa kłopotliwe. Nie inaczej było tym razem. Co prawda Rafał do swego Garmina wgrał stosownego „tracka”, ale mi i Darkowi na nic się to zdało, bowiem swemu potencjalnemu przewodnikowi znów pozwoliliśmy na wcześniejszy start. Rafa po przejechaniu półtora kilometra dotarł do podnóża podjazdu na Carrer de Pere Costa około 11:37. Natomiast my najpierw błąkaliśmy się po centrum miasta wypytując o właściwą drogę przygodnych przechodniów. Potem w poszukiwaniu najniższego punktu w mieście zjechaliśmy na poziom Carrer de Prat de la Riba (669 m. n.p.m.), skąd o 11:58 ruszyliśmy w górę pod prąd Carrer del Compte Oliba. Do położonego na wysokości 709 m. n.p.m. miejsca, z którego wspinaczkę rozpoczął Rafał dotarliśmy dopiero o 12:02. Podjazd zaczął się od przeszło 400-metrowej stromej prostej. Na jej końcu nachylenie przekraczało już 12%. Jak zwykle na pierwszej górze dnia zacząłem szybciej od Darka, więc już ten krótki odcinek wystarczył by rozbić nasze szyki. Solidna stromizna trzymała do przecięcia drogi BV-4241 czyli przez pierwsze 1100 metrów. Następne 1700 metrów wiodło po drodze BV-4242. Ten odcinek drogi był stosunkowo łagodny i kończył się na rozjeździe, gdzie trzeba było skręcić w prawo wybierając drogę BV-4243. Jadąc dalej prosto można by dotrzeć do położonego na wysokości niespełna 1200 metrów n.p.m. barokowego Santuari de la Mare de Deu de Queralt. Odtąd nie było już dylematów związanych z wyborem właściwej drogi. Pierwsze 500 metrów na Carretera de Rasos było spokojne. Poprzeczka została podwyższona wraz z wjazdem na kilometrową prostą o nachyleniu bliskim 9%. Następne trzy kilometry były niewiele łatwiejsze. Po przejechaniu 5,1 kilometra byłem już we wspomnianej gminie Castellar del Riu. Następnie pokonałem zakręt z widokiem w prawo na kościółek Sant Vicenc (6,0 km), mostek nad potokiem Tagast (6,5 km) i zjazd w lewo na Camping Font Freda (6,9 km).
Na początku dziewiątego kilometra droga zmieniła kierunek z zachodniego na północny. Pogoda nam dopisywała. W pełnym słońcu można było podziwiać okoliczne widoki, w tym skały i piaszczyste bandy wzdłuż owej szosy. Było dość ciepło. Do końca dziewiątego kilometra temperatura utrzymywała się na poziomie 22-23 stopni. Po dwóch łatwiejszych kilometrach wspinaczka znów stała się trudniejsza niespełna 5 kilometrów przed finałem. Po przebyciu 11,8 kilometra szosa po raz pierwszy przecięła Torrent de Porxos. Kręcąc się przez następne półtora kilometra uczyniła to jeszcze dwa razy. Na początku piętnastego kilometra można było chwycić głębszy oddech na niemal płaskim odcinku o długości 300 metrów. Po wyjechaniu zza zakrętu ujrzałem przed sobą Rafała. Swego kompana dogoniłem na stromiźnie w pobliżu Xalet Refugi Rasos de Peguera (14,4 km). Do szczytu brakowało nam jeszcze 1700 metrów. Nieznacznie zwolniłem aby dać Rafałowi szansę na złapanie koła. Ten zaś mocno się zmobilizował by na finałowym odcinku wytrzymać moje tempo jazdy. Dał radę czym mnie pozytywnie zadziwił. W kolejnych dniach jeszcze nie raz dał nam przykład swego hartu ducha i olbrzymiej ambicji. Razem dotarliśmy do rozjazdu znajdującego się kilometr przed finałem. Okazało się, że ostatnie 1000 metrów tej wspinaczki prowadzi po drodze jednokierunkowej. Stąd droga prawa prowadzi pod górę, zaś lewa służy za początek zjazdu. Ot taka górska rundka. Z tego rodzaju „wynalazkiem” spotkałem się wcześniej tylko na słoweńskim Mangarcie. Całą wspinaczkę o długości 16,1 kilometra zrobiłem w czasie 1h 10:34 (avs. 13,7 kmh). Na stravie najdłuższy oficjalny sektor liczy sobie 15 kilometrów i ma przewyższenie 1053 metrów co daje średnio 7%. Obejmuje on odcinek powyżej skrzyżowania z drogą BV-4241. Na jego przejechanie potrzebowałem z kolei 1h 04:08 (avs. 14,1 km/h i VAM 985 m/h). Dario wspiął się w czasie 1h 14:55 (avs. 12,1 km/h), zaś Rafa 1h 27:18 (avs. 10,4 km/h). Darek stracił blisko 11 minut, acz na ostatnich 9 kilometrach powyżej wspomnianego kampingu Font Freda, już tylko 3:36. Najwyraźniej potrzebował trochę czasu na rozgrzewkę.
GÓRSKIE ŚCIEŻKI
https://www.strava.com/activities/595292101
https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/595292101
ZDJĘCIA

