Wtorek 21 czerwca zaplanowałem jako najtrudniejszy z poza-wyścigowych etapów naszej czerwcowej wyprawy. Tego dnia czekały nas dwa kolejne podjazdy o przewyższeniu ponad 1000 metrów każdy. Na pierwszy rzut pójść miał Rettenbachferner (2795 m. n.p.m.), który w minionej dekadzie zyskał sobie sławę jednego z najtrudniejszych i najwyższych podjazdów w kolarskim światku. Z tym morderczym wzniesieniem dwukrotnie musieli się zmierzyć uczestnicy Deutschland Tour, acz organizatorzy tego wyścigu sytuowali linię mety jego „królewskich odcinków” przy zabudowaniach stacji narciarskiej stojących na poziomie 2670 metrów n.p.m. Po raz pierwszy wspinano się tu w 2005 roku gdy dwaj kolarze Gerolsteiner „urwali” lidera ekipy T-Mobile. Odcinek ten wygrał Levi Leipheimer wyprzedzając o 15 sekund swego kolegę z drużyny Austriaka Georga Totschniga i o 50 słynnego Niemca Jana Ullricha. Dzięki temu zwycięstwu Amerykanin wyszedł na prowadzenie w wyścigu, które utrzymał do mety w Bonn. Dwa lata później triumfował w tym miejscu David Lopez Garcia, lecz zwycięzcą czuć się mógł również drugi na mecie Niemiec Jens Voigt, który do Hiszpana stracił tylko 12 sekund. W ten sposób umocnił się na pozycji lidera, którą wywalczył dzień wcześniej. Trzeci ze stratą 20 sekund finiszował młodziutki wówczas Holender Robert Gesink. Na dokładkę po Rettenbachferner przygotowałem nam podjazd pod przełęcz Hahntennjoch (1894 m. n.p.m.) od jej trudniejszej czyli wschodniej strony. Również ona znalazła się przed kilku laty na trasie Deutschland Tour, aczkolwiek pokonywano ją wtedy od zachodu. Miało to miejsce w 2006 roku na etapie do Saint Christoph am Arlberg, który padł łupem wspominanego Voigta. Wschodnie oblicze tej przełęczy znane jest za to amatorom kolarstwa z trasy szosowego Rad-Marathon Tannheimer Tal.
Tego dnia opuściliśmy naszą bazę około wpół do jedenastej. Czekał nas stosunkowo długi, bo 72-kilometrowy dojazd do słynnej stacji narciarskiej Solden. Leży ona w górnej części Oetztal tj. doliny do której nieśmiało zajrzeliśmy już w poniedziałek. Ten ośrodek pod koniec sierpnia jest gospodarzem szosowego maratonu Oetztaler Radmarathon. Przede wszystkim jednak miasteczko to co rok pod koniec października gości inauguracyjne zawody Pucharu Świata w narciarstwie alpejskim. Zanim ruszyliśmy do Solden musieliśmy jeszcze rozejrzeć się po Prutz za sklepem elektronicznym, w którym moglibyśmy kupić niezbędne nam baterie do liczników. Ja potrzebowałem 12-voltowy paluszek do nadajnika, który kosztował mnie 3,50 Euro. Rozpoczynając długą drogę dojazdową byliśmy dobrej myśli. Co najważniejsze trafiła nam się w końcu słoneczna pogoda, co było szczególnie ważne w kontekście wysokości bezwzględnej, na którą mieliśmy wjechać pokonując pierwszy z wyżej wymienionych podjazdów. Według danych z „archivio salite” zdobywając Rettenbachferner mieliśmy pobić swe prywatne rekordy w kategorii najwyższych wzniesień. Dla każdego z nas rekordem tego rodzaju był wjazd na Col de la Bonette (2802 m. n.p.m.), którą ja zdobyłem w lipcu 2005 roku, zaś Dario cztery lata później. Niemniej po analizie map ze strony „google” uznałem jednak, że bliższe prawdy podobnie jak w przypadku Kuhtai są informacje ze strony „cyclingcols”, które lokują koniec szosy prowadzącej pod lodowiec Rettenbach na poziomie o siedem metrów niższym od francuskiego wzniesienia.
Po przebraniu się, złożeniu rowerów i kilku minutach poświęconych na przetestowanie mojego licznika ruszyliśmy na podbój budzącego lęk Rettenbachferner dopiero kwadrans przed trzynastą. Czekał nas podjazd o długości 13 km długości przy średnim nachyleniu 10,9 % czyli w teorii trudniejszy niż słynne Mortirolo. Na starcie temperatura w słońcu wynosiła grubo powyżej 30 stopni Celsjusza. Skierowaliśmy się na południe w stronę osady Pitze, przez pierwsze półtora kilometra jadąc po zupełnie płaskim terenie. Ta lekka rozgrzewka skończyła się jednak szybko, bo jeszcze na wiodącej ku przełęczy Timmelsjoch głównej drodze nr 186. Trzeba było z niej zjechać po 550 metrach podjazdu, chwilę po minięciu hotelu Alphofsolden. W tym miejscu należało odbić w prawo obierając kierunek na Hochsolden. Po zakręcie ukazała się moim oczom pierwsza z szeregu bardzo stromych ścianek. Po jej pokonaniu duża zielona tablica stojąca na pierwszym wirażu poinformowała mnie, iż pokonałem dopiero 500 metrów z czekających nas dwunastu morderczych kilometrów. Bardzo szybko zacząłem się męczyć. Ledwie kilometr wytrzymałem na przełożeniu 39 x 28. Przez kolejne pięć kilometrów walczyłem o przetrwanie na najlżejszym z dostępnych mi trybów czyli „32”. Po przejechaniu 2,3 kilometra tj. na trzecim wirażu minąłem na zjazd w kierunku Górnego Solden. Stromizna podjazdu niemal cały czas utrzymywała się na poziomie powyżej 10 %. Sześciokrotnie sięgnęła pułapu co najmniej 15 %, przy maximum aż 17,5 % na samym początku piątego kilometra. Odetchnąć mogłem dopiero po pokonaniu sześciu kilometrów intensywnej wspinaczki na dojeździe do bramek, stojących na wysokości około 2030 metrów n.p.m. W tym miejscu od kierowców samochodów osobowych za wjazd na Oetztaler Gletscherstrasse pobiera się opłatę w wysokości 17 Euro.
To był zresztą jedyny odpust na całym iście piekielnym podjeździe … nomen omen do nieba. Potem jeszcze tylko pierwszy kilometr drugiej części podjazdu mógłbym na tle pozostałych uznać za stosunkowo łatwy pomimo średniej około 8 %. Po pokonaniu „maustelle” przez blisko trzy kilometry trzeba się było wspinać po coraz bardziej stromej prostej mając po prawej ręce zbocze góry. Szybko też stromizna wróciła na właściwy temu wzniesieniu dwucyfrowy poziom z maximum 20 % po pokonaniu 7,7 kilometra i jeszcze trzykrotnym sięgnięciem pułapu 16-17 % na przestrzeni kolejnych ośmiuset metrów. W ciszy walczyłem z własną słabością w obliczu srogiej natury. Tu i ówdzie leżakowały przy drodze górskie zwierzęta: krowy, owce i nie zważające na nic kozy, które gromadnie „opalały się” na rozgrzanej szosie. Również w górnej części wzniesienia każdy z wiraży był opatrzony stosowną tablicą z własnym numerem, liczbą przejechanych kilometrów oraz osiągnięta już wysokością bezwzględną. Jechałem niemal cały czas na przełożeniu 39 x 28 i jedynie na stromym odcinku tuż za stacją Rettenbachferner na moment wróciłem do trybu „32”. Nieco niżej tj. na wysokości 2635 metrów odchodził w lewo szlak na Tiefenbachferner (2830 m. n.p.m.), której finał jest drugą najwyżej położoną szosą na Starym Kontynencie, po hiszpańskiej drodze na Pico Veleta. Pomimo wyższego pułapu jest ona jednak łatwiejsza od finału pod Rettenbach, a poza tym w dużej mierze wiedzie przez tunel o długości 1700 metrów. Dlatego pomimo kuszącej perspektywy pobicia swej wysokogórskiej „życiówki” pojechałem dalej prosto. Po minięciu głośnej grupki „złotej rosyjskiej młodzieży” i pokonaniu ostatnich trzech wiraży zakończyłem wspinaczkę na dużym i niemal pustym placu parkingowym zbudowanym pod zboczem wiecznie białej góry Karleskogel.
Pokonanie tego niewątpliwie jednego z najtrudniejszych w mym życiu podjazdów zajęło mi 1 godzinę 22 minuty i 39 sekund przy skromnej przeciętnej prędkości 9,807 km/h. Mniejsza o czas i prędkość sukcesem dla mnie było zdobycie takiej góry za jednym zamachem tzn. bez większego kryzysu i przymusowego przystanku na złapanie głębszego oddechu. Darek pojawił się na górze po około 22 minutach zaciekle goniąc cykloturystę w pomarańczowej koszulce, z którym złapał kontakt w drugiej części podjazdu. Na „rywala” mojego kolegi czekał już na górze osobisty kierowca płci żeńskiej. Szczęśliwiec ten mógł więc wspinać się ubrany na krótko i na górze pobrać rzeczy do przebrania się na zjazd. My oczywiście ważkie dla swego zdrowia i komfortu jazdy decyzje w sprawie stroju musieliśmy podjąć już na dole. Tradycyjnie zważyć wszystkie „za” i „przeciw” targaniu ze sobą na górę większej ilości ciuchów. Na stromym zjeździe bardzo szybko osiągało się prędkości 65 km/h, lecz bardziej niż na biciu rekordów prędkości skupialiśmy się na dokumentowaniu swego pobytu. Przy słonecznej pogodzie i przejrzystym powietrzu, w górnych partiach wzniesienia roztaczały się przed nami piękne widoki na odległość wielu kilometrów. Zatrzymywaliśmy się niemal na każdym wirażu celem uwiecznienia tych pejzaży, strzelenia fotek czworonożnym przedstawicielom alpejskiej fauny czy śladom ludzkiej cywilizacji takim jak: stacja narciarska, kościółek, zbiornik na wodę, wspomniany punkt poboru opłat czy wagoniki górskiej kolejki linowej najwyraźniej rosyjskiej produkcji. Niespodziewanie dla mnie jako pierwszy dojechałem do samochodu, gdyż Darek zapodział się gdzieś po drodze. Jak się wkrótce okazało wpadł on zakupy w miejscowym sklepie sportowym. Ostatecznie w drogę do Imst, gdzie mieliśmy zacząć podjazd pod Hahtennjoch ruszyliśmy dopiero kilka minut przed godziną szesnastą.
ZDJĘCIA

