DANE TECHNICZNE
Miejsce startu: Baitoni
Wysokość: 1480 metrów n.p.m.
Przewyższenie: 1107 metrów
Długość: 10,6 kilometra
Średnie nachylenie: 10,4 %
Maksymalne nachylenie: 20 %
PROFIL
OPIS
Zjazd do naszego parkingu zajął mi blisko godzinę, z czego dwadzieścia minut spędziłem na tradycyjnych foto-przystankach. Gdy około wpół do trzeciej dotarliśmy do Storo był tam już niezły „piekarnik”. Temperaturka w pobliżu 35 stopni Celsjusza. W takich warunkach niespecjalnie lubię jeździć i to nawet po płaskim terenie. Tymczasem tego popołudnia czekało nas jeszcze jedno wyzwanie i związany z nim bardzo intensywny wysiłek. To znaczy przeszło 10-kilometrowy bardzo stromy podjazd do Rifugio Alpo (1480 m. n.p.m.). Ekstremalna wspinaczka o średnim nachyleniu ponad 10% i maksymalnej stromiźnie aż 20%! Już wcześniej ustaliliśmy, że w ramach rozgrzewki przed tym strasznym wzniesieniem przejedziemy kilkukilometrowy płaski odcinek między Storo a Baitoni. Adam z Piotrem wystartowali jako pierwsi o 14:46, lecz bez zamiaru dojechania do alpejskiego schroniska. Zdecydowali, że podjadą tylko do miejscowości Bondone. Niemniej nawet ten cel wymagał pewnej dozy poświęcenia, jako że pierwsze cztery kilometry naszego podjazdu miały średnie nachylenie na poziomie 8,4%. Ja wraz z Darkiem i Romkiem ruszyłem kwadrans później czyli tuż po piętnastej. Zjechaliśmy do centrum Storo, po czym odbiliśmy w lewo na drogę SP69. Świadomi tego co nas wkrótce czeka staraliśmy się nie tracić sił na dojeździe. Jechaliśmy spokojnie w tempie około 26 km/h. Na szczęście w dolinie nie wiało. Po przejechaniu niespełna sześciu kilometrów dotarliśmy do Baitoni. Zacząłem zerkać w lewo, aby się upewnić czy aby nasz podjazd nie zaczyna się na bocznej drodze. Trzymaliśmy się jednak wciąż naszej „route sixty-nine” i to była słuszna koncepcja. Gdy tylko dojechaliśmy w pobliże jeziora Lago d’Idro nasza szosa zadarła nosa i wzbiła się ostro do góry. Co ciekawa u podnóża góry znaleźliśmy się niemal na granicy Trentino z lombardzką prowincją Brescia. Wspomniane Lago ma powierzchnię 11,4 km2 i maksymalną głębokość 122 metrów. W całości leży już na terenie Lombardii i jest najwyżej położonym pośród wszystkich większych włoskich jezior przedalpejskich, bowiem leży na wysokości 368 metrów n.p.m. Gdy tylko zaczęliśmy podjazd Dario zaatakował. To wzniesienie niewątpliwie było w typie mego starszego kolegi. Gdybym ważył 60-62 kilogramy też bym optymistycznie podchodził do tego typu premii górskich. Jednak znając swoje warunki i możliwości zastanawiałem się czy mogę tu sobie pozwolić na jazdę jego tempem. Postanowiłem spróbować, przynajmniej do czasu. Uznałem, że jeśli będzie dla mnie za mocno to zawczasu odpuszczę.
Początkowo straciłem do Darka jakieś 10 sekund. Niemniej wkrótce go złapałem i na drugim kilometrze wspinaczki zacząłem nawet odjeżdżać. W tej okolicy minęliśmy położony wysoko na skale zamek Castello San Giovanni (1,1 km). W połowie drugiego kilometra droga szerokim łukiem skręciła na południe. Na stosunkowo łatwym trzecim kilometrze przeprawiliśmy przez dwa górskie potoki. Po przejechaniu 3,8 kilometra wziąłem zakręt w prawo, po którym ujrzałem przed już wspomniane Bondone. W centrum tej miejscowości przed barem prowadzonym na wysokości ósmego wirażu wypoczywali nasi dwaj koledzy. Dojechali w to miejsce spokojnie w tempie nieco ponad 9 km/h i VAM poniżej 800 m/h. Teraz mieli już sjestę i przyznam, że szczerze zazdrościłem im tego odpoczynku. Niemniej nie mogłem odpuścić. Tym bardziej, że Dario zaczął się do mnie zbliżać. Wcześniej zdołałem nad nim nadrobić blisko pół minuty, zaś teraz zostało mi z tego już tylko 13 sekund zapasu. Jak wynika ze stravy dolne 4,5 kilometra o średniej 7,8% przejechałem w 21:06 (avs. 13,0 km/h i VAM 995 m/h). Darek wykręcił tu czas 21:19 (avs. 12,8 km/h). Natomiast Romano 22:44 (avs. 12,0 km/h) czyli tracił do nas około półtorej minuty. Szosa jeszcze przez czterysta metrów wiodła przez teren zabudowany. W końcu tuż za lądowiskiem dla helikopterów (4,9 km) stanowiącym niezły punkt widokowy na północną część Lago d’Idro wpadła do lasu. Zakładałem, że Dario mnie niebawem dopadnie. Przyznam, że wcale nie miałem ochoty za wszelką cenę się z nim trzymać. W końcu ważąc co najmniej 75 kilogramów ciężko jest oszukać prawa fizyki. Tym bardziej na górze gdzie ostatnie 5 kilometrów miało mieć średnio aż 12,4%! Czekała mnie zatem leśna szkoła przetrwania. Tylko spokój i jazda równym tempem mogła mnie uratować. Przestałem się już oglądać za siebie i koncentrowałem się na tym co jest przede mną. W połowie szóstego kilometra stromizna po raz pierwszy przekroczyła 13%, lecz była to ledwie przygrywka do prawdziwej „ściany płaczu”. Najgorsze były trzy odcinki na poziomie około 17% z kulminacją odpowiednio po 6,6 – 7,2 – 8,4 kilometra od startu. O dziwo chwilę zwątpienia w to czy dam radę miałem na pierwszym z nich. Przez dwie kolejne ścianki przebrnąłem już pewniej i to pomimo, że jedna z nich wiodła po chropowatej nawierzchni z betonu. Pomiędzy obiema można było odsapnąć na łatwej drugiej połówce ósmego kilometra. Po tych najgorszych stromiznach jeszcze przez dobry kilometr podjazd trzymał na poziomie od 10 do 13%.
Przejechawszy 10,2 kilometra dotarłem do drewnianej tablicy zwiastującej bliski kres morderczej wspinaczki. Za najbliższym zakrętem w lewo pojawił się rozjazd. Oczywiście my musieliśmy wybrać trudniejszą opcję „a sinistra”. Na dobicie trzeba było przejechać jeszcze 350 metrów, z czego pierwsze dwieście bardzo strome z maxem powyżej 16%. Minąłem budynek schroniska, w którym trwał remont. Ostatnie metry pokonałem już szybciej. Zatrzymałem się na płaskiej alejce przy znaku drogowym pt. zakaz wjazdu ciężarówek o wadze ponad 26 ton. Najpierw próbowałem wyrównać oddech po tym co właśnie przeżyłem. Po chwili zacząłem się zastanawiać nad fantazją włoskich drogowców. Jakim cudem w to miejsce i po tej drodze miałby dotrzeć pojazd choćby tylko kilkunastotonowy? Wspinaczka kosztowała mnie nie tylko sporo zdrowia, ale i litry potu. Dlatego by szybciej ochłonąć zdjąłem i wycisnąłem koszulkę, po czym zawiesiłem ją na płocie by szybciej wyschła. Cały podjazd o długości 10,6 kilometra i przewyższeniu 1060 metrów pokonałem w 1h 02:46 (avs. 10,132 km/h). Na stravie najdłuższy segment, który znalazłem ma długość 10,2 kilometra i przewyższenie 1035 metrów. Kończy się przy wspomnianej tablicy przed finałową „ścianką na dobicie”. Wykręciłem tu czas 59:45 (avs. 10,2 km/h i VAM 1039 m/h) co jest na razie siódmym wynikiem w gronie 109 sklasyfikowanych osób. Natomiast górną „połówkę” podjazdu czyli odcinek 5,8 kilometra z przewyższeniem 704 metrów przejechałem w 39:59 (avs. 8,7 km/h i VAM 1057 m/h). W najtrudniejszych momentach brnąłem do przodu w tempie 5 czy 6 km/h. Niespodziewanie jako następny do Rifugio Alpo dotarł Romano, który wspomniane 10,2 kilometra pokonał w 1h 03:25. Darka zmogły bóle pleców, ale oczywiście nie poddał się. Do tablicy dotarł w 1h 09:50, przy czym jechał przez 1h 07:22. Gdy staliśmy z Romkiem w naszym zaułku widzieliśmy z odległości około stu metrów jak Darek dojeżdża do zakrętu, na którym my zakończyliśmy wspinaczkę. Dario nas nie dostrzegł, wziął zakręt w lewo i pognał jeszcze wyżej. Dokręcił jakieś 700 metrów po głównie szutrowej ścieżce i zakończył jazdę przed gospodarstwem Malga Alpo di Storo na wysokości 1508 metrów n.p.m. Spotkaliśmy się z nim po dłuższej chwili. W trakcie zjazdu wzorem kolegów zatrzymaliśmy się w Bondone na ciastko i kawę. W dolinie jechaliśmy tym razem szybciej, bo z przeciętną 31 km/h. Trzeci etap skończyliśmy kilka minut po osiemnastej. Tego dnia przejechałem w sumie 77,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 2516 metrów. Piotr z Romanem ruszyli swym vanem prosto do Bocenago. Natomiast ja z Adamem i Darkiem udałem się na obiad do poznanej dzień wcześniej pizzerii w Roncone.
GÓRSKIE ŚCIEŻKI
https://www.strava.com/activities/674819751
https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/674819751
ZDJĘCIA

