Rifugio Graziani

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Brentonico

Wysokość: 1617 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 936 metrów

Długość: 14 kilometrów

Średnie nachylenie: 6,7 %

Maksymalne nachylenie: 14,2 %

PROFIL

OPIS

Pogoda w stacji nie zachwycała. Co prawda temperatura była przyzwoita (21 stopni), ale było wietrznie i pochmurnie. Poczekaliśmy na przyjazd Piotra, po czym weszliśmy do miejscowego baru. Zawsze dobrze pobudzić się mocną kawką na premii górskiej. Tym bardziej gdy ma się w planach kolejną wspinaczkę. Ja zażyczyłem sobie też panacottę. Niestety tutejszy deser nie umywał się smakiem do tego, który skosztowałem dwa dni wcześniej na Passo Manghen. Na finisz w wykonaniu Adama czy Darka nie doczekaliśmy się. Okazało się, że Dario pojechał ten podjazd spokojnie. Poza tym po drodze zaliczył jeszcze 8-minutowy postój. Spotkaliśmy go zatem dopiero na początku naszego zjazdu. Natomiast Adam nawet nie skręcił na szlak do Polsy i do końca swej wspinaczki trzymał się prowincjonalnej „trójki” zmierzając bezpośrednio do Rifugio Graziani. Sam początek zjazdu pokonaliśmy we trójkę. Potem jednak Pedro pognał szybciej i to wprost do Mori, bowiem miał swój własny pomysł na drugą część popołudnia. Zamiast wspinać się z nami na Bocca del Creer zjechał na sam dół. Tam skręcił w lewo czyli na zachód i po przejechaniu sześciu kilometrów w dolinie dotarł do Loppio. Z tego miasteczka podjechał od zachodu na Monte Fae (927 m. n.p.m.). Góra może niewysoka, ale przy niskim poziomie startu całkiem solidna. Nasz kolega miał bowiem do pokonania 9,6 kilometra ze średnim nachyleniem 7,3%, max. 11,7 % i przewyższeniem 698 metrów. Potem zaliczył jeszcze stromy zjazd na drugą stronę ku Dolinie Adygi, po czym od wschodu dojechał do Mori. Dzięki temu przejechał 69 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2004 metrów. Pod względem dystansu był naszym piątkowym liderem. Tymczasem ja z Romkiem spokojnie zjechałem do szosy SP3 zatrzymując się na wysokości Fontechel-Tordoi. Na rozdrożu spędziliśmy kilka minut. Trzeba się było przebrać na czekając nas podjazd. To znaczy zdjąć ciuchy przydatne nam tylko na zjeździe. Ponownie ruszyliśmy pod górę o godzinie 14:52. Wstępny pomysł był taki by również to drugie wzniesienie zdobyć razem. Tym niemniej już pierwsze kilkaset metrów zweryfikowało ów plan solidarnościowy. Wspinaczkę zaczęliśmy bowiem z miejsca znajdującego się tuż przed najbardziej stromym fragmentem podjazdu do Rifugio Graziani, na którym maksymalna stromizna miała sięgnąć 14%.

Już po dwustu metrach od startu stromizna po raz pierwszy poszybowała do poziomu 12%. Zacząłem spokojnie, bo po zjeździe nogi potrzebują trochę czasu by przestawić się na tryb wspinaczkowy. Tym niemniej pomimo jazdy z rezerwą zacząłem raz po raz odjeżdżać Romkowi. Nie miałem zamiaru gubić kolegi, więc początkowo oglądałem się za siebie, a nawet zwalniałem by wyczuć sytuację. Dałem sobie czas na to by ustalić czy Romano jeszcze „odżyje” czy też może pierwsza góra dała mu się mocniej we znaki. Niestety pierwsze kilometry podjazdu za Fontechel nie dawały okazji do złapania głębszego oddechu. Do połowy drugiego kilometra stromizna była na ogół dwucyfrowa. Co więcej przez pierwsze cztery kilometry z hakiem każdy półkilometrowy odcinek trzymał tu na poziomie od 8,5 do 10%. Chcąc nie chcąc każdy z nas musiał jechać swoje. Gdy straciłem już Romka z pola widzenia postanowiłem nieco przyśpieszyć czyli pojechać ten podjazd na tyle szybko na ile mnie jeszcze było stać. Pierwsza i zarazem najtrudniejsza część tej wspinaczki skończyła się po sześciu kilometrach na wysokości San Giacomo (1194 m. n.p.m.). Stąd do szczytu pozostało mi jeszcze osiem kilometrów, ale nie wszystkie prowadziły pod górę. Tuż za tą stacją św. Jakuba czekał nas kilometrowy zjazd. Po nim kolejną fazę wspinaczki rozpocząłem z poziomu ledwie 1153 metrów n.p.m. Teraz musiałem pokonać solidne 1800 metrów z nachyleniem momentami przekraczającymi 10%. Koniec tego odcinka znajdował się na znanej mi Passo di San Valentino (1314 m. n.p.m.). Przełęcz tą zdobyłem 2 czerwca 2010 roku, ale od strony południowej po starcie w Avio. Od tej samej strony wjechali też na nią uczestnicy Giro d’Italia 1995 na etapie trzynastym prowadzącym z Pieve di Cento do Rovereto. Premię górską wygrał wówczas Włoch Mariano Piccoli, lecz cały odcinek Szwajcar Pascal Richard, który w dwójkowym finiszu ograł Kolumbijczyka Oliveiro Rincona. Pamiętam, że gdy wówczas na nią wjechałem miałem już w nogach jeszcze trudniejszy podjazd na Passo Fittanze della Sega. Dlatego dojechawszy na przełęcz św. Walentego owszem skręciłem jeszcze na wschód, ale po przejechaniu około kilometra na płaskowyżu zawróciłem do auta. Tym razem nie miałem już zamiaru odpuszczać. Chciałem dotrzeć do najwyższego punktu szosy po północnej stronie masywu Monte Baldo. Całe dwa metry wyżej niż wysokość na którą wjechałem w tym paśmie górskim przeszło rok wcześniej podczas podjazdu południowego od strony Caprino Veronese.

Według stravy segment od Fontechel do San Valentino ma długość 8,7 kilometra i przewyższenie 634 metrów co daje średnio 7,3% pomimo wspomnianego zjazdu. Sektor ten przejechałem w czasie 41:23 (avs. 12,6 km/h i VAM 918 m/h). Romano na tym samym odcinku uzyskał czas 46:43 (avs. 11,2 km/h). Co ciekawe jechał w tempie bardzo zbliżonym do tego, które nieco wcześniej podyktował tu Adam. Nasz kompan wykręcił bowiem na dojeździe do San Valentino czas 46:37. Gdy wjechałem już na przełęcz do schroniska brakowało mi jeszcze 5,1 kilometra i jakieś 300 metrów w pionie. Na początek szybkie „falsopiano” czyli odcinek 1400 metrów, na którym nachylenie tylko raz i to nieśmiało przekroczyło poziom 4%. Jednak po przejechaniu 10,4 kilometra droga stała się trudniejsza, a przy tym znacznie bardziej widowiskowa. Wąska asfaltowa ścieżka została tu poprowadzona wzdłuż górskiej ściany, zaś w dwóch miejscach wymagała wykucia tuneli w skale. Pod koniec jedenastego kilometra wspinaczki stromizna sięgnęła niemal 11%. W połowie dwunastego minąłem gruntową ścieżkę ku Rifugio Fos-ce. Nieco wyżej czekał mnie kręty odcinek z trzema serpentynami wytyczonymi pośród górskiej łąki. Potem jeszcze dwa wiraże na początku czternastego kilometra tuż przed ostatnim gospodarstwem. Cytrynowy budynek Rifugio Graziani widziałem z oddali już na kilkaset metrów przed finałem. Ostatnie kilkaset merów miało średnio 5,5%, więc na finiszu udało mi się przyśpieszyć do 20 km/h. Za ostatnim zakrętem wjechałem po szutrze aż pod schody prowadzące na taras przed schroniskiem. Tu postanowiłem zaczekać na Romka podziwiając z tej dogodnej miejscówki piękną okolicę. Sam podjazd o długości 14 kilometrów i 952 metrów pokonałem w 1h 00:09 (avs. 14,0 km/h). Według stravy finałowy odcinek za San Valentino czyli 4,8 kilometra o przewyższeniu 290 metrów i średniej 6% przejechałem w 18:10 (avs. 16,1 km/h i VAM 958 m/h). Romano uzyskał tu czas 23:18, zaś Adam 22:55. Jak łatwo policzyć na Romka czekałem około 10 minut. Wypiłem kolejną kawę. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia pod drewnianą tablicą. Namierzyłem też początek 4-kilometrowej szutrowej drogi prowadzącej do Rifugio Altissimo „Damiano Chiesa” (2079 m. n.p.m.). Następnie w niecałą godzinę dotarłem do samochodu. Na dziewiątym etapie przejechałem w sumie 68 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2203 metrów. Około wpół do szóstej zjechaliśmy do miasta. Adam z Darkiem zaliczyli rekonesans po ulicach Mori i przy okazji „odkryli” serwującą wyborne lody Gelaterię Bologna.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/683067336

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/683067336

ZDJĘCIA

Graziani_001

Zdjęcie 1 z 40