Po wielce zasłużonym noclegu czekał nas w poniedziałek 3 lipca około 110-kilometrowy transfer dolinami: Giovo i Passiria przez Merano i dalej doliną Venosta w okolice położonej u podnóża przełęczy Stelvio miejscowości Spondigna. Po drodze czekał na nas jednak postój w San Leonardo in Passiria i wyprawa na mający ponad 29,1 kilometra długości oraz 1796 metrów przewyższenia podjazd pod przełęcz Rombo położoną na granicy włosko-austriackiej na drodze do Solden. Z Novale do San Leonardo należało dojechać znaną nam już drogą przez Vipiteno na przełęcz Monte Giovo. Tam zrobiliśmy sobie krotki i postój m.in. w celu zrobienia sobie zbiorowego zdjęcia całej 5-osobowej drużyny. Po powrocie do samochodów należało jeszcze zjechać 20 kilometrów w kierunku południowym. Tamże zatrzymaliśmy się na parkingu pod miejscowym basenem, z którego postanowiły skorzystać dziewczyny. Nam zaś pozostało się przygotować na około 3-godzinny górski rekonesans.
Podjazd jakkolwiek bardzo długi nie wydawał się szczególnie trudny z uwagi na swe średnie nachylenie rzędu 6,2%. Niemniej muszę przyznać, iż ja akurat przeliczyłem się na nim ze swymi siłami. Ze znaczną długością jak i dwoma-trzema naprawdę stromymi fragmentami tego podjazdu przyszło nam się zmagać około południa. Oznaczało to spory wysiłek przy 30-stopniowym upale co skutecznie wysysało z nas siły podczas 2 godzin wspinaczki. Podjazd zaczęliśmy w tym samym stylu co dzień wcześniej czyli z przodu trójka „młodych”, a z tyłu duet doświadczonych triathlonistów. Darek tym razem jednak nie odpuścił i około połowy podjazdu doszedł nas, po czym na 4-kilometrowym wypłaszczeniu dobrze widocznym na załączonym poniżej profilu podyktował tempo około 30 km/h nie dając nikomu szansy na wypoczynek.
Niedługo później zaczął się najtrudniejszy fragment tego podjazdu. Pierwszy odpadł Michał zmagający się z problemami żołądkowymi. Potem Darek jadący jak zwykle w sposób zdyscyplinowany taktycznie tj. z nieodzowną asysta swego pulsometru. Ja zaś zbyt długo trzymałem się Piotra i koniec końców odpadłem w sposób bardziej spektakularny. Złapał mnie kryzys głodowy, spadł poziom cukru i nie miałem szans zabrać się na górę z Darkiem. Musiałem się nawet ratować dwoma krótkimi postojami. Na górze wedle relacji Piotra i moich pobieżnych obliczeń Piotr zameldował się dwie i pół minuty przed Darkiem oraz osiem przede mną. Zdzisiek stracił do nowego „Króla gór” dwanaście i pół minuty, zaś najmocniejszy na poprzednim etapie Michał na skutek wspomnianych problemów zdrowotnych aż szesnaście. Gdy już wszyscy znaleźliśmy się na górze w komplecie przyszła pora na zrobienie odpowiedniej dokumentacji naszego sukcesu czyli zrobienie kilku zdjęć tak po austriackiej jak i włoskiej stronie przełęczy znanej też jako Timmelsjoch.
ZDJĘCIA
