W środę 15 lipca ponownie udaliśmy się w głąb Vallee de la Tarentaise. Tym razem jednak zapuściliśmy się do samego jej końca. Naszą bazą wypadową do czwartego etapu miało być bowiem Bourg-Saint-Maurice, największa miejscowość w górnej części tej doliny. Sześć dni później to ledwie 8-tysięczne miasteczko skupiło na sobie uwagę całego kolarskiego świata, występując w roli gospodarza mety szesnastego etapu TdF. Ten trans-graniczny odcinek pod wezwaniem św. Bernarda wiódł ze szwajcarskiego Martigny do Włoch przez przełęcz Grand Saint-Bernard i następnie do Francji przez przełęcz Petit Saint-Bernard. Niestety zwycięzca tego etapu Bask Mikel Astarloza z Euskaltel okazał się być dopingowiczem. Tymczasem dwaj amatorzy z Trójmiasta o „chlebie i wodzie” czy raczej „na bazie ryżu, makaronu, batonów oraz isostaru” zamierzali zdobyć trzy poważne wzniesienia, z których każde zaczynało swój bieg we wspomnianym grodzie św. Maurycego. Basia została tego dnia w Saint-Helene-sur-Isere opiekując się naszym tymczasowym gospodarstwem i szukając okazji do zażycia odrobiny kąpieli słonecznych. My zaś kwadrans po dziesiątej ruszyliśmy ku Bourg Saint-Maurice. Do pokonania samochodem mieliśmy 62 kilometry, przy czym połowę tego dystansu po autostradzie A-90. Dojazd przebiegł więc sprawnie, acz pod koniec w niewesołych nastrojach. W drodze powitał nas deszcz, lecz na szczęście jak się wkrótce okazało przelotny.
Około jedenastej wypakowaliśmy się na Avenue Antoine Borrel, w miejscu znanym mi z ostatniego dnia wyprawy z 2005 roku. Start mieliśmy wspólny, lecz plany na ten dzień rozbieżne. Ponieważ przed czterema laty w towarzystwie Piotra Mrówczyńskiego wspiąłem się już na niebotyczną Col de l’Iseran (2770 m. n.p.m.) nie miałem zamiaru wybierać się na tą najwyższą w okolicy, a drugą we Francji przełęcz. Niemniej gorąco poleciłem ten podjazd uwadze mego kolegi. Darek miał już na swym koncie Col du Galibier przejechaną na trasie La Marmotte w 2006 roku. Natomiast ta wyprawa dawała mu okazję do zaliczenia dwojga najwyższych wzniesień spośród francuskich „drapaczy chmur” czyli l’Iseran oraz Bonette. Ja zaś zgodnie ze swą koncepcją szukania nowych wyzwań postanowiłem rzucić wszystkie siły na podjazdy pod przełęcz Cormet de Roselend (1967 m. n.p.m.) oraz wspinaczkę do stacji górskiej Arc 2000 położoną na wysokości 2130 metrów n.p.m. Jednym słowem czekały mnie tego dnia dwie premie górskie pierwszej kategorii, zaś Darka jedno bardzo długie wzniesienie najwyższej klasy. Kwadrans po jedenastej każdy z nas ruszył w swoją stronę tzn. ja w kierunku północno-zachodnim, on zaś na południowy-wschód ku miejscowości Seez drogą ku Val d’Isere.
Przeszło 19-kilometrowy podjazd pod Roselend podzielić można na pięć części o zmiennym stopniu trudności. Pierwsze 2,2 kilometra umiarkowanie trudne o średnim nachyleniu 5,7 %, na których minąłem wioskę Chattelard, nad którą górują resztki starej wieży. Nieco dalej mogłem się rozpędzić do 27 km/h. Kolejny odcinek o długości 1,9 kilometra stwarzał okazję do szybszej jazdy z uwagi na stromiznę ledwie 2,3 %. Niemniej na początku piątego kilometra skończyła się ta zabawa. Teraz czekał mnie bodaj najtrudniejszy fragment wzniesienia czyli 6,2 kilometra o średnim nachyleniu 7,4 % z maximum sięgającym aż 13 % po przejechaniu 9,3 km od Bourg-Saint-Maurice. Po drodze minąłem osadę Bonneval, za którą przyszło mi się zmierzyć z serią bardzo gęsto usianych serpentyn. Ta faza podjazdu skończyła się około 9 kilometrów przed szczytem w miejscu zwanym Cret Bettex. Szczęśliwie kolejne 2,8 kilometra w dużej mierze ciągnące się wzdłuż Potoku Lodowcowego (Torrent des Glaciers) dały okazję do kolejnego wytchnienia. Dzięki średniemu nachyleniu tylko 3,2 % mogłem się tu rozpędzić do 29 km/h, jednocześnie oszczędzając siły na ostatnią fazę wspinaczki. Rozpoczęła się ona od skrętu w lewo, tuż przed wiodącym na wprost zjazdem ku wiosce Les Chapieux. Do przejechania pozostało mi 6,1 kilometra o średnim nachyleniu 6,6 % najpierw zboczem góry, zaś następnie wśród alpejskich łąk z widokiem na kilka porzuconych domostw. Ostatnie dwa kilometry wiodły w terenie otwartym i po raczej kiepskiej nawierzchni. Wspinaczka zajęła mi 1 godzinę 9 minut i 35 sekund przy prędkości 16,581 km/h i VAM 995 m/h. Całkiem przyzwoicie jak na podjazd o umiarkowanej stromiźnie 6 % wobec 1154 metrów przewyższenia i 19,23 km długości.
ZDJĘCIA


