Rossfeld

Po powrocie z Tyrolu miałem niewiele czasu na odpoczynek … od wakacji. Poszedłem do pracy tylko na cztery dni, jednocześnie szykując się do kolejnej podróży. Jej głównym celem była Toskania i położony w pobliskiej Ligurii rejon Cinque Terre. Wybierałem się w te piękne strony z Iwoną, więc w przygotowaniach do wyjazdu mogłem polegać na nieprzeciętnych zdolnościach aprowizacyjnych mojej dziewczyny. W środę udało mi się nawet wyskoczyć na spokojny 60-kilometrowy trening po leśnych rundkach leżących na terenie Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, na pograniczu Sopotu i Gdyni. Jak wiadomo najprostsza droga z ziemi polskiej do włoskiej przebiega przez Niemcy. Od czasu wyprawy na Mistrzostwa Świata do belgijskiego Zolder na bezpłatnych niemieckich autostradach spędziłem przeszło dwieście godzin w trakcie kilkunastu wypraw do Włoch, Francji, Szwajcarii i Austrii. Nigdy jednak nie zatrzymałem się u naszych zachodnich sąsiadów na dłuższą chwilę czy to celem zwiedzania niemieckich miast i miasteczek czy też poznania któregoś z kolarskich podjazdów w tym kraju. Iwona bardzo chciała zobaczyć baśniowy zamek Neuschwanstein w południowo-zachodniej Bawarii. Mogliśmy sobie pozwolić na pełne dwa tygodnie urlopu. Na Toskanię przeznaczyliśmy tydzień, na Cinque Terre cztery dni, więc mieliśmy jeszcze parę dni do dyspozycji i było nam po drodze. Dlatego jeszcze wiosną uzgodniliśmy szczegóły bawarskiego wstępu do naszych włoskich wakacji.

Postanowiliśmy spędzić na niemieckiej ziemi w sumie trzy noce i tyleż dni. Pierwszą dobę w Schwangau gdzie mogliśmy obejrzeć zamek Neuschwanstein i w miarę możliwości nieco starszy Hohenschwangau. Następne dwie w okolicach Berchtesgaden, gdzie ja chciałem zdobyć uchodzące za najtrudniejsze w Niemczech wzniesienia Rossfeld i Kehlstein, zaś magnesem dla oczu Iwony miały być: Orle Gniazdo na górze Kehlstein, polodowcowe jezioro Konigssee oraz starówka w samym Berchtesgaden. Myśleliśmy też o wypadzie do miasta Mozarta, czyli oddalonego o zaledwie 35 kilometrów Salzburga, ale ostatecznie odpuściliśmy sobie ten punkt programu. Wyruszyliśmy w drogę w noc z piątku na sobotę około wpół do pierwszej. Mieliśmy do przebycia m/w 1260 kilometrów przez Niemcy, aż pod samą austriacką granicę. Zgodnie z planem dojazd do Schwangau miał nam zająć ponad 13 godzin. Trasa dobrze znana w swej zasadniczej części czyli nasza krajowa „6-tka”, potem niemieckie: A11, A10 (obwodnica Berlina), A9 i dopiero za Norymbergą odstępstwo od tradycyjnego szlaku na przełęcz Brenner czyli zjazd na A-6, a potem A7 przez Memmingen i Kempten aż po ładniutkie miasteczko Fussen, a za nim ostatnie kilometry na lokalnej drodze B-310. Zarezerwowałem dla nas apartament w domu Casa Patrizia na ulicy Am Winkelacker, skąd do Podzamcza mieliśmy ledwie 2,5 kilometra. Przyjechaliśmy na miejsce w porze obiadu, więc do wieczora było jeszcze kilka ładnych godzin. Dlatego po krótkim odpoczynku wybrałem się na rozpoznanie terenu do pobliskiego biura informacji turystycznej. Okazało się, że mamy szansę załapać się na wycieczkę do jednego z zamków jeszcze dziś, więc kupiłem dwa bilety na wycieczkę po Neuschwanstein w cenie 12 Euro za sztukę.

ZDJĘCIA

ALPSEE

Zdjęcie 1 z 5