Rucas di Montoso

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Bagnolo Piemonte

Wysokość: 1541 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1174 metry

Długość: 15,5 kilometra

Średnie nachylenie: 7,6 %

Maksymalne nachylenie: 15 %

PROFIL

OPIS

W czwartek obudziliśmy się pod znajomym dachem. W B&B „Il Melograno” nocowaliśmy już dwa lata wcześniej na półmetku naszej Route des Grandes Alpes. Siódmy etap tej śmiałej wyprawy zawiódł nas bowiem do Borgo San Dalmazzo. Przy tej okazji poznaliśmy Pier Angelo, który jest zapalonym cyklistą acz preferującym off-roadową odmianę kolarstwa. Tym razem zatrzymaliśmy się u niego na sześć nocy. Od czwartku do poniedziałku mieliśmy kręcić po górskich szosach prowincji Cuneo. Przyznam, że zdążyłem bardzo polubić te okolice. Miejscowe podjazdy są bardzo wymagające i piękne w swej dzikości. Długie, strome i wysokie, a przy tym poprowadzone przez tereny słabo zaludnione, w których intensywniej można odczuć kontakt z naturą. Główną atrakcją tego rejonu są Alpy Kotyjskie z najwyższym szczytem w postaci masywu Mont Viso (3841 m. n.p.m.). Z północnych zboczy tej góry spływają źródła Padu – najdłuższej i największej rzeki całej Italii. Z kolei od Niziny Padańskiej w kierunku granicy francuskiej biegnie siedem górskich dolin. Poczynając od południa są to: Val Vermegnana, Valle Gesso, Valle Stura, Val Grana, Valle Maira, Valle Varaita oraz L’alta Valle del Po czyli Dolina Górnego Padu. Dwie pierwsze znajdują się jeszcze na terenie Alp Nadmorskich (Alpi Marittime), zaś trzecia wyznacza już południową granicę wspomnianych Alp Kotyjskich (Alpi Cozie), w których znajdują się pozostałe cztery doliny. Do ich kresów jak i na łącznikach pomiędzy poszczególnymi dolinami poprowadzono drogi, które są sporym wyzwaniem nawet dla „profich”. Oczywiście spełniają one też sportowe ambicje nawet najbardziej wybrednych amatorów kolarskich wspinaczek. Nic dziwnego, że w tych stronach organizowano do niedawna jeden z najtrudniejszych włoskich wyścigów etapowych dla kolarzy do lat 23 czyli Giro delle Valli Cuneesi. Jeszcze w 2011 roku impreza ta liczyła pięć etapów, z których niemal każdy kończył się poważnym podjazdem. Zwycięzcą został powszechnie dziś znany Fabio Aru. Niestety w 2014 roku wyścig trwał już tylko trzy dni, zaś w sezonie 2015 skreślono go z kalendarza. Warto dodać, że w ostatniej z dotychczas rozegranych edycji tych zawodów trzecie miejsce w „generalce” zajął Marcin Mrożek, który od roku 2016 będzie kolarzem CCC Sprandi.

Przed oczyma miałem pięć ciężkich górskich etapów z dziesięcioma wspinaczkami pośród nierzadko ośnieżonych trzytysięczników. Zdawałem sobie jednak sprawę, że u kresu lata w Piemoncie naszym największym problemem może być pogoda. Wyjechawszy z Ligurii straciliśmy bowiem naszą „licencję na promienie słońca”. Odtąd każdego wieczora i poranka serfując po necie z niepokojem spoglądaliśmy na informacje ze znakomitego portalu pogodowego www.ilmeteo.it. Od początku było dla nas jasne, że wstępny program na etapy od piątego do piętnastego będzie podlegał licznym zmianom dokonywanym na bieżąco. To znaczy w zależności od pogodowych okoliczności. Reguła była prosta. Im aura lepsza tym wyżej jedziemy. Na przełęcze położone powyżej 2000 metrów n.p.m. ruszamy wtedy gdy pogoda jest dobra czyli dzień słoneczny i stosunkowo ciepły. W pozostałe dni celujemy w podjazdy kończące się na nieco niższej wysokości. Czwartek 10 września należał do tych słabszych dni. Kiedy około godziny dziesiątej Darek robił zdjęcie na balkonie naszej stancji to słupek rtęci na termometrze ledwie dobiegał 18 stopni, zaś zachmurzenie było całkowite. Dlatego wyjechaliśmy z domu późno i ostatecznie zdecydowaliśmy się ruszyć ku północnym kresom prowincji aby w pierwszej kolejności zaliczyć podjazd pod Rucas di Montoso (1521 m. n.p.m.). Następnie w drodze powrotnej ja chciałem zahaczyć o Pian Mune (1532 m. n.p.m.). Natomiast Darek w razie względnej przychylności niebios miał „zaliczyć” znacznie trudniejsze Monviso – Pian del Re (2020 m. n.p.m.), które ja zdobyłem już w lipcu 2010 roku. Tym samym naszym pierwszym przystankiem na czwartkowym etapie stało się 6-tysięczne miasteczko Bagnolo Piemonte. Aby do niego dotrzeć musieliśmy przejechać 66 kilometrów szlakiem na: Cuneo, Saluzzo i Cavour. W końcówce tego dojazdu trzeba było jeszcze zamienić drogę krajową SS589 na prowincjonalną SP155 i tak niedługo przed trzynastą zatrzymaliśmy się na parkingu przy szosie SP246. W miejscu, które jak się okazało służyło przede wszystkim kierowcom ciężarówek wożących bloki skalne rozłupane w pobliskich kamieniołomach.

Mieliśmy przed sobą podjazd mało znany, na Giro d’Italia dotąd niebywały, lecz godny sporego respektu. Wspinaczka z Bagnolo Piemonte do stacji narciarskiej Rucas to 15,6 kilometra o średnim nachyleniu 7,5 % i max. 15%. Przewyższenie netto na tej górze to 1154 metry, zaś brutto nawet 1192. Niemniej te ogólne dane o stromiźnie są „zafałszowane” przez dwa-trzy łatwiejsze odcinki. Na pierwszych trzech kilometrach średnie nachylenie wynosi jedynie 5,4%. Przejazd przez Montoso na jedenastym kilometrze jest jeszcze łatwiejszy, zaś ostatnie 1600 metrów całego wzniesienia – przynajmniej w teorii – zupełnie płaskie. Z kolei największe wyzwanie stanowi środkowy segment czyli odcinek o długości 7,2 kilometra na dojeździe do Montoso, na którym średnie nachylenie przekracza 9,8%. Drugi trudniejszy kawałek zaczyna się wraz z początkiem dwunastego kilometra i liczy sobie 3,3 kilometra o średniej niemal 7,7%. Na stronie cyclingcols podjazd ten wyceniono aż na 1047 punktów. Co godne podkreślenia jest i drugi niewiele łatwiejszy wariant podjazdu na tą górę rozpoczynający się w miejscowości Bibiana (prov. Torino). Liczy on sobie 14,5 kilometra przy średniej 7,8% warte w skali CC 1032 punkty. Oba podjazdy mają wspólną końcówkę łącząc się w Montoso na wysokości niespełna 1250 metrów n.p.m. W pierwszej części wzniesienia warto odnotować przejazd przez Villar (2,0 km) czyli wioskę z kościołem pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela oraz skręt do sanktuarium Madonna delle Neve (6,0 km). Natomiast na trzynastym kilometrze droga na szczyt przez 700 metrów przylega do kamieniołomów Cava di Luserna. W samej końcówce szosa dociera na maksymalną wysokość 1541 metrów n.p.m., lecz ostatnie 400 metrów znów prowadzi lekko w dół. Ponieważ wypadło nam się zmierzyć z tą górą w czwartek trafiliśmy na dzień roboczy. Ciężarówki kursowały w obie strony uprzykrzając nam tą wspinaczkę. Szosa długimi fragmentami była kiepskiej jakości. Za sprawą przeładowanych aut była nie tylko miejscami dziurawa, ale przed wszystkimi pofałdowana i zryta niczym tarka. Dlatego późniejszy zjazd nie należał do przyjemności.

Podjazd przejechaliśmy osobno, bowiem Dario cofnął się do samochodu i ostatecznie wystartował osiem minut po mnie. Niemniej podjazd udał się nam i to bardzo. Jechaliśmy obaj na najwyższych obrotach. Ja przejechałem 15,8 kilometra w czasie 1h 09:12 (avs. 13,8 km/h). Na stravie najdłuższy zmierzony segment obejmuje dystans 15,4 kilometra o przewyższeniu 1141 metrów. Ten odcinek pokonałem w 1h 08:56 (avs. 13,5 km/h i VAM 993 m/h), zaś Dario uzyskał tu 1h 10:00 (avs. 13,3 km/h i VAM 978 m/h). Na skromnej liście obejmującej tylko 18 osób daje to nam drugie i trzecie miejsce. Znacznie więcej „korespondencyjnych rywali” mieliśmy na krótszych segmentach. Niemniej i tu wypadliśmy bardzo godnie. Natomiast tempo wspinaczkowe – jak na nasze możliwości – mieliśmy wprost rewelacyjne. Najtrudniejszy odcinek o długości 7,2 kilometra przejechałem w czasie 38:15 (avs. 11,3 km/h) przy VAM 1169 m/h, zaś Darek pokonał go w 38:46 (avs. 11,2 km/h) przy VAM 1153 m/h. To obecnie wystarcza na 11 i 13 miejsce pośród 109 osób. Zdecydowanym „królem” południowej wspinaczki do poziomu Montoso jest Davide Villela, dziś „profi” z ekipy Cannondale-Garmin. W lipcu 2011 roku czyli miesiąc po swych dwudziestych urodzinach, gdy jeździł jeszcze w młodzieżowym Team Colpack, pokonał ten odcinek w czasie 29:14 (VAM 1529 m/h). Dojechałem do samego końca asfaltowej drogi, która urywa się nagle przechodząc w gruntowy plac przed jednym z dwóch tutejszych hoteli. O tej porze roku nie było tu żywego ducha poza miejscowym „bacą” i jego psem pasterskim. Na górze warunki były cokolwiek rześkie. Temperatura ledwie 12 stopni. Niebo niezmiennie zachmurzone. Na szczęście nadal nie padało. Tym niemniej i tak trzeba się było cieplej ubrać przed zjazdem. Znaleźliśmy sobie miejscówkę pod przydrożnym głazem. Na tle stosownej tablicy zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia. Jeśli wierzyć przewodnikom to z Rucas w najbardziej pogodne dni dojrzeć można nawet dalekie masywy Monte Bianco i Monte Rosa. To jednak nie był jeden z owych dni. Jako takie widoki były tylko na wschodzie. Przede wszystkim na pobliski „zakład pracy” specjalizujący się w rozbiórce góry na drobniejsze kawałki. Poza tym w tle dostrzec można było położone przeszło tysiąc metrów niżej pola na zachodnim skraju Niziny Padańskiej. Po zjeździe, na którym dłonie mogły rozboleć od kumulacji wszystkich drgań kilka minut po wpół do czwartej dotarłem do samochodu. Teraz musieliśmy podjechać do Paesany. Wybraliśmy najkrótszą drogę czyli przeszło 12-kilometrowy górzysty szlak po drodze SP27 przez miasteczko Barge.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/389402771

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/389402771

ZDJĘCIA

Rucas_001

Zdjęcie 1 z 30