W niedzielę moim najważniejszym wyzwaniem miał być blisko 30-kilometrowy podjazd do stacji narciarskiej Breuil-Cervinia – na wysokość dwóch tysięcy metrów, u podnóża Matterhornu. Ale to nie wszystko. Jak w każdy inny dzień naszego krótkiego pobytu w Valle d’Aosta między porankiem a wieczorem chciałem pokonać dwa solidne wzniesienia. Podjazd pod Breuil-Cervinia zaczyna się kilkaset metrów przed wioską Chatillon. Dokładnie zaś na rondzie, z którego od drogi krajowej SS-26 uchodzi w kierunku północnym regionalna SR-46. Opracowując plan całej wyprawy do pary z Cervinią dobrałem sobie podjazd pod przełęcz Col de Joux (1640 m. n.p.m.). Można ją zdobyć od południa rozpoczynając wspinaczkę w Verres lub od zachodu startując z Saint-Vincent, gdzie w 1987 roku zakończyło się Giro d’Italia wygrane przez Stephena Roche’a. Jednak najistotniejszy był fakt, iż to niespełna 5-tysięczne miasteczko leży ledwie 3,5 kilometra od wspomnianego ronda. Dlatego planowałem dojazd samochodem do Saint-Vincent, podjazd pod Col de Joux, zaś po zjeździe i krótkim odcinku w dolinie jako główne danie wspinaczkę do Breuil-Cervinia. Tym niemniej panująca na miejscu upalna pogoda w ostatniej chwili skłoniła mnie do rewizji tych planów. Nie miałem ochoty na kolejny kilkugodzinny etap pod piekącym włoskim słońcem.
Zdecydowałem się rozbić swą niedzielną jazdę na dwa podetapy: przedpołudniowy i wieczorny. Natomiast najgorętszą porę dnia wolałem spędzić znacznie spokojniej i przyjemniej. To znaczy w towarzystwie Iwony – najpierw pod dachem La Vieux-Sapin w Nus, zaś nieco później na zamku rodu Challant w pobliskim Fenis. Zmieniając rozkład dnia zrobiłem też podmiankę w swoim sportowym programie na niedzielę. Zrezygnowałem z odwiedzin bywałej na trasach Giro przełęczy Col de Joux. Za podszeptem swej Pani Menadżer zaserwowałem sobie wspinaczkę doliną Saint-Barthelemy do strefy piknikowej Porliod (1896 m. n.p.m.). Zresztą mieszkając w Nus przez pięć dni wypadało mi zbadać atrakcyjną ofertę własnego podwórka. Wzniesienie świętego Bartłomieja brało bowiem swój początek niemal pod oknami naszego apartamentu. Podobnie jak w przypadku czwartkowej zamiany Cascata del Toce na Champorcher również ta roszada oznaczała trudniejsze wyzwanie od wcześniej zaplanowanego. Od autorów „Passi e Valli in Bicicletta – Valle d’Aosta”, szczegółowo analizujących trudy poszczególnych wzniesień, Col de Joux otrzymało szkolne oceny „cztery minus” w wariancie od Verres i „trzy” w wersji od Saint-Vincent. Tymczasem Saint-Barthelemy wycenione zostało na „cztery plus” przy starcie w Quart-Villefranche i aż na „pięć minus” z początkiem w naszym Nus. Dla porównania z ośmiu innych wzniesień, które przejechałem w tym regionie tylko San Carlo dostało wyższą notę, zaś dwa inne: Champorcher i Druges identyczną.
Co prawda podjazd ten nigdy nie znalazł się na trasie Giro d’Italia, ale i bez tego rodzaju „tytułu szlacheckiego” stanowi ciekawe wyzwanie. Poza tym już wkrótce góra ta pojawiła się na trasie czwartego etapu Giro delle Valle d’Aosta. Aczkolwiek młodzi podjeżdżali na tym wyścigu tylko do poziomu Lignan tj. na wysokość 1619 metrów n.p.m. W dodatku startując z Quart-Villefranche, aby następnie zjechać do Nus. Ja miałem sposobność poznania tej góry w całej jej okazałości i to z trudniejszej strony. Zgodnie z planem wyjechałem z naszego podwórka o poranku. Na początku podobnie jak w piątek zjechałem trzysta metrów do styku Via Champagne z krajówką SS-26. Tam zatrzymałem się, zrobiłem dwa zdjęcia okolic startu i jak pokazuje wykres z licznika dokładnie o 8:41 rozpocząłem podjazd pod Saint-Barthelemy. W trakcie ośmiu lat swoich podróży chyba jeszcze nigdy nie rozpoczynałem tak wcześnie swobodnej górskiej przejażdżki. Oczywiście zdarzało mi się zrywać na nogi nawet o brzasku. Niemniej każdorazowo było to uzasadnione narzuconą przez organizatorów tego czy innego wyścigu (rajdu) wczesną porą masowego startu. Tym razem sam sobie zgotowałem ten los, chcąc przede wszystkim uniknąć południowego skwaru. Dzięki temu mogłem wystartować przy znośnej temperaturze 24 stopni. Po 220 metrach skręciłem z Via Aosta na naszą Via Saint-Barthelemy, zaś po trzystu minąłem podwórko i garaże przed Bed & Breakfast „La Vieux-Sapin”.
Dość szybko wyjechałem z naszego miasteczka wspinając się drogą SR-36 w kierunku Marsan. Jeszcze przed tą wioską czyli po przejechaniu 2,3 kilometra minąłem zjazd ku Messigne. Miałem trzymać się drogi prowadzącej do otwartego w 2003 roku Obserwatorium Astronomicznego. Pod wieloma względami początek wzniesienia przypominał mi położony po tej samej stronie głównej doliny podjazd pod Saint Pantaleon. Rozpocząłem na przełożeniu 39-21, lecz już po dwóch kilometrach po raz pierwszy wrzuciłem umożliwiający płynniejsze kręcenie tryb 24. Na początku szóstego kilometra przejechałem przez wioskę Petit-Fenis, zaś w połowie siódmego dotarłem do Blavy. Pierwsze 6,6 kilometra miało średnie nachylenie 7,7 %. W sumie aż pięć z trzynastu półkilometrowych odcinków pięło się przy nachyleniu minimum 9 %, a największa stromizna przekroczyła 11 %. Dalej było równie ciężko. Dla przykładu cały ósmy kilometr na tej górze miał nachylenie aż 9,8 %. Tego rodzaju stromizna skończyła się dopiero przy zjeździe ku Praille czyli po przejechaniu 8,2 kilometra. Na kolejnych trzech kilometrach było znacznie przyjemniej, a co za tym idzie szybciej. Mogłem wrzucić przełożenie 39-19, zaś na płaskim początku jedenastego kilometra nawet 39-17. Łatwizna skończyła się po przebyciu 11,2 kilometra, kiedy dojechałem do mostku nad potokiem Saint-Barthelemy, który w tym miejscu mknął w dół ze schodka na schodek. Mimo łatwiejszych fragmentów owe 4600 metrów za Blavy miało średnie nachylenie 6,7 % i max. ponad 11 % w połowie wspomnianego ósmego kilometra.
Przejechałem na prawy brzeg potoku i przez kolejne półtora kilometra musiałem się zmagać z bodaj najtrudniejszym fragmentem całego wzniesienia o średniej około 10 %. Minąłem turystów na trekkingowych rowerach i przejechałem przez niemal bezludne okolice Les Fabriques. Łatwiej zrobiło się dopiero na kilkaset metrów przed zjazdem ku Praz (13,1 km). Trzymając się swego szlaku wziąłem zakręt o 180 stopni, aby po łagodnej serpentynie pojechać ku Issologne (13,6 km). Tuż przed tą wioską moim oczom ukazało się rusztowanie rodem z miejskiej budowy, które zmontowano aby wykonać prace mające zabezpieczyć drogę przed osuwiskami skalnymi. Przeszło dwukilometrowy odcinek z Issologne do Lignan (15,7 km) niemal w całości sprzyjał szybszej jeździe. Przed dojazdem do tej drugiej miejscowości zawahałem się na moment nie wiedząc, którą opcję drogi wybrać na rozjeździe. Decyzje podjąłem „w locie” i jak się okazało skręt w prawo był dobrym wyborem. W wiosce tej panowało spore poruszenie. Mieszkańcy zdawali się szykować do jakiegoś festynu lub zawodów sportowych. Dzięki łatwiejszej końcówce odcinek 4500 metrów od mostu nad kaskadą do Lignan miał średnie nachylenie tylko 6,2 % i max. ponad 11 % w Les Fabriques.
Przejechawszy przez centrum Lignan skręciłem w lewo, gdzie już na wyjeździe z wioski droga stała się węższa o połowę. Po kilkuset metrach dotarłem do wioski Saquignod, gdzie minąłem pasterza z owczarkami i pokaźne stado krów pasących się na przydrożnej łące. Chwilę później zrobiło mi się nadspodziewanie ciężko. Niemniej fakt, iż początek osiemnastego kilometra miał średnie nachylenie 10,2 % i max. 15 % był tylko jednym z powodów. W pobliżu Venoz, Le Cret (17,6 km) wręcz musiałem się zatrzymać. Myślałem, że przebiłem gumę lub pękła mi szprycha w tylnym kole. Tymczasem okazało się, że zacisk za słabo trzymał, koło zaczęło chodzić na boki i ocierać się najpierw o klocki hamulcowe, zaś z biegiem czasu również o tylny widelec. Jeszcze chwila i zupełnie by się wypięło. Szczęście w nieszczęściu, że zdałem sobie z tego sprawę w takim momencie, zaś naprawa usterki zajęła ledwie pół minuty. Po ponownym starcie miałem do pokonania jeszcze tylko trudne kilkaset metrów pod koniec dziewiętnastego kilometra. Cała finałowe 4100 metrów miało umiarkowaną średnią na poziomie 6,7 %. Wspinaczkę zakończyłem na parkingu przed strefą piknikową Porliod. Kończył się tu asfalt, zaś zaczynały szlaki do pieszej wędrówki po górskich bezdrożach. Dystans 19,8 kilometra o przewyższeniu 1357 metrów i średnim nachyleniu 6,85 % przejechałem w czasie 1 godziny 17 minut i 37 sekund (odliczywszy sekundy stracone na postoju). Oznacza to, iż jechałem ze średnią prędkością 15,305 km/h i wykręciłem VAM na umiarkowanym w swojej skali poziomie 1049 m/h.
ZDJĘCIA

